Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 maja 2019

Wilczyce


          Jestem właśnie świeżo po lekturze ,,Wilczyc” Aleksandra Dumasa. Do tejże zachęcił mnie przede wszystkim kontekst wojen wandejskich, w czasie których rozgrywa się akcja powieści. Mając w pamięci czytaną lata temu historię o trzech muszkieterach, po kolejną książkę Dumasa sięgnęłam bez większego entuzjazmu. Jednakże myliłby się ten, kto by po ,,Wilczycach” oczekiwał charakterystycznej dla muszkieterów sieci intryg, gdzie monarchistyczne idee zasłaniają liczne romanse głównych bohaterów, którzy u człowieka pragnącego żyć w zgodzie z odwiecznymi zasadami, potrafią wzbudzić co najwyżej politowanie. W ,,Wilczycach” Dumas prowadzi wyraźną granicę pomiędzy tym, co szlachetne a szubrawe. Tu czytelnik nie czuje się manipulowany obrazem ,,ideału rozwiązłego rycerza” na modłę współczesnych seriali (vide: dobry gej, wspaniały rozwodnik etc.). Książka wzrusza czystym i zbożnym przywiązaniem do legitymizmu, zarówno wśród szlachectwa, jak i prostego ludu wandejskich wsi. W odróżnieniu od muszkieterów, wandejscy rojaliści wiedzą, że odwieczne prawo Boże znaczy więcej niż ich osobisty honor. Zdolność poświęcenia, ofiarność… – to wartości, które fabuła ,,Wilczyc” akcentuje na wielu poziomach. Bohaterowie skłonni są do surowych wyrzeczeń zarówno w sferze militarnej, jak i miłosnej. Zachwyca siostrzana miłość tytułowych Wilczyc - Marii i Berty (potem s. Marty, karmelitanki z klasztoru w Chartres).

Polecam nie tylko monarchistom!
 


Marta Czech

piątek, 25 marca 2011

Czarny czwartek – czarna manipulacja


…czyli o hermeneutyce ciągłości w polskiej polityce.
Mimo, iż minął już miesiąc od premiery filmu Antoniego Krauzego ,,Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł.”, zbyt wiele niedyplomatycznych, rzetelnych recenzji filmu, zwłaszcza tych wyrosłych ze środowisk zawodowych historyków, w tym czasie nie powstało. Wielka szkoda…
Pierwsze, co w związku z filmem zdążyły skonfigurować moje mózgowe synapsy to – fakt, wydawałoby się, oczywistych, choć obficie podlanych manipulacyjnym sosem, wprawnie serwowanych na medialnej tacy - sprzeczności, których istnienie przywołuje na myśl postać z nieśmiertelnej serii kryminałów sir Artura Conan Doyle’a, nieznużenie recytującą: ,,Pamiętajmy o logice. Tam, gdzie jej brak, należy doszukiwać się podstępu.”
Ach, jakże, w dobie niepohamowanego wzrostu populacji ,,profesorów Moriartych”, brakuje nam dziś sensownie i uważnie myślących ,,Sherlocków Holmesów”…
Ale, wracając do logiki..., podstępów… i ,,Czarnego czwartku”…
Pierwszoplanowe zdziwienie pojawia się, nim jeszcze zdąży nam przemknąć przed oczyma pierwszy filmowy kadr, bo już tylko po samym zerknięciu na reklamowy afisz: Bronisław Komorowski piastujący patronat nad filmem osadzonym w piętnowanych realiach ciemiężącej, antypracowniczej polityki?! Ten sam Bronisław, który w bogatym przekroju swych partyjnych tożsamości - począwszy od Unii Demokratycznej, Unii Wolności, Stronnictwa Konserwatywno – Ludowego, przez Akcję Wyborczą Solidarność, a na Platformie Obywatelskiej skończywszy – zawsze wierny był posunięciom, które najbardziej dotkliwe okazywały się dla takich jak Bruno Drywa i jego koledzy? Rzec by się chciało, za Conan Doylem, że ,,w zbrodni popełnionej z premedytacją zaciera się ślady również z premedytacją”. Ot, i mamy - ,,patronat z premedytacją”.
Inna kwestia to, wpisująca się doskonale we wszechobowiązującą polityczną poprawność, prezentowana atrofia historycznego zmysłu dążącego do nazywania faktów po imieniu, której to tragiczną ofiarą padł film Krauzego.
Spostrzeżenie to adekwatnie ilustruje  wypowiedź dr. Janusza Marszalca, historyka związanego z IPN, odnośnie filmowego scenariusza:
 (…) kto wydał rozkaz strzelania i kto jest winny zbrodni w Gdyni. Autorzy scenariusza nie wyręczyli historyków i nie odpowiedzieli na te trudne pytania. Proces decyzyjny przedstawiają jako tajemnicę. Zlepek zaczerpniętych dokumentów wypowiedzi Zenona Kliszki, oficerów Marynarki Wojennej czy Gomułki buduje klimat napięcia i chaosu, w jakim ,,władza komunistyczna” podejmowała decyzje. Autorzy nie wyjaśniają nawet, kto jest tą władzą! Gomułka, choć pojawia się w kilku scenach i żąda bezwzględnego działania ze strony MSW i wojska, jest starcem, poza którym dzieje się coś, co trudno zidentyfikować. Scenariusz, nie kreując prostych (prymitywnych) odpowiedzi, pokazuje jednak bezwzględność I sekretarza i cynizm funkcjonariuszy partyjnych. Mechanizm zbrodni nie został jednak odkryty, bo nie mógł być odkryty w scenariuszu fabularnego filmu. (http://www.gdynia70.pl/dokumenty/marszalec.pdf)
Panie Januszu, nie trzeba być historykiem, by odpowiedzieć na te ,,trudne” pytania! Wiadomo wszak, kto w niezapomnianym grudniu 1970 pełnił funkcję Ministra Obrony Narodowej oraz zastępcy członka Biura Politycznego KC PZPR. Po cóż więc te wszystkie mistyfikacje, skoro wiemy, kto dowodził wojskiem, które strzelało do gdyńskich robotników ? Osobą, która musiała wydać bezpośrednią zgodę na użycie broni był nie kto inny, jak sam Towarzysz Generał – nomen omen ideowy kamrat samego ,,patrona z premedytacją”. Są nawet źródła potwierdzające obecność Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzeniu Biura Politycznego, gdzie zapadł arbitralny wyrok o strzelaniu do ludzi. (Polecam w tej kwestii artykuł: http://niepoprawni.pl/blog/819/janek-wisniewski-padl-ale-gdzie-jest-general.)
,,patronat z premedytacją"
Milczeniem objęta jest również postać ,,krwawego kata Trójmiasta”, ówczesnego wicepremiera, Stanisława Kociołka.
Tymczasem najbardziej dobitnym czarnym charakterem twórcy filmu czynią, kreowanego przez Piotra Fronczewskiego, Zenona Kliszkę, którego postać widnieje na planie zaledwie przez kilka minut, by niezwykle wyrazistym tonem wyartykułować  wiekopomne leninowe ,,Z kontrrewolucją się nie rozmawia. Do kontrrewolucji się strzela.” Treść tak wykreowanych słów, połączona z, potrafiącym wprowadzić niemałą grozę, kunsztem aktorskim Fronczewskiego, czyni  spore zamieszanie, w obliczu którego wszystkich pozostałych członków posiedzenia Egzekutywy KW chciałoby się zdefiniować mianem ,,dobrych komunistów”. A przecież to nie Kliszko robił za ,,Atlasa” dźwigającego wszystek decyzyjny ciężar ówczesnych zbrodni.
Przyczynę owych faktograficznych zniekształceń i w tym przypadku doskonale ujmuje sprawdzony Doyle, którego słowa aż cisną mi się na klawiaturę: ,,Niepostrzeżenie zaczyna się dostosowywać fakty, by zgadzały się z teoriami, zamiast próbować stworzyć teorię, która byłaby zgodna z faktami.”
Sporą dywergencją pomiędzy prawdą a filmową rzeczywistością obarczona jest również osoba I sekretarza KC PZPR. Odbiorcy pozostaje tylko domyślać się, skąd u pomysłodawców scenariusza nieuzasadnione eksponowanie motywu obaw Gomułki przed zbrojną ingerencją sowietów, podczas gdy faktycznie Kreml biernie, acz wytrwale, upatrywał tragicznych skutków grudniowej rewolty, by użyć ich do swych konsekutywnych planów względem PRL. Kluczowym elementem ich realizacji okazał się list kierownictwa partii sowieckiej do członków Biura Politycznego KC PZPR (przekazany współpracownikom Gomułki przez ambasadora ZSRS, Aristowa) o pilnych i nieodzownych ,,politycznych rozwiązaniach”, które w praktyce służyć miały partyjnej anihilacji Gomułki na rzecz bardziej spolegliwego Gierka. A wspomnieć warto, iż był to czas, w którym Gomułka, zaraz po tym jak uzyskał od Brandta aprobatę granic na Odrze i Nysie Łużyckiej (7 XII 1970), żywił głębokie przekonanie o uznaniu dla swej osoby ze strony  Moskwy. Paradoksalnie największe geopolityczne osiągniecie władz PRL przynosi Gomułce, tragiczną w skutkach, śmierć polityczną. O tym w filmie nie usłyszymy. Sama zaś postać I sekretarza spłycona zostaje do roli stetryczałego dziadka o przytępionych zmysłach, z irytacją strofującego swych partyjnych towarzyszy, oderwanymi od reszty dyskusji, sloganami typu: ,,Ja już tego nie mogę słuchać!!”. Od fabularnego filmu historycznego wymagałoby się więcej.
Izolowanie wydarzeń w Gdyni od tych w Gdańsku i Szczecinie, jak słusznie zauważa Konrad Rękas (http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/7955/), również nie wydaje się do końca słuszne. Podkreśla bowiem, że ,,nie mieliśmy do czynienia z żadnym powstaniem antykomunistycznym, a jedynie z wystąpieniem na tle socjalnym zdezorientowanych robotników, którzy słysząc stale, że są wiodącą klasą społeczną – chcieli waloryzacji pensji powyżej poziomu podwyżek żywności.”
Co do samych robotników, film słówkiem nie wspomina o ich losie w ,,wolnej”, ,,pluralistycznej” , ,,tolerancyjnej” i ,,kapitalistycznej” demokracji. Nie usłyszymy o złodziejskiej prywatyzacji, godzącej w prężnie prosperujące, polskie zakłady pracy, która z Polski uczyniła nędznego parobka na usługach zagranicy. Film bowiem ma na celu niejako złożenie hołdu dzisiejszym władzom przy pomocy zawoalowanych półprawd, których koronny wydźwięk można by sprowadzić do transparentnego komunału: ,,Zobaczcie, jak kiedyś było koszmarnie! Bądźcie wdzięczni za to, że żyjecie w kraju wolnym od wszelkiego ciemięstwa!”.
operacje cenowe
…a propos jeszcze samego ciemięstwa, nie sposób, choćby przez wzgląd na dosłowność nomenklaturową, ,,Czarnego czwartku” nie skojarzyć z tym nowojorskim, z października 1929 r. Jarzmo tzw. baniek spekulacyjnych, bankructwa kredytobiorców, niewypłacalność banków – słowem: wszystko, co nakręca gigantyczną spiralę zadłużenia – to nie tylko przeszłość z czasów wielkiego krachu na Wall Street, nie tylko lata kryzysu gospodarczego w PRL (III 1968 - XII 1970), to przede wszystkim nasza teraźniejszość, którą film Krauzego między wierszami próbuje koloryzować.
dług zagraniczny
Jednocześnie należałoby podziwiać tych wszystkich zwyczajnych, prostych robotników w stoczniowych kufajkach – ludzi, którzy, wobec zastanego kryzysu, wiedzą, czego chcą, potrafią się zorganizować, wybrać komitet kierujący ich działaniami… Czy my jesteśmy dziś zdolni do podobnej, antysocjalistycznej kontrrewolucji?
Jeśli chodzi o wydarzenia grudniowe, warto byłoby również zaznaczyć  tu niebagatelny udział Kościoła Katolickiego, zwłaszcza w osobie samego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wkład ten poprawny politycznie film pomija zupełnie. W wiarygodnych źródłach możemy zaś przeczytać:
Reżim komunistyczny nie mógł liczyć na prowadzenie z prymasem swoistego handlu wymiennego. Na coś pozwolimy, a wy zrezygnujecie z czegoś… Najlepszym tego dowodem była korespondencja w grudniu 1970 r. między prymasem a arcybiskupem, w istocie adresowana do władz reżimowych. (…)
Prymas przekazywał nam też niektóre dokumenty. Pamiętam, że po tzw. wydarzeniach grudniowych roku 1970 przekazał nam pewien szczególny dokument, świadczący o ciekawym sposobie porozumiewania się z władzami. Otóż prymas wyjeżdżał do Gniezna i wysyłał list ze swoimi opiniami do sekretarza episkopatu, którym był wówczas bp Bronisław Dąbrowski. Co się później działo? List przesłany pocztą był z całą pewnością przeczytany. Metoda prymasa polegała na tym, że nie pisał bezpośrednio do władz, ale do arcybiskupa. Podobnie było z listem napisanym po wydarzeniach grudniowych, w którym bardzo wyraźnie napisał o warunku, który musi zrealizować, aby uzyskać chociażby pozwolenia na budowę świątyń. To akceptacja poczynań władzy jeśli chodzi o krwawe stłumienie wydarzeń grudniowych (…) (http://akl.waw.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=19%3Amoj-udzia-w-spotkaniach-zespou-informacyjnego&catid=6&Itemid=9)
Koniecznie przywołać by trzeba i apel Prymasa ze stolicy ,,do wszystkich dzieci wspólnej ojczyzny”, wystosowany po tragedii na Wybrzeżu:
(…) Niewątpliwie, że doświadczenie, które nas spotkało na progu Bożego Narodzenia, było dla naszego narodu wyjątkowe, a w swym tragizmie - niemalże jedyne i niepowtarzalne w naszych dziejach. Słusznie napełniło nas ono wszystkich niepokojem, głębokim bólem i nie dającą się wypowiedzieć męką. Ale jest to męka całego narodu! Nie masz bodaj w tej chwili ani jednego człowieka w Polsce, który by tego nie rozumiał.
Nasze braterskie współczucie kierujemy z tej katedry, która spłynęła krwią najlepszych synów Warszawy w obronie wolności narodu i w imię Matki Chrystusowej - do wszystkich rodzin na Wybrzeżu w miastach portowych Rzeczypospolitej, których święta są dzisiaj tak niesłychanie bolesne. Przesyłamy błogosławieństwo Ojca świętego, wam - osierocone dzieci i owdowiałe matki. Przesyłam je i wam, współbracia trudnej i ciężkiej pracy, którzy straciliście swoich towarzyszy trudu, męki i wysiłku twórczego dla wspólnego dobra naszej ojczyzny. Wasz ból jest wspólnym bólem! Wasza krew - jest nam braterską, drogą i cenną, jak cenną jest każda kropla, która ma spłynąć dla chwały Bożej i dla dobra Rzeczypospolitej.
Ale gdy wam przesyłamy stąd - z tych prawdziwych okopów walki najlepszej młodzieży stolicy o wolność - nasze wyrazy współczucia, na Wybrzeże, jednocześnie z pokorą was, najmilsi, przepraszamy... Może i my nie wypełniliśmy wszystkich naszych obowiązków - obowiązków biskupów i kapłanów, a zwłaszcza obowiązków prymasa. Bo oto zabrakło dla wielu ust dziecięcych pożywienia, które przede wszystkim im należy się we własnej ojczyźnie, i o które my wszyscy dłonią, pługiem, młotem, myślą i słowem wiążącym, walczyć i zabiegać powinniśmy.
Gdybym mógł, w poczuciu sprawiedliwości i ładu, wziąć na siebie całą odpowiedzialność za to co się ostatnio w Polsce stało, wziąłbym jak najchętniej...! Bo w narodzie musi być ofiara, okupująca winy narodu. I jeśli za ludzkość - ciężary jej win wziął na swoje ramiona Jezus Chrystus, Wieczny Kapłan, to w Polsce tę odpowiedzialność, gdyby zbawczą była, miałby obowiązek wziąć na swoje ramiona - prymas Polski! Jakże bym chciał w tej chwili - gdyby ta ofiara przyjęta była - osłonić wszystkich przed odpowiedzialnością, przed bólem i męką! Bo może nie dość wołałem, nie dość upominałem, nie dość ostrzegałem i prosiłem! Chociaż wiadomo, że głos mój nie zawsze był wysłuchany, nie każde poruszył sumienie i wolę, nie każdą ożywił myśl. Ale tak widocznie być musi. (…)
Warto też pamiętać o liście duszpasterskim, podpisanym przez kard. Wyszyńskiego i bp. Wojtyłę, będącym komentarzem do wydarzeń grudnia’70, a odczytanym w kościołach w czasie przedpołudniowych nabożeństw 14 lutego następnego roku.
                Jak napisał trafnie jeden z recenzentów: ,,na żadne poważniejsze pytanie o Grudzień film nie odpowiada – ani też go nie zadaje”. Mimo nienagannej gry aktorów, scenografii z rozmachem, przejmującej charakteryzacji i, doskonale wplatającej się w zmieniające kadry, muzyki Michała Lorenca, trudno nazwać dzieło Antoniego Krauzego dobrym.
Świetnym paszportem dla filmu, wpisującego się (o zgrozo!) bezbłędnie w lewicową politykę, okazują się słowa Witolda Mrozka z łamów Krytyki Politycznej:
Jeśli lewica ma w Polsce stworzyć jakąś własną politykę historyczną – a stworzyć taką musi, jeśli myśli o zdobyciu kiedykolwiek władzy w sposób demokratyczny – to ,,Czarny czwartek” jest według mnie świetnym takiej polityki historycznej zaczątkiem.
Wobec tak wielu realizatorskich uchybień, dalece bardziej od prezentowanej przez Kazika wersji ,,Ballady o Janku Wiśniewskim”, pasowałaby ta z filmu ,,Człowiek z żelaza”, którą śpiewała Krystyna Janda (http://www.youtube.com/watch?v=3Rb3XKj2ARU). CZERWONA (nie CZARNA) kokarda bowiem słuszniej i celniej oddaje komunistyczną mentalność tego, co było, a wcale nie minęło.
Ale wystarczy już tego złego… Stary dobry Sherlock powiedziałby, że: ,,człowiek powinien meblować tę maleńką przestrzeń swojej mózgownicy tylko tym, co może mu się naprawdę przydać.”
Podsumowując już zatem, posłużę się słowami nie swoimi, ale jakże przystającymi do tego, co odnośnie filmu ,,Czarny czwartek” uważam osobiście:
To paradoks, że legitymacją dla obecnych stosunków władzy stają się tragiczne w skutkach protesty przeciwko niesprawiedliwościom PRL-u. W ,,nowej Polsce” nad śmiercią Janka Wiśniewskiego pochyla się z troską kapitał i jego polityczne zaplecze. Władza nie strzela już do robotników, ale ma inne, równie skuteczne sposoby na pacyfikację ich żądań.
Od kina oczekiwałbym właśnie tego, że – także sięgając w przeszłość – skłoni nas do refleksji nad tymi mechanizmami i mniej spektakularnymi, ukrytymi formami przemocy. Film Krauzego miał taki potencjał, ale ostatecznie sięga po historyczne wydarzenia tylko po to, by zalegitymizować teraźniejszość. ,,Czarny czwartek” jest makabryczną laurką dla obecnej władzy, idealną na uroczyste premiery; doskonałą ilustracją dla pełnych patosu przemówień oficjeli zachwalających ,,wolność”, o którą niegdyś – jak bohaterowie filmu – walczyli. Jest w tym wszystkim coś głęboko obscenicznego, jakaś podstawowa zdrada kina, które ma inne obowiązki wobec społeczeństwa niż dostarczanie użytecznej mitologii rządzącym. (J. Majmurek)

----------

Polecam dokumentalną wersję ,,Czarnego Czwartku” (jako suplement do filmu fabularnego), gdzie po raz pierwszy upubliczniono deskrypcje medyków, którzy 17 grudnia 1970 roku, ścigając każdą sekundę, w dwóch gdyńskich szpitalach toczyli bój na śmierć i życie o ciężko rannych pracowników Stoczni Komuny Paryskiej:
… jak również prasę komunistyczną z grudnia 1970 r. - lutego 1971 r.:
----------
W ilustracjach wykorzystano:


Marta Czech

sobota, 26 lutego 2011

,,Naukowa” pogarda dla życia

 
          W niedzielę, 20 II, przy kościele Chrystusa Króla we Wrocławiu miała miejsce przedpremierowa projekcja najnowszego filmu Grzegorza Brauna - ,,Eugenika” (zwiastun: http://www.youtube.com/watch?v=EkzRHuox8pc&feature=player_embedded; relacja z wydarzenia: http://miastowroclaw.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2188:eugenika-grzegorza-brauna&catid=17:aktualnosci&Itemid=100).
Przybyłam, zobaczyłam, …może być.

Film ma charakter niejako swoistych opisów sytuacji, przeszłych i teraźniejszych, związanych z selekcją eugeniczną. Choć między słowami padały skróty myślowe traktujące kwestię problemowo, zabrakło mi wyraźnych akcentów, które bezsprzecznie wybijałyby z ręki śmiertelną broń eugenikom.
A przyznać by trzeba, iż takowych, choć oczywiście skrzętnie ukrywanych przed ,,ciemnym ludem”, jest sporo. Choćby taki przykład:
Badając zjawisko dziedziczności uzdolnień, Galton zauważył przy tym i opisał zjawisko tzw. „regresji do średniej”. Polega ono na tym, że potomstwo osobników wysoce uzdolnionych jest przeciętnie mniej uzdolnione od swoich rodziców. Cecha jak gdyby „cofa się” w wyniku dziedziczenia, co uznano za przejaw degeneracji geniuszu w wyniku przekazywania go z pokolenia na pokolenie. Galton nie zauważył jednak zjawiska odwrotnego, czyli wzrostu przeciętnego poziomu uzdolnień potomstwa osób mniej zdolnych w stosunku do pokolenia rodzicielskiego. Stan tej rzeczy da się wyjaśnić na przykładzie. Spójrzmy na wykresy:
 
Standardowym przekonaniem dotyczącym ewentualnej dziedziczności inteligencji, jest to, że przekaz cech z pokolenia na pokolenie dokonuje się w linii prostej. Wynikałoby stąd, że mało inteligentni rodzice muszą mieć mało inteligentne dzieci, natomiast rodzice bardzo inteligentni – odwrotnie.
Na rys a. przedstawiona jest taka silna determinacja cech potomstwa przez cechy rodziców. Jest to model błędny. Rys b. przedstawia poprawny model, którego rozkład jest zbliżony do normalnego. Weźmy pierwszych 4 osobników, wszyscy należą do pierwszej grupy o inteligencji bardzo niskiej. Natomiast ich dzieci fenotypowo wykażą stosunek 1:2:1, czyli 1 dziecko na 4 będzie rzeczywiście bardzo mało inteligentne, ale 2 z pozostałych będzie miała już inteligencję nieco wyższą, ostatnie cechować się będzie inteligencję normalną. Analogiczne zjawisko da się zaobserwować w grupie osobników bardzo zdolnych, ale z tendencją do „regresji”.
Jakiż jest zatem sens metod eugenicznych, zmierzających do stworzenia hiperinteligentnej rasy człowieka, wyrzynając w pień wszystkich mało inteligentnych, skoro badania naukowe dowodzą regres IQ u dzieci rodziców inteligentnych oraz wzrost IQ u dzieci rodziców mało inteligentnych? Czy, wobec tego faktu, eugenika mająca być ,,w imię postępu”, nie staje się paradoksalnie przyczyną regresji i zacofania?

Kolejna kwestia, której film dostatecznie nie uwypukla, to faktyczny rodowód eugeniki. Owszem, wspomina się o Francisie Galtonie, jako tym, który samo pojęcie eugeniki ,,jako nauki” stworzył i wprowadził (choć problem zachowań selekcyjnych wśród ludzi istniał już m.in. w starożytnej Sparcie). Niestety zaledwie mgnienia filmu poświęcone są jego bliskiemu kuzynowi, Karolowi Darwinowi. Zupełnie natomiast pominięty został wpływ teorii ewolucji na rozwój myślenia eugenicznego.
…a przecież to ewolucja burzy harmonijny i naturalny stan rzeczy oparty na paradygmacie pochodzenia od Boga i zmierzania ku Niemu. Od czasów Darwina człowiek przestaje być już niewiele mniejszym od aniołów (por. Hbr 2, 7) – jest zaledwie niewiele większy od małpy. Śmierć przestaje być wrogiem pokonanym przez Chrystusa na krzyżu; jawi nam się jako dobro implikujące postęp. W świecie, w którym nie ma jakościowego rozróżnienia pomiędzy ludźmi i zwierzętami, gdzie Boga zastąpiono wszechmocnym aparatem władzy, a ,,czystość rasy” odpowiada za jakość ewolucji  - życie ludzkie staje się jedynie produktem ubocznym czasu, wobec którego bezkarnie uchodzą najbardziej okrutne zbrodnie.
I tak oto, swego czasu, Bogu ducha winnych australijskich Aborygenów ,,postępowi” darwiniści zakwalifikowali jako ,,brakujące ogniwo ewolucji” (uznając ich za najbardziej spokrewnionych z człekokształtnymi małpami), co poskutkowało faktem umieszczenia rdzennych Australijczyków JAKO ZWIERZĄT (sic!) na liście gatunków broszury Muzeum w Sydney. Czyż to nie eugenika?

Nieuwzględniony w filmie został również istotny fakt, sygnalizowany choćby przez wykładowcę genetyki populacyjnej, Macieja Giertycha w opracowaniu ,,O ewolucji w szkołach europejskich” (http://giertych.pl/pliki/evolution.pdf), demaskujący powiązania darwinizmu z eugeniką - mianowicie że ,,Leonard Darwin (1850-1943), syn Karola, był prezesem angielskiego Eugenics Education Society, członkiem redakcji The Eugenical News, a od r. 1927 honorowym prezydentem Międzynarodowej Federacji Organizacji Eugenicznych.”
W 1989 r. Eugenics Society przemianowano na Instytut Galtona, pod którą to nazwą funkcjonuje do dziś, promując zwłaszcza antykoncepcję oraz organizując tzw. ,,Wykłady darwinowskie”.
Warto tu przytoczyć fragment piątego rozdziału opublikowanej przez Darwina w 1971 r. książki – skrzętnie studiowanej przez eugeników  - ,,Pochodzenie człowieka”:
U dzikich ci o słabym ciele lub umyśle są wkrótce eliminowani; a ci, co przeżyją, zwykle tryskają zdrowiem. Z drugiej strony my, ludzie cywilizowani, robimy wszystko, by ograniczyć proces eliminacji; budujemy szpitale dla umysłowo chorych, dla rannych, dla chorych; ustanawiamy słabe prawa; i nasi lekarze robią wszystko, co w ich mocy, by ratować każde życie aż do ostatniego momentu. Są powody by sądzić, że szczepienia uratowały tysiące ludzi, którzy ze względu na słabą odporność uprzednio zmarliby z powodu ospy. W rezultacie słabi członkowie naszych cywilizowanych społeczeństw rozmnażają się. Nikt, kto zajmował się hodowlą zwierząt domowych nie będzie wątpił, że to musi być bardzo szkodliwe dla rasy ludzkiej. Zaskakująco szybko z braku opieki czy przy opiece źle ukierunkowanej uzyskujemy degenerację ras zwierząt domowych; i tylko z wyjątkiem samego człowieka nikt nie jest tak głupim, by pozwalać na rozród najgorszych zwierząt.

Film Grzegorza Brauna przemilcza też, osławioną przez Agorę, osobę zadeklarowanego ateisty, obrońcy teorii ewolucji oraz zaangażowanego zwolennika eugeniki (http://www.lifesitenews.com/news/archive/ldn/2006/nov/06112103) – Richarda Dawkinsa, który w liście do szkockiego periodyka z 2006 r. napisał:
Jeżeli można hodować bydło na wydajność mleka, konie na szybkość biegu, a psy na zdolności pasterskie, z jakichże powodów miałoby być niemożliwym hodowanie ludzi na zdolności matematyczne, muzyczne czy atletyczne? (…) Zastanawiam się, czy 60 lat po śmierci Hitlera nie powinniśmy wreszcie zapytać, na czym polega moralna różnica między hodowlą zdolności muzycznych a zmuszaniem dziecka do lekcji muzyki? I dlaczego dopuszczalnym jest trening biegaczy i skoczków, a niedopuszczalna ich hodowla?


Reasumując, przyznać by trzeba otwarcie, że panu Grzegorzowi o wiele lepiej ,,wychodzą” filmy historyczne i polityczne, aniżeli typu scricte ,,pro life”. W spostrzeżeniu tym utwierdziła mnie zwłaszcza dyskusja po filmie - ta, po dość lakonicznych i niezbyt zaangażowanych odpowiedziach autora odnośnie samego dokumentu, szybko przerodziła się w dysputę polityczną, w której pan Braun był wreszcie jak ryba w wodzie.
Mimo wszystko jednak, z braku poważniejszych (w sensie: naukowych) dzieł w temacie, dobrze, że i taki  - popularny - film powstał...
Karykatura Darwina z 1871 r. po publikacji The Descent of Man, and Selection in Relation to Sex
Polecam również:
Eugenika w Polsce: http://prawica.net/node/14478
oraz
Dziesięć największych błędów Darwina:

Marta Czech