Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prozaicznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prozaicznie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 maja 2019

Wilczyce


          Jestem właśnie świeżo po lekturze ,,Wilczyc” Aleksandra Dumasa. Do tejże zachęcił mnie przede wszystkim kontekst wojen wandejskich, w czasie których rozgrywa się akcja powieści. Mając w pamięci czytaną lata temu historię o trzech muszkieterach, po kolejną książkę Dumasa sięgnęłam bez większego entuzjazmu. Jednakże myliłby się ten, kto by po ,,Wilczycach” oczekiwał charakterystycznej dla muszkieterów sieci intryg, gdzie monarchistyczne idee zasłaniają liczne romanse głównych bohaterów, którzy u człowieka pragnącego żyć w zgodzie z odwiecznymi zasadami, potrafią wzbudzić co najwyżej politowanie. W ,,Wilczycach” Dumas prowadzi wyraźną granicę pomiędzy tym, co szlachetne a szubrawe. Tu czytelnik nie czuje się manipulowany obrazem ,,ideału rozwiązłego rycerza” na modłę współczesnych seriali (vide: dobry gej, wspaniały rozwodnik etc.). Książka wzrusza czystym i zbożnym przywiązaniem do legitymizmu, zarówno wśród szlachectwa, jak i prostego ludu wandejskich wsi. W odróżnieniu od muszkieterów, wandejscy rojaliści wiedzą, że odwieczne prawo Boże znaczy więcej niż ich osobisty honor. Zdolność poświęcenia, ofiarność… – to wartości, które fabuła ,,Wilczyc” akcentuje na wielu poziomach. Bohaterowie skłonni są do surowych wyrzeczeń zarówno w sferze militarnej, jak i miłosnej. Zachwyca siostrzana miłość tytułowych Wilczyc - Marii i Berty (potem s. Marty, karmelitanki z klasztoru w Chartres).

Polecam nie tylko monarchistom!
 


Marta Czech

wtorek, 26 kwietnia 2011

Człowiek …nieprzeciętny


          Niejednokrotnie w ostatnich czasach spotykamy się w utworach ,,najmłodszych" literatów z uganianiem się za czymś na pozór nieuchwytnym i nieistniejącym, za duszą, której nie przyprószył żaden pył tego świata, na której żadne wspomnienie z ludzkiej przeszłości, żaden wytwór ludzkiego rozumu, żaden przesąd, żadne utarte mniemanie, nie zostawiły śladu; której umysł wśród obcych myśli rozwijał się nietknięty ich wpływem i dosięgnąwszy dojrzałości zupełnej, pozostał tak samoistnym, jakim był wyszedł z rąk Stwórcy…  Marzenie to wydaje się być czczą mrzonką… Chociaż takim dziewiczym duchem, lub przynajmniej bardzo zbliżonym do żądanego ideału, był, zmarły przed ponad wiekiem, pisarz francuski, Ernest Hello. Autor ten, mało u nas znany, nie był też popularnym we Francji. Nie pisał on wiele pod względem ilościowym; księgarnie posiadają dwa tylko jego dzieła. Mnie się udało zdobyć jedno. Oto wart uwagi fragment. Polecam i konkretne dzieło, i samego autora w ogóle.

,,Człowiek prawdziwie przeciętny wszystko podziwia po trosze, nic nie podziwia z zapałem... Wszelkie twierdzenie uważa za zuchwalstwo, gdyż wszelkie twierdzenie wyklucza zdanie z nim sprzeczne. Ale jeśli jesteś trochę przyjacielem, a trochę nieprzyjacielem wszystkiego, uzna cię on za człowieka mądrego i rozsądnego. Człowiek przeciętny twierdzi, że we wszystkim jest coś dobrego i coś złego, i że nie trzeba być absolutnym w sądach. Jeśli stwierdzasz prawdę z mocą, człowiek przeciętny powie, że masz za wiele pewności siebie. Człowiek przeciętny żałuje, że religia chrześcijańska ma dogmaty; wolałby aby głosiła tylko etykę; a jeśli mu powiesz, że jej etyka wypływa z dogmatów, tak jak wniosek wynika z przesłanek, odpowie ci, że przesadzasz... Gdyby wyraz ,,przesada" nie istniał wynalazłby go człowiek przeciętny. Człowiek przeciętny ma zwykle pozór człowieka skromnego; nie może być jednak pokornym, bo przestałby być przeciętnym. Człowiek prawdziwie pokorny gardzi wszystkimi kłamstwami, nawet gdyby były uznane przez świat cały, a klęka przed prawdą...Gdyby człowiek z natury przeciętny został prawdziwie chrześcijaninem, przestałby być przeciętny... Człowiek miłujący nigdy nie jest przeciętny". (Ernest Hello, Człowiek)
Ernest Hello (1828-1885)
Inne teksty Ernesta Hello:
- ,,Oblicza świętych” – fragmenty:

Marta Czech

sobota, 9 kwietnia 2011

Proroczy Bułhakow…


          …czyli rosyjską prozą o ksenotransplantach (o których było już wcześniej: http://martaczech.blogspot.com/2010/12/zeby-czowiek-by-czowiekiem-folwark.html), eugenice i eliksirach młodości – słowem: vademecum eksperymentowania.
Cóż to zatem takiego – ,,eksperyment”?
Robert Penn Warren pisał o nim jako swoistej ramie postępowania usprawiedliwiającej i legitymizującej ludzkie niepowodzenia – bowiem ,,gdy tylko coś się nie udaje, mówi się, że był to eksperyment.” Einsteinowi jawił się on weryfikatorem i drogą do prawdy (która próbę każdego eksperymentu gotowa jest przetrzymać), a jednocześnie uczył swego rodzaju pokory wobec praw tego świata w myśl, iż ,,żadna liczba eksperymentów nie może dowieść, że mam rację: jeden eksperyment może pokazać, że jej nie mam.” Wszystko to zaś można by zamknąć w treściwych równoważnikach Hipokratesa: ,,Życie krótkie, nauka sztuki długa, eksperyment mylny, diagnozowanie trudne.”

…a skoro już o diagnozowaniu mowa, niech będzie ono stosownym pasażem do Bułhakowa i, jeżących włos na głowie, poczynań powieściowych medyków-eksperymentalistów, którzy, jak się wkrótce od napisania tekstu okazało, z celulozowych kart nasiąkniętych drukarskim atramentem, bez trudu zdołali przedostać się do centrum ludzkiej egzystencji.

Z pamiętnika doktora Bormentala
Cienki zeszyt formatu papieru listowego. Zapisany pismem doktora Bormentala. Na pierwszych dwóch stronach jest ono bardzo staranne, wyraźne, zwarte, a na dalszych zamaszyste, niespokojne, z mnóstwem kleksów.
22 grudnia 1924. Poniedziałek.
Historia choroby
Pies laboratoryjny mniej więcej dwuletni. Samiec.  Rasa - kundel. Imię - Szarik.  Sierść rzadka, w kępkach, maść - bura podpalana. Na prawym boku blizny po całkowicie zagojonym oparzeniu. Odżywianie przed przybyciem do profesora - złe; po tygodniowym pobycie - wyjątkowo utuczony. Waga – 87 kg (wykrzyknik). Serce, żołądek, płuca, temperatura...
23 grudnia. O godz. 8:30 wieczorem przeprowadzona została pierwsza w Europie operacja według metodyki prof.
Preobrażeńskiego: pod narkozą (chloroform) usunięto Szarikowi jądra, a na ich miejsce zostały przeszczepione jądra wraz z nasieniowodami i przydatkami pobrane od dwudziestoośmioletniego mężczyzny, który zmarł 4 godziny i 4 minuty przed operacją, przechowane w sterylnym płynie fizjologicznym według metodyki prof. Preobrażeńskiego. Bezpośrednio po tym została usunięta przysadka (po trepanacji czaszki) i zastąpiona ludzką, pobraną od w/w  mężczyzny.
Zastosowano 87cm chloroformu, 1 iniekcję kamfory, dwie iniekcje adrenaliny dosercowo.
Cel operacji: eksperyment prof. Preobrażeńskiego polegający na jednoczesnym przeszczepieniu przysadki i jąder w celu wyjaśnienia problemu przyrastania przysadki oraz jej wpływu na odmładzanie ludzkiego organizmu.
Operował prof. Filip Filipowicz Preobrażeński.
Asystował dr Iwan Arnoldowicz Bormental.
Noc po operacji: powtarzające się niebezpieczne zanikanie tętna. Oczekiwanie na zejście.  Olbrzymie dawki kamfory wg metodyki Preobrażeńskiego.
24 grudnia, rano. Poprawa.
Oddech dwukrotnie przyspieszony.  Tętno ledwie wyczuwalne, temperatura 42 stopnie. Kamfora, kofeina podskórnie.
25 grudnia. Ponownie pogorszenie. Tętno ledwie wyczuwalne, kończyny zimne, źrenice nie reagują. Adrenalina dosercowo, kamfora wg Preobrażeńskiego, dożylnie płyn fizjologiczny.
26 grudnia. Nieznaczna poprawa. Tętno 180, oddech 92, temperatura 41. Kamfora, odżywcze lewatywy.
27 grudnia. Puls 152, oddech 50, temperatura 39,8, źrenice reagują, kamfora podskórnie.
28 grudnia. Znaczna poprawa. W południe znienacka zlewne poty, temperatura 37. Rany pooperacyjne bez zmian.  Opatrunek. Pojawia się apetyt. Odżywianie płynne.
29 grudnia. Stwierdzone nagłe wypadanie sierści na czole i bokach tułowia. Wezwani na konsylium - profesor katedry chorób skórnych Wasilij Wasilewicz Bundariow i dyrektor moskiewskiego wzorcowego instytutu weterynaryjnego.  Uznali, że przypadek nie jest opisany w literaturze. Diagnoza pozostała nieustalona.  Temperatura normalna.
Notatka ołówkiem:
Wieczorem pojawiło się pierwsze szczeknięcie (godz.  8:15). Zwraca uwagę gwałtowna zmiana tembru i obniżenie tonacji. Szczekanie zamiast wyrazów „hau - hau” brzmi „a - o”, swoją barwą bardzo niewyraźnie przypomina jęk.
30 grudnia. Wypadanie sierści przybrało charakter ogólnego wyłysienia. Ważenie dało nieoczekiwany rezultat: waga 307 kg na skutek wzrostu (wydłużenia) kości. Pies nadal leży.
31 grudnia. Apetyt kolosalny.
Kleks. Za kleksem pospiesznie zanotowano:
O godz. 12 min. 12 po południu pies wyraźnie wyszczekał A – B - yr.
Przerwa w notatkach, dalej zaś najwidoczniej przez pomyłkę w pośpiechu napisano:
1 grudnia (przekreślone, poprawione) 1 stycznia 1925.  Rano sfotografowaliśmy go. Ze szczęścia szczeka „Abyr”, powtarzając to słowo głośno i jakby radośnie. O 3:00 po południu (dużymi literami) roześmiał się, wywołując omdlenie pokojówki Ziny.  Wieczorem powtórzył osiem razy z rzędu: „Abyrtnec”.
Ukośnymi literami ołówkiem - profesor rozszyfrował słowo „Abyrtnec”, znaczy ono „Centryba”... Coś potwor...
Do zeszytu włożono kartkę.
Nauka rosyjska omal nie poniosła ciężkiej straty.
Historia choroby profesora Filipa Preobrażeńskiego.
O godz. 1:13 - głębokie omdlenie. Prof. Preobrażeński padając uderzył głową o poprzeczkę krzesła. Tinctura Valeriana.
W obecności mojej i Ziny pies (o ile oczywiście można go nazwać psem) zwymyślał profesora Preobrażeńskiego najgorszymi słowami.
Przerwa w notatkach.
6 stycznia (Na zmianę ołówkiem i fioletowym atramentem).
Dzisiaj, po tym, kiedy odpadł mu ogon, powiedział najzupełniej wyraźnie słowo „knajpa”. Pracuje fonograf. Diabli wiedzą, co to takiego.
Nie wiem, co o tym myśleć.
Profesor przestał przyjmować pacjentów. Od godziny 5:00 z laboratorium, w którym spaceruje to stworzenie, wyraźnie słychać wulgarne przekleństwa i słowa „jeszcze raz podwójne”.
7 stycznia. Wymawia bardzo wiele słów: „drynda”, „miejsc brak”, „gazeta wieczorna”, „najlepszy prezent dla dziecka” i wszystkie przekleństwa, jakie w ogóle istnieją w rosyjskim leksykonie.
Wygląda dziwnie. Sierść została mu tylko na głowie, podbródku i piersiach. W pozostałych miejscach jest łysy i obciągnięty zwiotczałą skórą.  Organy płciowe stają się męskie.
Głowa znacznie powiększona.  Czoło niskie, ustawione pod kątem.
Jak Boga kocham, chyba zwariuję.
(…) 8 stycznia. Późnym wieczorem postawiliśmy diagnozę. Filip Filipowicz, jako prawdziwy uczony, przyznał się do omyłki - zmiana przysadki powoduje nie odmłodzenie, a całkowite uczłowieczenie organizmu (podkreślone trzy razy). Ale nie pomniejsza to jednak znaczenia jego niebywałego, wstrząsającego odkrycia.
(…) Nie mogę się powstrzymać od paru hipotez, niech chwilowo diabli wezmą odmładzanie. Co innego jest nieporównywalnie ważniejsze – niebywały eksperyment profesora Preobrażeńskiego odsłonił jedną z tajemnic ludzkiego mózgu. Od tej chwili zagadkowa funkcja przysadki - gruczołu dokrewnego umieszczonego w mózgu - została wyjaśniona. Przysadka określa ludzką osobowość. Jej hormony można uznać za najważniejsze w organizmie - to hormony osobowości. Nowa dziedzina nauki - bez retorty Fausta stworzono homunkulusa. Skalpel chirurga powołał do życia nową jednostkę ludzką. Profesor Preobrażeński jest kreatorem.
(…) Słowem, przysadka to zamknięta komora określająca osobowość konkretnego człowieka.
Konkretnego! „Od Sewilli do Grenady...” - okrutnie przewracając oczami krzyczał Filip Filipowicz - a nie ogólnoludzką. Przysadka to cały mózg w miniaturze, który mnie w ogóle nie interesuje i w ogóle pies z nim tańcował. Myślałem o czymś zupełnie innym, o eugenice, o poprawieniu ludzkiego gatunku. I właśnie na odmładzaniu się naciąłem. Czy pan naprawdę myśli, że ja to robię dla pieniędzy? Pomimo wszystko jestem przecież uczonym.
- Jest pan wielkim uczonym, ot co! - oznajmił Bormental łykając koniak. Oczy nabiegły mu krwią.
- Chciałem tylko przeprowadzić małe doświadczenie po tym, jak dwa lata temu otrzymałem z przysadki wyciąg hormonów płciowych. A co wyszło zamiast tego? O mój Boże! A tych hormonów w przysadce, o Chryste... Doktorze, przede mną kompletna beznadziejność, przysięgam, zagubiłem się.
(Michaił Bułhakow, ,,Psie serce” - fragmenty)

Oczywiście namawiam do zapoznania się z całością tekstu o psim homunkulusie.
Marta Czech

niedziela, 25 kwietnia 2010

Zraniony Pasterz


Kocham Boga, ale po przeczytaniu tej książki płakałam, ponieważ uświadomiłam sobie, że nie kocham Go dość mocno.

,,Zraniony Pasterz” był dla mnie początkiem nawrócenia.

Ta książka stała się dla mnie towarzyszką, czytam ją... czytam ponownie... mały fragment wystarczy, by się nasycić. Należy ją czytać sercem, ale sercem zranionym.
To tylko niektóre ze zdań recenzji poruszającej, równie jak one, książki Daniela Ange ,,Zraniony Pasterz”.
Czytałam ją jeszcze w podstawówce, ale dzisiejsza Ewangelia, pewnie nie przypadkiem, mi ją przypomniała… Warto do niej od czasu do czasu powrócić…
…bo któż z nas nie został ani razu, chociaż w małym stopniu, zraniony? Któż z nas nie ranił?

Fragment ,,Zranionego Pasterza”:
,,Raz na zawsze dowiedzieć się, z kim mam do czynienia. rzucam wreszcie pytanie, które pali mi wargi:
-Kim ty właściwi jesteś?
-Och, to długa historia… Jestem pasterzem, to mój zawód, i lubię go.
-A twoje stado, gdzie ono jest?
-Na hali Wilczyparów. Któregoś dnia zerwała się tam straszna burza. Dziesiątki owiec zostało rażonych piorunem. Na domiar złego, psy wywołały popłoch. Niektóre owce wpadły do jaru, inne się poraniły. Prawdziwa klęska. Nie mówiąc już o złodziejach stad, którzy wykorzystują nawałnice. Trzeba było szybko działać. Tata powiedział mi: „Słuchaj, mój mały, jesteś jeszcze młody, ale nie mam nikogo oprócz ciebie. Rób, co chcesz, odszukaj je wszystkie. To będzie ciężkie. Będziesz potrzebował dużo czasu, ale to twoje zadanie. Niech owczarnia będzie zapełniona! Idź więc, mój mały, nie bierz nic ze sobą, żebyś mógł biegać”.
Powiedział mi jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale to pozostanie między nami (musisz wiedzieć, że jestem Jego jedynym synem). No i wyruszyłem w drogę, ot tak, bez niczego. I zacząłem szukać przez wszystkie czasy, we dnie i w nocy. Kiedy już nie mam siły, kiedy chciałbym się zatrzymać, myślę o Nim. Gdybyś wiedział, jakie to święto, ilekroć Mu przyprowadzę parę owiec! Zupełne szaleństwo! Jak na uczcie weselnej!
-Nieźle się poharatałeś!
-Bez ustanku szukałem jednej owcy, jednej jedynej. Miałem rażenie, że ucieka, gdy tylko mnie spostrzeże. Trzeba było się spieszyć. O tej porze roku noc zapada szybko. Tutaj z byle powodu można upaść i skręcić sobie kostkę. Jednak krwawiąc, uczę się leczyć innych.
-Jeśli dobrze zrozumiałem, to zostawiłeś resztę stada tak po prostu, bez pasterza?
-Co chcesz, na tej jednej owcy Ojcu zależy jak na źrenicy oka. Dla Niego liczy się tylko ona. Co za cios, gdybym jej nie odnalazł!
-I jeszcze jej nie odnalazłeś?
-Ona się boi, że ją odszukam.
-A ja, czy mógłbym pomóc ci ją odnaleźć?
-Jeszcze jak! Co więcej, tylko ty możesz mi pomóc. Bez ciebie nigdy jej nie odnajdę.
-Można by spróbować jutro.
-Ojcu się spieszy, wiesz? A poza tym do jutra mogłaby sobie zrobić coś złego.
-Wyglądasz na zmordowanego! Odpocznij tej nocy.
-Moim odpoczynkiem jest mieć ją tu, na ramieniu.
-Czy twoje zwierzęta mają imiona?
-Każdej nadałem imię.
-A ta, której dzisiaj szukasz, jak się nazywa?
                Odniosłem wrażenie, że się waha. Milczenie pogłębiało się. A potem jedno jedyne słowo:
-E–ma–nu–el !
                Elektrowstrząs! Grom z jasnego nieba! Moje własne imię! Skąd je znał? Nikt mi go jeszcze nie powiedział w ten sposób, tak jak się wyjawia sekret. Jakbym słyszał je po raz pierwszy! Jeszcze łagodniej powtórzył:
-E–ma–nu–el !
Tego było za wiele! Coś pękło w jakimś zakamarku serca. W jednej chwili został rozbity mój potężny system samoobrony!
Wyglądał na tak słabego, że ja również poczułem się słaby, zupełnie słaby. Jak mogłem dłużej osłaniać się przed dzieckiem, którego jedyną bronią, aby mnie zwyciężyć, było moje imię! Jak dalej odgrywać moje małe wewnętrzne kino? Jak jeszcze okłamywać samego siebie?
-Wiesz, znam cię już od dawna! Poznałem cię na długo przed tym dniem na rynku w Zawiejach… Na plaży w Sztormie-Świętego-Jana, pewnej nocy, pamiętasz? Słuchałem, jak śpiewałeś „Niewinności, zgubiłem ciebie”. Księżyc znaczył fale srebrną smugą. Siedziałem pod figowcem i myślałem: „To do mnie się zwraca. Ale o tym nie wie”. Od tamtej nocy ciągle nękało mnie twoje spojrzenie. Ilekroć zamykałem oczy, widziałem twoje.
                Tak więc czekał na tę chwilę od lat! Od lat myślał o mnie! Stojąc za ciernistymi zaroślami, wypatrywał mnie dniem i nocą, mówiąc sobie za każdym odgłosem kroków: „To on!” Jak się jeszcze upierać, że niczego i nikogo nie potrzebuję, kiedy on nie mógł się beze mnie obejść?
                Jak dzieciak wybuchnąłem płaczem. Gdzieś puściła jakaś tama: łzy, zbyt długo stłumione, płynęły, płynęły… łzy inne niż zwykle! Od tylu lat na nie czekałem…
                Podniósł się teraz. Nic nie mówiąc, z jakimś niewzruszonym majestatem, pokazał mi swoje ręce. Spostrzegłem na nich rozległe rany. Musiały bardzo krwawić. Na stopach, między rzemieniami sandałów, te same dziwne okaleczenia. Spoza rozdartego poncha widać było rozorane ramię. Pokazywał mi te rany, jakby nie mógł znaleźć nic innego, by mnie uspokoić. Nic innego, by mi powiedzieć, kim jest. Tak jak się pokazuje dowód osobisty.
                Czy to szukając mnie tak się pokaleczył? Czy rany rozszerzały się za każdym razem, kiedy przed nim uciekałem? Na czole zauważyłem ślady uderzenia o flipper. To ja go przewróciłem! A jeżeli go tak zraniłem, to czy sam nie byłem poraniony? W moim sercu, tak jak on w swoim ciele? Wszystkie te pytania oraz wiele innych uderzało o siebie z ogromną prędkością jak kamyki w rwącym potoku.
-Tak, owcą, bez której Ojciec nie może spać spokojnie, jesteś ty!”

To dopiero początek niesamowitego spotkania głównego bohatera i Jezusa… Rozpoczyna się leczenie ran. Czyich ran? Skąd te rany? Kto tu jest lekarzem? Kto najbardziej cierpi? Skąd cierpienie przychodzi? Kto jest jego pierwszą ofiarą? Na wszystkie pytania odpowie …Zraniony Pasterz.
Marta Czech

piątek, 16 kwietnia 2010

Zwycięzca dla ludu


          Jeśli mowa o Ewangelii na każdy dzień, przez ostatni tydzień sporo było o pewnym dostojniku żydowskim. Samo jego imię jest bardzo wymowne, od gr. nike – zwycięstwo oraz demos – lud, oznacza osobę, która zwycięża dla ludu.
Powtórne narodzenie; wiatr, który nie wiadomo, skąd przychodzi i dokąd podąża; wąż wywyższony na pustyni… - to chyba najbardziej znane treści kojarzone z biblijnymi rozmowami Jezusa i Nikodema (bo o nim rzecz).
Myślę, że warto przypomnieć również mniej znany tekst o Jezusie i nietuzinkowym faryzeuszu, autorstwa Jana Dobraczyńskiego. Poniżej niesamowite, plastycznie i namacalnie wręcz opisujące twarz Jezusa, fragmenty ,,Listu III" z ,,Listów Nikodema". Polecam całość.

          Przed świętami przybył do miasta. Postanowiłem Go zobaczyć. Dowiedziawszy się, że siaduje pod portykiem Salomona z uczniami i słuchaczami, wybrałem się w tamtą stronę. Był tam rzeczywiście, otoczony tłumem. Ciżba pachnie czosnkiem, cebulą i starą oliwą. Sami amhaarece: chłopi, drobni kupcy, rzemieślnicy. Krzyczy to wszystko po prostacku, przeważnie nieczystym językiem używanym w Galilei. Mijałem ich powoli, niby pogrążony w myślach, lecz patrzyłem ciekawie spod nasuniętego na oczy turbanu. I - na czoło Mojżesza!
- teraz ci powiem, kim jest Galilejczyk. To ten wysoki Człowiek, którego z takim zapałem witał Jan, a potem Go chrzcił w Jordanie! Nie mylę się, jestem tego pewien. Ma zresztą twarz, jakiej się nie zapomina. Pisałem Ci wtedy: twarz człowieczą... Próżno szukam nowego określenia. Tamto - wiem - nic nie mówi. Lecz jak ci Go opisać? Wysoki, doskonale zbudowany, o obliczu, które wyraża nieskończoną harmonię... Znowu utknąłem! Ale to prawda, że ta twarz pasuje do Jego postaci, do głosu, do słów... Jest spokojna - jednak nie martwa. Przeciwnie - powiedziałbym, że jest w niej za dużo życia. Tylko że znowu słowa "za dużo" nie odpowiadają rzeczywistości. W tej twarzy niczego nie jest za dużo, niczego za mało. Jest niby wzór twarzy ludzkiej. Twarz taka, jakimi twarze ludzkie powinny być. Ci ohydni rzeźbiarze greccy, których nasprowadzał Antypas, mogliby się cieszyć, gdyby zechciał im służyć na wzór: na pewno zrobiliby według niego posągi do cyrku w Cezarei. Tylko czy który z nich, najbardziej nawet w swym bezwstydzie utalentowany, potrafiłby taką twarz przenieść w kamień? Jest do tego stopnia pełna wyrazu, że nie sposób jej sprowadzić do czegoś prostego, uchwytnego jednym spojrzeniem. Każda inna ma jakiś szczegół, który nad wszystkim góruje. Gdybym chciał na przykład wyobrazić ciebie (wybacz myśl bezbożną!) - pokazałbym myślące czoło nad ściągniętymi uwagą brwiami. Reszta byłaby już nieważna. Ale twarz Galilejczyka jest ważna w każdym rysie. Jego czoło myśli, Jego usta... Jego usta kochają. Inaczej nie potrafię o nich powiedzieć. Wąskie wargi wśród zarostu, czy mówią, czy pozostają bez ruchu, zawsze zdają się wyrażać krzyk miłości. Tak samo oczy. Są czarne niby
studnia bez dna, która swą głębokością przywołuje i kusi. Nie będę się już więcej silił na opisywanie. Z moich słów i tak żadnego wyobrażenia mieć nie będziesz... Mój rylec ślizga się bezradnie po tabliczce. Mógłbym ci dawać tysiące Jego opisów, gdy chcę je jednak wszystkie związać w jeden obraz - nic z tego nie wychodzi. (…)
Widziałem Go teraz z boku. Na tle oświetlonej ściany rysował się wyraźnie Jego profil: ostry, twardy, nieomal kanciasty, a jednocześnie dziwnie miękki i w swych liniach łagodny. Długi, wygięty w łuk nos o wyraźnych nozdrzach, wąskie, delikatne usta, stanowczy podbródek... A obok tego oczy mieniące się wszystkimi tonami łagodności i współczucia. Znowu ta niepokojąca sprzeczność. Można by powiedzieć o Nim, że jest człowiekiem pięknym. Lecz Jego uroda nie ma w sobie nic ze zniewieściałości. Gdy oczy zdają się tylko czarować - usta, można by sądzić, nakazują wszystko. Mówią o sile i nieustępliwej woli. Może to pragnienie władzy? Chyba nie... Namiętności są jak gorączka: płoną, ale pod żarem czai się słabość. Ambicja potrafi być długotrwała. Ale i ona, w miarę jak się zbliża do celu, pozbawia spokoju i równowagi. Ten człowiek może natomiast pragnąć czegoś do szaleństwa, a przecież nie sięgnie po przedmiot swoich pragnień rozgorączkowaną ręką. Najbardziej niezwalczona pokusa nie uczyni Go tyranem. Zatrzymałem się w progu, mrugając oczami. Ogarnęło mnie onieśmielenie. Nie dziw się temu. To może jest zwykły amhaarec - ale umie patrzeć jak władca. Podniósł na mnie wzrok. Spokojny zresztą, niegroźny; raczej łagodny i dziwnie przenikliwy. Kiedy na mnie patrzy, mam uczucie, że wszystko we mnie widzi, wszystko wie i żadne słowa nie są Mu potrzebne. Judasz zniknął, byliśmy tylko dwaj w pustej izbie. Nagle uśmiechnął się. Ten uśmiech jest jak blask słońca, który od razu rozpogadza niebo i usuwa z nas zniechęcenie. Odpowiedziałem Mu uśmiechem. Postąpiłem krok, chciałem być uprzejmy. Powiedziałem: - Witaj, dobry Rabbi...

Marta Czech