sobota, 26 lutego 2011

,,Naukowa” pogarda dla życia

 
          W niedzielę, 20 II, przy kościele Chrystusa Króla we Wrocławiu miała miejsce przedpremierowa projekcja najnowszego filmu Grzegorza Brauna - ,,Eugenika” (zwiastun: http://www.youtube.com/watch?v=EkzRHuox8pc&feature=player_embedded; relacja z wydarzenia: http://miastowroclaw.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2188:eugenika-grzegorza-brauna&catid=17:aktualnosci&Itemid=100).
Przybyłam, zobaczyłam, …może być.

Film ma charakter niejako swoistych opisów sytuacji, przeszłych i teraźniejszych, związanych z selekcją eugeniczną. Choć między słowami padały skróty myślowe traktujące kwestię problemowo, zabrakło mi wyraźnych akcentów, które bezsprzecznie wybijałyby z ręki śmiertelną broń eugenikom.
A przyznać by trzeba, iż takowych, choć oczywiście skrzętnie ukrywanych przed ,,ciemnym ludem”, jest sporo. Choćby taki przykład:
Badając zjawisko dziedziczności uzdolnień, Galton zauważył przy tym i opisał zjawisko tzw. „regresji do średniej”. Polega ono na tym, że potomstwo osobników wysoce uzdolnionych jest przeciętnie mniej uzdolnione od swoich rodziców. Cecha jak gdyby „cofa się” w wyniku dziedziczenia, co uznano za przejaw degeneracji geniuszu w wyniku przekazywania go z pokolenia na pokolenie. Galton nie zauważył jednak zjawiska odwrotnego, czyli wzrostu przeciętnego poziomu uzdolnień potomstwa osób mniej zdolnych w stosunku do pokolenia rodzicielskiego. Stan tej rzeczy da się wyjaśnić na przykładzie. Spójrzmy na wykresy:
 
Standardowym przekonaniem dotyczącym ewentualnej dziedziczności inteligencji, jest to, że przekaz cech z pokolenia na pokolenie dokonuje się w linii prostej. Wynikałoby stąd, że mało inteligentni rodzice muszą mieć mało inteligentne dzieci, natomiast rodzice bardzo inteligentni – odwrotnie.
Na rys a. przedstawiona jest taka silna determinacja cech potomstwa przez cechy rodziców. Jest to model błędny. Rys b. przedstawia poprawny model, którego rozkład jest zbliżony do normalnego. Weźmy pierwszych 4 osobników, wszyscy należą do pierwszej grupy o inteligencji bardzo niskiej. Natomiast ich dzieci fenotypowo wykażą stosunek 1:2:1, czyli 1 dziecko na 4 będzie rzeczywiście bardzo mało inteligentne, ale 2 z pozostałych będzie miała już inteligencję nieco wyższą, ostatnie cechować się będzie inteligencję normalną. Analogiczne zjawisko da się zaobserwować w grupie osobników bardzo zdolnych, ale z tendencją do „regresji”.
Jakiż jest zatem sens metod eugenicznych, zmierzających do stworzenia hiperinteligentnej rasy człowieka, wyrzynając w pień wszystkich mało inteligentnych, skoro badania naukowe dowodzą regres IQ u dzieci rodziców inteligentnych oraz wzrost IQ u dzieci rodziców mało inteligentnych? Czy, wobec tego faktu, eugenika mająca być ,,w imię postępu”, nie staje się paradoksalnie przyczyną regresji i zacofania?

Kolejna kwestia, której film dostatecznie nie uwypukla, to faktyczny rodowód eugeniki. Owszem, wspomina się o Francisie Galtonie, jako tym, który samo pojęcie eugeniki ,,jako nauki” stworzył i wprowadził (choć problem zachowań selekcyjnych wśród ludzi istniał już m.in. w starożytnej Sparcie). Niestety zaledwie mgnienia filmu poświęcone są jego bliskiemu kuzynowi, Karolowi Darwinowi. Zupełnie natomiast pominięty został wpływ teorii ewolucji na rozwój myślenia eugenicznego.
…a przecież to ewolucja burzy harmonijny i naturalny stan rzeczy oparty na paradygmacie pochodzenia od Boga i zmierzania ku Niemu. Od czasów Darwina człowiek przestaje być już niewiele mniejszym od aniołów (por. Hbr 2, 7) – jest zaledwie niewiele większy od małpy. Śmierć przestaje być wrogiem pokonanym przez Chrystusa na krzyżu; jawi nam się jako dobro implikujące postęp. W świecie, w którym nie ma jakościowego rozróżnienia pomiędzy ludźmi i zwierzętami, gdzie Boga zastąpiono wszechmocnym aparatem władzy, a ,,czystość rasy” odpowiada za jakość ewolucji  - życie ludzkie staje się jedynie produktem ubocznym czasu, wobec którego bezkarnie uchodzą najbardziej okrutne zbrodnie.
I tak oto, swego czasu, Bogu ducha winnych australijskich Aborygenów ,,postępowi” darwiniści zakwalifikowali jako ,,brakujące ogniwo ewolucji” (uznając ich za najbardziej spokrewnionych z człekokształtnymi małpami), co poskutkowało faktem umieszczenia rdzennych Australijczyków JAKO ZWIERZĄT (sic!) na liście gatunków broszury Muzeum w Sydney. Czyż to nie eugenika?

Nieuwzględniony w filmie został również istotny fakt, sygnalizowany choćby przez wykładowcę genetyki populacyjnej, Macieja Giertycha w opracowaniu ,,O ewolucji w szkołach europejskich” (http://giertych.pl/pliki/evolution.pdf), demaskujący powiązania darwinizmu z eugeniką - mianowicie że ,,Leonard Darwin (1850-1943), syn Karola, był prezesem angielskiego Eugenics Education Society, członkiem redakcji The Eugenical News, a od r. 1927 honorowym prezydentem Międzynarodowej Federacji Organizacji Eugenicznych.”
W 1989 r. Eugenics Society przemianowano na Instytut Galtona, pod którą to nazwą funkcjonuje do dziś, promując zwłaszcza antykoncepcję oraz organizując tzw. ,,Wykłady darwinowskie”.
Warto tu przytoczyć fragment piątego rozdziału opublikowanej przez Darwina w 1971 r. książki – skrzętnie studiowanej przez eugeników  - ,,Pochodzenie człowieka”:
U dzikich ci o słabym ciele lub umyśle są wkrótce eliminowani; a ci, co przeżyją, zwykle tryskają zdrowiem. Z drugiej strony my, ludzie cywilizowani, robimy wszystko, by ograniczyć proces eliminacji; budujemy szpitale dla umysłowo chorych, dla rannych, dla chorych; ustanawiamy słabe prawa; i nasi lekarze robią wszystko, co w ich mocy, by ratować każde życie aż do ostatniego momentu. Są powody by sądzić, że szczepienia uratowały tysiące ludzi, którzy ze względu na słabą odporność uprzednio zmarliby z powodu ospy. W rezultacie słabi członkowie naszych cywilizowanych społeczeństw rozmnażają się. Nikt, kto zajmował się hodowlą zwierząt domowych nie będzie wątpił, że to musi być bardzo szkodliwe dla rasy ludzkiej. Zaskakująco szybko z braku opieki czy przy opiece źle ukierunkowanej uzyskujemy degenerację ras zwierząt domowych; i tylko z wyjątkiem samego człowieka nikt nie jest tak głupim, by pozwalać na rozród najgorszych zwierząt.

Film Grzegorza Brauna przemilcza też, osławioną przez Agorę, osobę zadeklarowanego ateisty, obrońcy teorii ewolucji oraz zaangażowanego zwolennika eugeniki (http://www.lifesitenews.com/news/archive/ldn/2006/nov/06112103) – Richarda Dawkinsa, który w liście do szkockiego periodyka z 2006 r. napisał:
Jeżeli można hodować bydło na wydajność mleka, konie na szybkość biegu, a psy na zdolności pasterskie, z jakichże powodów miałoby być niemożliwym hodowanie ludzi na zdolności matematyczne, muzyczne czy atletyczne? (…) Zastanawiam się, czy 60 lat po śmierci Hitlera nie powinniśmy wreszcie zapytać, na czym polega moralna różnica między hodowlą zdolności muzycznych a zmuszaniem dziecka do lekcji muzyki? I dlaczego dopuszczalnym jest trening biegaczy i skoczków, a niedopuszczalna ich hodowla?


Reasumując, przyznać by trzeba otwarcie, że panu Grzegorzowi o wiele lepiej ,,wychodzą” filmy historyczne i polityczne, aniżeli typu scricte ,,pro life”. W spostrzeżeniu tym utwierdziła mnie zwłaszcza dyskusja po filmie - ta, po dość lakonicznych i niezbyt zaangażowanych odpowiedziach autora odnośnie samego dokumentu, szybko przerodziła się w dysputę polityczną, w której pan Braun był wreszcie jak ryba w wodzie.
Mimo wszystko jednak, z braku poważniejszych (w sensie: naukowych) dzieł w temacie, dobrze, że i taki  - popularny - film powstał...
Karykatura Darwina z 1871 r. po publikacji The Descent of Man, and Selection in Relation to Sex
Polecam również:
Eugenika w Polsce: http://prawica.net/node/14478
oraz
Dziesięć największych błędów Darwina:

Marta Czech

wtorek, 22 lutego 2011

Niech umami nas nie omami

Listownica japońska (Laminaria japonica) – znana jako kombu lub kapusta morska
          Listownica japońska (wodorost) – to z niej w 1908 r. prof. Kikunae Ikeda z Cesarskiego Uniwersytetu w Tokio wyseparował specyfik nazwany Aji-no-moto, co w japońskim znaczy tyle, co ,,istota smaku”. Sam receptor smakowy odpowiedzialny za bezpośrednie wykrywanie owej ,,istoty smaku” – zwany UMAMI - odkrył już wcześniej francuski lekarz - Jean François Fernel. Mimo to, potwierdzenia naukowego umami doczekał się dopiero w 2000 r.
L-Glutaminian sodu
EKSCYTOTOKSYCZNOŚĆ to uszkadzanie, mutowanie i zabijanie neuronów m.in. przez ten oto powyższy niepozorny bezbarwny monohydrat, o którym mowa od samego początku jako essence of flavor: (2S)-2-amino-5-hydroksy-5-oxo-pentanonian sodu albo jak kto woli monosodium glutamate (MSG) czy po prostu GLUTAMINIAN SODU (E-621). Sam Glx (kwas glutaminowy, na który rozkłada się w organizmie MSG) jako neurotransmiter nie przekracza bariery krew – mózg, ale jego produkt [kwas γ-aminomasłowy (GABA)] JUŻ TAK. Warto by zwrócić uwagę na to, że GABA jest GŁÓWNYM SKŁADNIKIEM PIGUŁKI GWAŁTU [(kwasu γ-hydroksymasłowego (GHB)]. Nie chcę tu od razu tworzyć teorii spiskowych, ale, obserwując, co się dzieje w chemii spożywczej, można by uznać, że jakieś ,,siły wyższe” (jak powiedziałby to S. Michalkiewicz) próbują nas fizycznie i psychicznie obezwładnić…

Nie bez znaczenia jest również fakt, że MSG najpowszechniej stosowany jest w Chinach (mówi się nawet o tzw. syndromie chińskiej restauracji), gdzie jak wygląda kontrola państwa nad obywatelami - nie trzeba mówić.

Marta Czech

piątek, 28 stycznia 2011

Katolicy o NPR

Zbiór luźnych cytatów, sukcesywnie uzupełniany:
1. Jeśli płodność jest błogosławieństwem Boga dla człowieka (a jest!), to NPR jest metodą ograniczania błogosławieństwa. W imię ograniczonego ludzkiego rozumu i rozeznania, odbieramy Bogu możliwość DARU. Daru nie tylko dla nas, ale i dla świata czy Kościoła.(Tomasz Terlikowski - pisarz i działacz katolicki, redaktor naczelny portalu fronda.pl)
2. Jednak z samego tylko powodu, że ,,cykl" jest czymś naturalnym, nie wynika, że stosowanie NPR jest moralnie dobre i dozwolone. Stosowanie tej metody wynika z wolnej i rozumnej woli – woli uniknięcia posiadania dzieci, która jest wprost sprzeczna z pierwszym celem stosunków małżeńskich. (ks. Hugon Calkins OSM) 
Więcej: https://rzymski-katolik.blogspot.com/2013/11/naturalne-planowanie-rodziny-czy.html
3. Pomimo wielkich zewnętrznych zmian, rodzina pozostała źródłem życia ludzkiego. TEGO ŹRÓDŁA NIE WOLNO DOTYKAĆ REFORMATORSKĄ RĘKĄ.(…)
Kościół szczerze ubolewa nad przepaścią, jaka się wytworzyła pomiędzy ideałem chrześcijańskiego małżeństwa a smutną rzeczywistością. Jednak Kościół ani na jotę nie może odstąpić od swoich zasad! Bo to są wartości i wymagania bezwzględne, których nie można przekręcać ani uszczuplać, nawet wtedy, gdyby ich nikt na świecie nie przestrzegał. (…)
Jeżeli uznamy, że wielu małżonkom w dzisiejszych ciężkich czasach trudno jest zachować prawa Boże, to nie wynika z tego, że wolno im te prawa wypaczać, ale należy uzdrowić warunki gospodarcze. Prawo Boże jest wieczne, nie wolno człowiekowi go zmieniać. (…)
Prawda, że owocowanie jest czasem niebezpieczne. Rodzenie dzieci czasem grozi śmiercią matce, ale przekonujemy się, że właśnie w tych niebezpiecznych chwilach wiara i ufność w Bogu rodzi bohaterskie typy duchowych wielkości. Są to matki, które z narażeniem własnego życia nie pozwoliły zginąć swemu dziecku. Są to ludzie, których zasadą życia jest, że człowiek powinien czynić, co jest w jego mocy, i nie sprzeciwiać się woli Bożej – reszta spraw należy do Boga. Tak postępują bohaterskie matki, przekonane, że poddanie się prawom Bożym nikomu nie może wyjść na złe, choćby to wymagało poważnych ofiar.
Owszem, wiele jest ofiar w powołaniu macierzyńskim. Kościół z pełnym szacunkiem oddaje cześć tym bohaterkom i wierzy, że spełnia się na nich obietnica św. Pawła, według której matki będą zbawione za to, że dzieciom dały życie (1Tm 2, 15).  
(bp Tihamer Toth - ,,Małżeństwo chrześcijańskie”)


4. Od kilkudziesięciu lat mentalność naszą przenika przymus „planowanego rodzicielstwa”, w którym dziecko akceptowane jest pod warunkiem, że jego poczęcie zostało starannie zaplanowane po rozważeniu wszystkich za i przeciw. Jest to w dużej mierze skutek przesunięcia ukazywania sensu zbliżenia seksualnego z jego funkcji prokreacyjnej na rekreacyjną, choć najczęściej przedstawia się to jako funkcję budowania więzi w parze. Taki sposób myślenia o seksie przenika nawet do środowisk kościelnych. Np. w bardzo wielu przypadkach podczas nauk przedmałżeńskich można usłyszeć o seksie jako sposobie rozwijania więzi między małżonkami, bardzo wiele o skuteczności NPR w sensie antykoncepcyjnym (nacisk położony na wskaźnik Pearla), mało (lub wcale) o tym, że wielodzietność jest podstawowym powołaniem katolickiego małżeństwa, co wynika np. z encykliki Humanae vitae.   
(Bogna Białecka – psycholog, stały współpracownik „Przewodnika Katolickiego”)


5. Celem zaś, do którego zmierza natura w stosunku cielesnym – to zrodzenie i wychowanie potomstwa. By ludzie dążyli do tego celu, natura wyposażyła stosunek cielesny w rozkosz. Ktokolwiek więc utrzymuje stosunki cielesne dla rozkoszy związanej z nimi, ale nie podporządkowując jej celowi, do którego zmierza natura, postępuje sprzecznie z naturą. To samo należy powiedzieć o stosunku cielesnym, który nie może być podporządkowany temu celowi w odpowiedni sposób.
(św. Tomasz z Akwinu, S. Th. III q 65 a 3)

6. Działanie, które ma na celu uniemożliwienie prokreacji, oznacza zanegowanie intymnej prawdy o miłości małżeńskiej.
(Benedykt XVI z okazji 40. rocznicy ukazania się encykliki Humanae vitae)

7. Mnie drażni nazwa „planowanie”. Bo my nie mamy planować. Najważniejszy jest plan Pana Boga. Naszym zadaniem jest odkrywanie tego planu i wdrażanie go życie. Poznajemy nie tylko rozumem, wiara wyrasta z pewnych faktów, które Bóg dał. Objawił się, pokazał w Jezusie Chrystusie. Swoją drogę, podając metodę, aby tą drogą iść. Chrześcijanin może pełnić wolę Ojca, jak to robił Jezus. Ćwiczenia św. Ignacego uczą, jak to robić, jak w walce duchowej, w które każde małżeństwo jest wciągnięte – wygrać. Dlatego obawiam się jednej rzeczy. Walka duchowa może być przegrana także wtedy, jeżeli odwołamy się do bardzo dobrych metod, kiedy zwiodą nas nasze lęki. Bóg nie nakazuje nikomu heroizmu, ale chrześcijaństwo jest otwarte na heroizm. On pokazuje światu, czym jest chrześcijaństwo. W każdej rodzinie wielodzietnej walczy się. Po jakimś czasie okazuje się, że to nie była nieodpowiedzialność, lecz błogosławieństwo. Trzeba otworzyć się na heroizm. (…)
Świat zabrał nam słowo radykalny, które przedstawiane jest jako rodzaj oszołomstwa, a przecież pochodzi od łacińskiego radix – korze. Radykalny znaczy więc  zakorzeniony w Chrystusa. To daje możliwość życia chrześcijańskiego. Problem z NPR to słaby radykalizm w sensie bliskości z Chrystusem. Bo jak ktoś ma wiarę mocną, dojrzałą, to wszystko będzie się układać. Będzie jak dąb, z potężnym korzeniem.
(Stanisław Łucarz SJ)

8. Chciałabym uściślić kilka rzeczy. Kościół nie nauczał nigdy planowania rodziny.
Jan Paweł II jest papieżem odpowiedzialnego rodzicielstwa. Wszystkie problemy człowieka rozwiązuje genealogia divina. To znaczy, że jesteśmy stworzeniami, jest stwórca, Współcześnie często zapomina się o Bogu-Kreatorze, Stworzenie nie może planować działania Stwórcy. Może rozpoznawać plan Stwórcy, dlatego encyklika Jana Pawła II tak mówi, że małżeństwo nie jest wynikiem działania sił przyrody.
Bardzo mało ludzi zawierających małżeństwo myśli o tym, że mają realizować Boży plan. Ich plan zawodzi. Trzeba dopuścić Boga jako kreatora. Największy grzech, jaki może być, to działanie przeciwko Stworzycielowi. Jeżeli zabijają dziecko w aborcji, to uderzają w stworzenie. Ale nie grzeszą przeciwko Stwórcy. Antykoncepcja to zastępowanie Boga w koncepcji. Koncepcja – ożywienie komórek rozrodczych – to daje Bóg. Jeżeli ludzie chcą to zmienić, to odrzucają Boga-Kreatora. Stąd jest to grzech przeciwko I przykazaniu. Apogeum tego jest zapłodnienie in-vitro.
Nie ma czasu płodności – jest człowiek. Płodna jest para – razem. Nie chodzi więc o osobę, ale o porozumienie między osobami. Boży plan jest wpisany w cielesność. Mężczyzna nie kieruje się płodnością. Moment decyzji o tym czy będzie dziecko daje Bóg, ale uzależnia to od współpracy z człowiekiem. Na straży życia stawia kobietę. Dlatego papież Jan Paweł II doceniał kobietę. Mężczyzna daje „iskrę”, ale jeżeli kobieta nie będzie  gotowa stać się matką, nie będzie dziecka. Dlatego choć mężczyzna jest zawsze gotowy do ojcostwa, to kobieta decyduje. Kobieta sobą zabezpiecza rozwój dziecka, które w niej powstaje. Nie wahał się pisać Jan Paweł II o świętości ciała kobiety, Kobieta stoi na straży życia, jest jego sanktuarium. W niej działa Duch św. łącząc komórki ojca i matki. Oni mogą tylko przygotować teren, to wielki przywilej, bo Stwórca się od nich uzależnia. Kiedy mają świadomość tej Bożej genealogii, powinni wybierać drogę, która kieruje do Nieba.
Ludziom się przewraca w głowach, bo myślą, że to oni dają życie. Tu potrzeba jest nie wiara, tylko zwykła wiedza. Nie używałam nigdy określenia NPR, bo wszystko jest naturalne. To jest wielka wiedza o kobiecości. Kościół podejmuje zadania nauczania o tym  kobiet, podobnie jak cystersi uczyli czytać i siać. To powinno być przejęte przez nauki świeckie. Ale nauki świeckie są sterowane inną koncepcją, odrzucającą Boga-Kreatora, stąd wprowadzenie tej nauki do Kościoła.
Nasze pokolenie było świadkiem tego, jak narzucono prawo do aborcji. Wydawało się, że alternatywą dla aborcji będzie nauczenie kobiet stosowania antykoncepcji. Dlatego spodziewano się, że papież Paweł  VI zaakceptuje pigułkę antykoncepcyjną. Papież Jan Paweł II mówił: ciało ludzkie jest święte. Kobieta jest w stanie stać się matką przez bardzo krótki moment. Wyjątkowy. Musi nauczyć się wiedzieć, kiedy to będzie. Odpowiedzialność za życie dziecka małżonkowie mają podjąć w dialogu miłosnym, nie trzeba planować rodziny, jeżeli są młodzi i zdrowi. Ale przed każdą parą małżeńską staje konieczność podjęcia rozumnej decyzji. Nie kierujemy płodnością, tylko naszym zachowaniem. Para małżeńska musi przyjąć styl życia dyscypliny w życiu małżeńskim. Jeżeli para małżeńska powie, że nie chce dziecka, to małżeństwo jest nieważne. W tej chwili kobiety się boją dzieci, bo rozdzielono działanie od skutków tego działania. A więc sprawdzamy, czy możemy mieć jeszcze jedno dziecko. Kościół nie zmusza nikogo do rodzenia dzieci. Jest problem ze zwróceniem uwagi na kobietę – kim ona jest. Ona może zadecydować, czy będzie dziecko, czy nie. Decyzja o staniu rodzicami ma pochodzić od rozumnych i kochających się ludzi. Trzeba przywrócić świadomość, że jesteśmy w rękach Stwórcy, który rządzi światem. Małżeństwo jest stworzone dla szczęścia, ma być szczęściorodne. Do tego potrzebna jest komunia małżeńska. W momencie, kiedy kobieta zna swój organizm, znika lęk przed dzieckiem. Każde dziecko niesie ogromną radość. Ojciec Święty uważał, że przyszłość Kościoła jest w parafiach i ich aktywności. Chciał uczyć, jak nie grzeszyć przeciwko Bogu-Kreatorowi. Drogą do tego jest ciągła formacja, trzeba podejmować decyzję w sumieniu dobrze uformowanym. (…)
Dlaczego ludzie nie chcą się zgodzić z posłuszeństwem nauce Kościoła? Bo posłuszeństwo jest niemodne. Dla człowieka jest lepiej, aby chciał słuchać Pana Boga. Ojciec Święty mówił, że małżeństwo musi odnaleźć swoją duchowość, a nie swoją cielesność. Miłość małżeńska z definicji jest płodna, to diabeł temu przeszkadza. Małżeństwo ma być narzędziem Boga w przekazywaniu życia, dlatego jest takie ważne. Diabeł uderza w to miejsce, a małżonkowie nie mają świadomości, że tak się dzieje. Małżeństwo jest to walka o świętość rodziny i swoją osobistą. Każdy ma indywidualne życie. Ona ma pójść do nieba i zabrać tam swoje dzieci. Po prostu trzeba nauczyć tego ludzi, sprawa załatwiona.
(Wanda Półtawska)

9. Nie trzeba mnie przekonywać, czemu NPR jest potrzebny w dzisiejszym świecie. Trzeba mnie przekonać, czemu Kościół naucza tego podczas kursu przedmałżeńskiego. Sama nauczyłam się obserwacji na swoich doświadczeniach. Cały system propagandy NPR, programy komputerowe, wymyślne urządzenia, serwisy przysyłające sms-y z informacją o czasie niepłodnym, portale na ten temat powstające jeden za drugim, forum wiara,pl, gdzie ludzie dzielą się radami, jak sobie poradzić z okresem płodnym, żeby zająć czymś wieczory i uniknąć współżycia, W konspekcie wychowania do NPR dla młodzieży nie ma ani słowa o Bogu, o rodzicielstwie, świętości, sama egzystencjalna argumentacja. W to wplecione jest, że mamy w Kościele coś takiego, jak NPR, co pozwala zapanować nad swoją płodnością.(…)
My mamy zaledwie trójkę dzieci na przestrzeni pięciu lat małżeństwa. Nie jest tajemnicą, że nie stosujemy metod. Z państwa słów wynika, że jesteśmy nieodpowiedzialni, pożądliwi. Jeżeli Bóg nie chce dla mnie dziecka, to mi go nie da. Bo nie będzie mi wciskał dziecka w każdym okresie płodnym, tym się różnimy od zwierząt. Zajście w ciążę nie jest zależnie jedynie od tego, czy jesteśmy w okresie płodnym, czy nie. Są zdrowe małżeństwa, które nie mogą doczekać się dziecka. NPR jest dojrzewaniem do tego, aby swoją wolę połączyć z wolą Boga. Zdrowe małżeństwo nie musi zaznaczać w kalendarzu, kiedy może począć dziecko.
(Kinga Wenklar)

10. Powszechnie wiadomo, że płodność biologiczna kobiety jest okresowa. Zachodzą u niej z natury okresy bezpłodności, które pozwalają się w sposób stosunkowo prosty oznaczyć. Trudności powstają, gdy chodzi o stosowanie ogólnych reguł dla poszczególnych kobiet. To sprawa osobna, w tej chwili jednak interesuje nas zagadnienie czysto etyczne: skoro kobieta i mężczyzna dostosowują swą wstrzemięźliwość małżeńską do wymienionych okresów bezpłodności w taki sposób, że współżyją po małżeńsku właśnie wówczas, gdy przewidują, iż na podstawie praw biologicznych nie będą rodzicami, czy można wówczas twierdzić, że we współżycie małżeńskie wnoszą gotowość rodzicielską, właśnie owo „mogę być ojcem", „mogę być matką"? Przecież współżyją po małżeńsku właśnie z tą myślą, aby nie być ojcem i matką, dlatego właśnie wybierają okres domniemanej bezpłodności kobiety. Czyż wówczas nie wykluczają „pozytywnie" możliwości prokreacji? Dlaczego metoda naturalna ma się pod względem moralnym różnić od metod sztucznych, skoro wszystkie prowadzą do tego samego celu: do wykluczenia prokreacji w życiu małżeńskim? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim uwolnić się od wielu skojarzeń, które niesie z sobą wyrażenie „metoda"; mówiąc o metodzie naturalnej, stosuje się często ten sam punkt widzenia, co przy „metodach sztucznych", tzn. wyprowadza się ją z założeń utylitaryzmu.
W tym ujęciu metoda naturalna byłaby również tylko jednym ze środków zmierzających do zapewnienia maksimum przyjemności, jedynie na innej drodze niż metody sztuczne. Tutaj właśnie leży zasadniczy błąd. Okazuje się, że nie wystarczy w tym wypadku mówić o metodzie, ale trzeba koniecznie dołączyć odpowiednią jej interpretację. Wówczas dopiero można odpowiedzieć na pytania postawione powyżej. Otóż wstrzemięźliwość okresowa jako sposób regulacji poczęć
1. jest dopuszczalna z tej racji, że w niej zostają ocalone wymagania normy
personalistycznej, a
2. dopuszczalność jej obwarowana jest pewnymi zastrzeżeniami.
Gdy chodzi o 1, wymagania normy personalistycznej, jak to już stwierdzono poprzednio, idą w parze z zachowaniem porządku natury we współżyciu małżeńskim. Metoda naturalna w odróżnieniu od metod sztucznych w dążeniu do regulacji poczęć wykorzystuje te okoliczności, w których poczęcie biologiczne z natury rzeczy nie może nastąpić. Wobec tego sama „naturalność" współżycia małżeńskiego nie zostaje naruszona, metody sztuczne natomiast naruszają samą „naturalność" współżycia. Tutaj bezpłodność jest wyprowadzona z samych zasad płodności, tam zostaje narzucona wbrew naturze. Dodajmy, że zagadnienie to ściśle łączy się z problemem sprawiedliwości względem Stwórcy (problem ten zostanie jeszcze przeanalizowany, aby wydobyć jego sens personalistyczny). Ów personalistyczny walor wstrzemięźliwości okresowej jako metody regulacji poczęć uwydatnia się nie tyle jeszcze w, zachowaniu „naturalności" współżycia, ile w tym, że podstawą jej w woli zainteresowanych osób musi być odpowiednio dojrzała cnota. I tu właśnie ujawnia się znaczenie interpretacji: interpretacja utylitarystyczna wypacza istotę tego, co nazywamy „metodą naturalną". Istotą, bowiem tej metody jest, że opiera się ona na wstrzemięźliwości jako na cnocie, która - jak wykazano w rozdziale poprzednim - bardzo ściśle związana jest z miłością osoby.
Z istotą wstrzemięźliwości jako cnoty łączy się to przeświadczenie, że miłość mężczyzny i kobiety niczego nie traci na doraźnej rezygnacji z przeżyć miłosnych, wręcz przeciwnie - zyskuje: zjednoczenie osób staje się głębsze, ugruntowane w zasadniczej mierze na afirmacji wartości osoby, a nie tylko na samym przywiązaniu seksualnym. Wstrzemięźliwość jako cnota nie może być pojmowana jako ,,środek antykoncepcyjny".
Praktykujący ją małżonkowie gotowi są rezygnować ze współżycia seksualnego również z innych motywów (np. religijnych), nie tylko w tym celu, aby uniknąć potomstwa.
Wstrzemięźliwość interesowna, wstrzemięźliwość „z wyliczenia", budzi wątpliwości. Winna ona tak jak każda inna cnota być bezinteresowna, skoncentrowana na samej „godziwości", nie tylko „użyteczności". Bez tego nie znajdzie miejsca w prawdziwej miłości osób. Jak długo wstrzemięźliwość nie jest cnotą, tak długo wobec miłości występuje jako „byt obcy". Miłość mężczyzny i kobiety musi dojrzeć do wstrzemięźliwości, a wstrzemięźliwość - nabrać dla nich znaczenia konstruktywnego jako czynnik kształtujący miłość. Dopiero wówczas „metoda naturalna" znajduje pokrycie w osobach, tajemnica jej, bowiem, leży w praktykowaniu cnoty, sama „technika" niczego, tutaj nie rozwiązuje.
Zaznaczono powyżej, (2), iż metoda naturalna może być dopuszczona tylko z pewnymi zastrzeżeniami. Chodzi mianowicie, o stosunek do rodzicielstwa. Jeśli wstrzemięźliwość ma być cnotą, a nie tylko „metodą" w znaczeniu utylitarystycznym, to nie może przyczyniać się do zniszczenia samej gotowości rodzicielskiej u mężczyzny i kobiety, którzy jako małżonkowie współżyją ze sobą „po małżeńsku". Owo bowiem „mogę być ojcem", "mogę być matką" usprawiedliwia fakt współżycia małżeńskiego, stawia go na wysokości prawdziwego zjednoczenia osób. I dlatego nie można mówić o wstrzemięźliwości jako cnocie wówczas, gdy małżonkowie wykorzystują okresy biologicznej bezpłodności jedynie w tym celu, aby w ogóle nie mieć dzieci, gdy dla swej wygody współżyją tylko i wyłącznie w tych okresach. Byłoby to stosowanie ,,metody naturalnej" wbrew naturze - zarówno obiektywny porządek natury, jak i sama istota miłości sprzeciwiają się takiemu postawieniu sprawy.
(…) O tym się prawie nie mówi. Trzeba jasno stwierdzić, że u podstaw naturalnych metod leży jedna zasadnicza „metoda" cnoty (miłość i wstrzemięźliwość).
(Karol Wojtyła, ,,Miłość i odpowiedzialność”)

11. Chociaż antykoncepcja jest faktycznie „czymś wewnętrznie złym”, nie znaczy to automatycznie, że NPR jest czymś z zasady i zawsze dobrym. Jest neutralną techniką, która dobra lub zła staje się dopiero w zależności od tego, w czym zostanie użyta. (…)
Trochę czymś innym jest NPR jako technika, oparta na tej wiedzy. Jest to pewien regulamin postępowania (np. rygor obserwacji śluzu) i wymuszona przezeń dyscyplina zachowań (np. tworzący się nawyk unikania współżycia w dni płodne) – i powiedzmy sobie jasno, że to już nie jest natura, lecz próba wprzęgnięcia natury w swoje plany. Wewnętrzna celowość natury nie jest tu negowana (jak w antykoncepcji), ale zostaje podporządkowana zmiennym celom zdefiniowanym przez człowieka („chcę dzieci” lub „nie chcę dzieci”). Dlatego w NPR mówimy raczej o „planowaniu rodziny”, a nie o świadomym rodzicielstwie (można bowiem z całą świadomością być otwartym na potomstwo bez jego planowania).
Na kanwie NPR jako techniki planowania może powstać – i powstaje – NPR-owski styl życia. I to trzecie piętro NPR zawsze budziło we mnie najwięcej wątpliwości: zapisany gdzieś w jego wnętrzu dogmat, że człowiek staje się wolny dopiero wtedy, gdy „zaplanuje” sobie potomstwo, wydaje mi się doskonale zaadaptowanym do mentalności tego świata stanem, w którym Bóg, jak w deizmie, znika gdzieś za obłokiem „praw cyklu”, natomiast na ziemi rządzą „plany” ludzkie. Plany jakże często zdeterminowane strachem przed życiem, obawą o karierę, zazdrością o rozkosz, obcinające zbyt bezinteresowne wydatki… odsuwające to, co trudniejsze, raczej na odległy czas „po”.
(Paweł Milcarek - Christianitas)


12. Dziecko staje się tylko dodatkiem lub ozdobą miłości współmałżonków – skąd wynika przekonanie, że sam ideał małżeństwa zostaje osiągnięty, jeśli pojawi się jedno dziecko, kolejne zaś potomstwo staje się już prawie zbędnym dodatkiem; w takiej perspektywie wielodzietne małżeństwa nie mają żadnej wartości. Dlatego też nigdzie w posoborowej nauce małżeńskiej nie chwali się już (jak w nauce tradycyjnej) wielodzietnych rodzin, a zachęta do stosowania naturalnej (a w przypadku niektórych episkopatów nawet sztucznej) antykoncepcji stała się w katechezach przedmałżeńskich powszechna. 
(ks. Karol Stehlin - ,,Mała zmiana - wielkie skutki. O celach małżeństwa”)


13. Nie jestem zadowolony ze (…) stwierdzenia, iż para małżeńska może sama decydować, ile dzieci pragnie mieć. Nigdy w Kościele nie słyszano o tym. Sam byłem jedenastym dzieckiem spośród dwanaściorga rodzeństwa. Mój ojciec był robotnikiem, ale moi rodzice nigdy nie czuli strachu z powodu dużej liczby dzieci, ponieważ ufali oni Opatrzności.
(kard. Alfredo Ottaviani, sekretarz Najwyższej Świętej Kongregacji Świętego Oficjum w l. 1959-1966, proprefekt Świętej Kongregacji Nauki Wiary w l. 1966-1968, uczestnik obrad II soboru watykańskiego)

14. To teraz tylko tak planują: będzie dziecko, czy nie będzie. Kiedyś żyło się, jak wiara pokazywała, i żadnych terminów się nie wyznaczało. Ile Pan Bóg komu dawał dzieci, tyle było. A teraz co – na szkle robią.
(Marianna Popiełuszko, matka bł. ks. Jerzego Popiełuszki)

Marta Czech 

poniedziałek, 24 stycznia 2011

NPR – dopust Boży


          Cóż to w ogóle za określenie: ,,PLANOWANIE DZIECI"?!? Planuje się finanse na kolejny miesiąc, jak spędzić wakacje w przyszłym roku, nawet datę ślubu się planuje, ale żeby planować człowieka

Po przeczytaniu trafnego artykułu Kingi Wenklar ,,NPR zawsze OK.?” w internetowym wydaniu Christianitas (http://pismo.christianitas.pl/2011/01/kinga-wenklar-npr-zawsze-ok/), dodaję poniżej swoje trzy grosze…

Z postawionymi w artykule tezami zgadzam się. Nie chcę jednak bezwzględnie krytykować tu metod NPR, a skupić się na tym, w którą stronę brną tendencje wykorzystania tych metod, a zmierzają niestety - moim zdaniem - w stronę tego, by,  nawet jeśli nie mienić NPR ,,katolickimi substytutami antykoncepcji", to przynajmniej błędnie promować je jako sposób życia małżeńskiego.

Po pierwsze, prawie nigdzie się tego nie mówi - podając jedynie okrągłe twierdzenie: ,,NPR jest zgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego." - że naturalne metody planowania rodziny są JEDYNIE DOPUSZCZANE PRZEZ MAGISTERIUM KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, A NIE ZALECANE! Przecież to monstrualna różnica. Jeśli coś jest dopuszczane, stosuje się to tylko w wyjątkowych sytuacjach i w odniesieniu nie do wszystkich, ale tylko do niektórych. Zalecanie powszechnego stosowania NPR wśród małżonków mija się więc z nauką katolicką. Poza tym to, co Kościół w swej wyrozumiałości dopuszcza, nigdy nie czyni nas bardziej szlachetnymi, bo dopuszcza się zawsze mniejsze zło. Tylko rzeczy zalecane przez Kościół pomagają nam w osiągnięciu życia wiecznego. Definitywnie nie zgadzam się na promowanie NPR jako niemalże cnoty przynależnej katolickiemu małżeństwu.

Druga kwestia to owe ,,słuszne przyczyny", które miałyby tłumaczyć przyzwolenie Kościoła Katolickiego na owe mniejsze zło, którym jest NPR. O tym też się, o zgrozo, nie mówi! I tak, doszło do tego, że tą ,,słuszną przyczyną" staje się ,,teraz chcemy", a ,,teraz nie chcemy" małżonków. Czyż nie jest tak, że podstawowym kryterium słuszności tych przyczyn jest ich niezależność od woli małżonków?

Trzecia rzecz: psychologia ludzka działa tak, że jak się coś planuje, albo czegoś się nie planuje, to szczęśliwi jesteśmy najbardziej, kiedy stanie się po naszej myśli. Możemy wmawiać sobie: nie planujemy dziecka, tracimy sporo energii na to, by się jednak teraz nie pojawiło, ale jak się pojawi, to je przyjmiemy. Pojawia się dziecko, wolitywnie jest przyjęte, ale jest ryzyko, że gdzieś w środku, nawet podświadomie, odczuwamy złość, bo nie stało się po naszej myśli. W końcu od tego jest planowanie, by było po naszej myśli. W przypadku dziecka - ma być po Bożej myśli i niech On daje nam teraz, co dla nas zaplanował przed wiekami, a my zechciejmy to przyjąć.
Sam fakt ,,planowania dziecka" jest w swej istocie okrutnie niebezpieczny. Zaczyna się od planowania daty poczęcia; są i tacy, co planują najpierw miesiąc przyjścia na świat dziecka, który to byłby najwygodniejszy na poród. Czyż nie daleko od tego do planowania płci, koloru oczu, włosów, ciąży pojedynczej, mnogiej? A to już tzw. mentalność in vitro. Uważam, że poczęcie dziecka od momentu zawarcia małżeństwa winno leżeć całkowicie w gestii Boga. Toż to przecież dla nas najbardziej pewne i bezpieczne! Nie chciejmy być mądrzejszymi od Stwórcy. To On tu jest specjalistą. ...człowiek przed Bogiem nigdy nie ma racji.

Po czwarte chciałabym zaakcentować jedną z głównych przyczyn w/w problemów - mianowicie wysoki stopień feminizacji społeczeństwa, w którym żyjemy. Promuje się dziś wśród kobiet tzw. ,,robienie kariery", deprecjonując przy tym kobiety, które zajmują się jedynie tym, czym rzeczywiście w Bożym zamierzeniu powinny, czyli rodziną i domem. Najgorszą chyba iluzją jest próba połączenia jednego z drugim. Uważam, że miejsce kobiety jest w domu, a nie w miejscu, w którym spędza ona więcej czasu, aniżeli z własnym potomstwem. Zdrowa kobieta, służąca rodzinie w domu, nie potrzebuje godzić w kalendarzu kolejnej podróży służbowej z ciążą i porodem. Jej stała obecność przy mężu i dzieciach wyraża gotowość na każde kolejne dziecko. Tu planowanie jest niepotrzebne.

Piąta i ostatnia kwestia wyrażałaby moją tęsknotę za takim światem, w którym małżeństwo bez liczenia dni w kalendarzu, mierzenia codziennie o tej samej porze temperatury z aptekarską dokładnością, bez badania śluzu i szyjki macicy, bez inżynierskiego planowania - po prostu przyjmuje i wychowuje dzieci w ilości, jaką Pan Bóg da. To powinna być powszechność i norma, bo takie jest główne powołanie małżonków. NPR dla mnie zawsze będzie Bożym dopustem w razie naprawdę wyjątkowych sytuacji.
Jan van Eyck, Portret małżonków Arnolfinich (1434)
Post scriptum...
          Co wam nakazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! (Mk 10, 3-9)
Tak - to przez zatwardziałość serc ludzkich, Kościół dopuszcza i toleruje w niektórych przypadkach NPR - powiedział mi niedawno pewien kapłan. ...bo czyż nie złączył Bóg aktu małżeńskiego z płodnością? Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! - ani sztucznie, ani naturalnie.
NPR być może i jest etapem, ale zaledwie nikłym etapem, odbudowywania seksualnej czystości między małżonkami, kiedy to potrzeba w końcu wydostać się z antykoncepcyjnego/aborcyjnego bagna, jednak nigdy nie może być to sposób realizacji pożycia małżeńskiego! (To tak, jak z prezerwatywami w przypadku leczących się homoseksualistów z HIV, które Kościół z bólem dopuszcza, ale TYLKO W SZCZEGÓLNIE WYJĄTKOWYCH SYTUACJACH).
Nie chcę odbierać dobrych zamiarów ludziom związanym z NPR. Postrzegam ich raczej, jako, mniej lub bardziej świadomie, wciągniętych w pęd machiny napędzanej podstępnie przez ,,wirujący ogon obezpładniającego diabła"...  


Polecam również artykuł ks. Hugona Calkinsa o NPR:

Marta Czech

czwartek, 13 stycznia 2011

E(ga)LITARYZM

 
          Polecam artykuł o przywróceniu na ziemi Bożego – monarchicznego i hierarchicznego – porządku.
Masowa ,,produkcja elit” zawsze będzie nieudana, bo natura przecież wie swoje. Nie bez kozery Pan Bóg dał jednemu pięć talentów, a drugiemu jeden. Zastępowanie elitaryzmu komunistycznym i demokratycznym egalitaryzmem jest paralelne do zastępowania patriarchalnego porządku w społeczeństwach i rodzinach feminizmem czy parytetami. Wychodzi z tego, co wychodzi – homo ,,niewiadomo’’…

Adam Wielomski: ,,Katastrofa demokratycznej edukacji"

W związku ze zbliżającą się sesją dedykuję wszystkim moim studentom niniejszy tekst, pozostałym studentom zresztą także. Chciałbym abyście go przeczytali i wyciągnęli z niego wniosek jak będą u mnie wyglądały tegoroczne egzaminy i jaki będzie poziom wymagań...

Demokracja triumfuje jako ideologia. Na naszych oczach trwa deifikacja tego typu państwa, z którego uczyniono jedyne państwo prawowite, delegitymizując tym samym wszystkie inne. Pytanie tylko, czy jest to triumf demokratycznej propagandy czy demokratycznej mądrości?

Fundamentalna idea demokracji bankrutuje. Ten typ państwa opiera się na idei przyrodzonej równości ludzi, gdzie nierówność rzekomo utrzymuje się wyłącznie ze względu na zastane warunki materialne i społeczne. Wystarczy więc warunki te zmienić, aby ludzie mogli osiągnąć rzeczywistą równość. Jednym z najważniejszych elementów jest więc edukacja. Właśnie dlatego demokratyczne reżimy taki nacisk kładą na etatystyczną, laicką i obligatoryjną szkołę.

Teoria wygląda następująco: systemy niedemokratyczne mają swoje uzasadnienie w nierówności wiedzy, ponieważ większość ludzi nie ma dostępu do szkół. Ale gdyby dać na starcie równość szans, to doszłoby do intelektualnego zrównania obywateli. Oczywiście, będzie garść geniuszy i idiotów, ale ogół wyraźnie i mocno pójdzie w górę. Stary świat wyglądał następująco: na samej górze 2% elity, która czyta, rozumie co czyta, pisze i pogłębia ludzką mądrość. To arystokracja i mnisi. Wśród nich widzimy św. Tomasza z Akwinu, Monteskiusza czy Bossueta. Są też nieliczni intelektualiści z awansu społecznego: Erazm z Rotterdamu, Kartezjusz czy Spinoza. Podczas gdy te 2% tworzy, czyta i powiela kulturę, pozostałe 98% uprawia pola aby zapewnić dobrobyt tej kulturotwórczej elicie. Tłum jest ciemny, niewykształcony, zabobonny. Nikt nie troszczy się o jego rozwój intelektualny, gdyż zadaniem ludu jest być właśnie ludem, a nie nikim innym.

Naturalnym żądaniem egalitarnych wizji świata jest postulat powszechnego wykształcenia. Chodzi o to, aby unicestwiając te 2% elit nie zniszczyć ich wyrafinowanej kultury. Chodzi o to, aby kasując elitę, przejąć i umasowić jej mądrość, tak aby dawni chłopi pańszczyźniani zapoznali się z literaturą piękną, filozofią i sztuką. Chodzi więc o to, aby kultura dotychczas elitarna, stała się powszechną. W sumie istotą tego projektu nie jest unicestwienie elit, ale unicestwienie ludu tak, aby w całości doszlusował do poziomu, smaku i wyrafinowania, który do niedawna była udziałem garstki. Ma to zapewnić demokratyczna, egalitarna, państwowa i obligacyjna szkoła, oczywiście „darmowa”, dająca każdemu równe szanse na maturę, magistra, doktora i profesora.

I co z tego wyszło? Myślę, że jako wykładowca akademicki z piętnastoletnim stażem mogę wyrazić tu opinię własną, ale ugruntowaną i w opinii świata akademickiego w Polsce. Wyrazić to można tylko jednym słowem: katastrofa. Poziom intelektualny studentów spada systematycznie od lat. Jest on tym większy, im wyższe są wskaźniki skolaryzacji. Cywilizacja medialno-obrazkowa już prawie w całości wyparła książkę. A wraz z upadkiem książki nastąpił i upadek wiedzy, która poczyna się przekształcać w powtarzanie medialnych schematów, haseł i pojęć. System demokratycznego szkolnictwa oparty jest na absolutnym błędzie pierwotnym, a mianowicie na przekonaniu, że procentowe zwiększenie magistrów czy licencjatów w społeczeństwie oznacza automatyczne zwiększenie przeciętnej mądrości. Nic bardziej fałszywego, bowiem polskie szkolnictwo produkuje dziś tysiące „absolwentów”, którzy pokończyli politologię i nie wiedzą co to jest system polityczny czy co to jest Parlament Europejski; historyków, którzy nie słyszeli o Bitwie na Łuku Kurskim; ekonomistów, którzy nie wiedzą co to jest cykl koniunkturalny itd., itp.

Prawda jest brutalna: pomimo kilkakrotnego zwiększenia produkcji osób z wykształceniem wyższym, zupełnie nie wpłynęło to na zwiększenie przeciętnej wiedzy statystycznego Polaka. Pomimo gigantycznych wydanych kwot, budowy infrastruktury, wydawania kolejnych aktów prawnych skutki są praktycznie zerowe. Tak jak w roku 1610 2% ludzi było zdolnych przeczytać ze zrozumieniem trudny tekst, tak w 2010 roku nadal jest dokładnie 2% ludzi, którzy są to w stanie zrobić. Poziom pozostałych 98% w 1610 był na poziomie wysłuchania kazania co niedziela w Kościele, a w 2010 roku na odsłuchaniu wiadomości w TVN lub otwarciu internetowej wikipedii. Ogół jak był ciemny, tak jest nadal ciemny.

Jedynym realnym skutkiem masowej skolaryzacji jest spadek znaczenia tradycyjnych tytułów i stopni naukowych. Magister kilkadziesiąt lat temu jeszcze coś znaczył, choć już wtedy mówiono, że PRL-owski magister jest wart tyle co przedwojenna matura. Dziś, gdy licencjaty czy tytuły magisterskie rozdaje się na skalę przemysłową, słowa te przestają powoli znaczyć cokolwiek. Skoro każdy jest licencjatem czy magistrem, to jaką wartość ma ten tytuł, szczególnie, że osoby noszące te dumne nazwy intelektualnie są na poziomie ośmioklasisty z 1900 roku? Dewaluuje się też stopień doktora. Doktoraty zaczynają być pisywane hurtowo, a ich jakość poczyna spadać. Tak, bowiem doktor jest już dziś tym, czym był magister jeszcze 30 lat temu. Nie są przypadkowe głosy, które mówią, że to doktorat powinno być uwieńczeniem wykształcenia, a nie magister. Jak tak dalej pójdzie, to za 50 lat uwieńczeniem studiów będzie musiał być tytuł profesorski…

Rzeczywistość ma swoje prawa i nie jest w mocy człowieka je zmienić. Dawna przedrewolucyjna hierarchia społeczna i intelektualna nie była przypadkowa. Te 2% twórców i odbiorców kultury jak istniały w roku 1610, tak istnieje i w 2010 i – zapewne – będzie istniało w 2410 roku. Inżynieria społeczna, procesy emancypacji warunkowanej przez rewolucyjne ideologie, nie są zdolne zmienić rzeczywistości. Ta zaś jest dla człowieka brutalna: elita zawsze stanowiła, stanowi i stanowić będzie znikomą mniejszość. Większość jak się nadawała do brony i pługa, tak do tego tylko się nadaje i do tego nadawać się będzie. Porażka demokratycznego projektu edukacyjnego oznacza tylko, że rzeczywistość zwyciężyła z ideologią. Czas wyprowadzić z tego jakieś skutki dla systemów politycznych naszej części globu.

Adam Wielomski
Tekst ukazał się w tygodniku "Najwyższy Czas!"



Poniżej adekwatny do tematu przykład  św. Teresy z Avili.  …bo nie każdy wszystko pojąć i zrozumieć może.

 (…) Kilka lat temu udzielił mi Pan łaski niewypowiedzianej pociechy wewnętrznej, jakiej doznaję, ile razy słyszę lub czytam niektóre słowa Pieśni Salomonowej. Łaska ta tym dziwniejsza, że choć nie rozumiałam tych słów, z łacińskiego na język rodzinny przełożonych, to jednak sprawiały we mnie głębsze skupienie i wzruszenie, niż wszelkie inne najpobożniejsze książki, które rozumiem. Stan ten trwa dotąd. I choć mi objaśniono te słowa w języku ojczystym, niewiele więcej pojmowałam. Jednak, choć ich nie rozumiem... (taką mi sprawiają rozkosz) ... że dusza nie może się od nich oderwać. (…)
Co to znaczy, tego nie rozumiem i niewymownie cieszę się z tego, że nie rozumiem. Bo w istocie, córki, dusza ma nie tyle upatrywać i nie tyle ją do podziwiania pobudzają i czcią dla Boga ją przenikają te rzeczy, które tu sami możemy objąć samym rozumem, ile raczej te, których żadną miarą pojąć nie zdołamy. Z tego też powodu usilnie wam zalecam, byście się zbytnio nie wysilały w dociekaniach, gdy czytając jaką książkę albo słuchając kazania, albo rozmyślając o tajemnicach wiary świętej, natraficie na jaki ustęp, którego nie możecie zrozumieć. Nie jest to rzecz niewieścia zgłębiać tajemnice Boże i mężczyzna nie każdy do tego jest powołany.
Jeśli Bóg zechce, da nam zrozumienie bez żadnego trudu. Mówię to zarówno do niewiast jak i do wszystkich mężczyzn, którzy nie mają obowiązku nauką swoją bronić prawdy Bożej. Co innego bowiem, gdy kogo Pan na to wybiera i ustanawia, aby te prawdy objaśniał drugim; ten, rzecz oczywista że powinien je badać i zgłębiać i każdy to widzi, jaki z tej pracy jego jest pożytek dla nas i dla niego samego. Lecz my z prostotą bierzemy, co Pan da; a czego nie da, o to się nie troszczmy, ale raczej weselmy się na myśl, że tak wielkiego mamy Boga i Pana, iż jedno słowo Jego zawiera w sobie tysiące tajemnic, których my i początku dojść nie zdołamy. Że nie rozumiemy tego, co napisano po łacinie, po hebrajsku albo po grecku, to nie dziw; ale i w przekładzie na nasz język rodzimy, ileż jest na przykład w psalmach chwalebnego króla Dawida fragmentów, które, choć mamy w mowie ojczystej, tak przecie dla nas są ciemne, jak gdyby były pisane po łacinie! Postanówcież sobie raz na zawsze, wystrzegać się tych próżnych dociekań i daremnego trudzenia głowy; niewieście dość jest tyle rozumieć, ile umysł obejmie; z tym znajdzie łaskę u Boga. Jeśli spodoba się Boskiemu Majestatowi dać nam światło, to łatwo zrozumiemy, a jeśli czego nie rozumiemy, upokarzajmy się i — jak mówiłam — radujmy się, że mamy takiego Pana, którego słowa, nawet w naszym języku, są dla nas tajemnicą. (…)
(św. Teresa z Avili, ,,Podniety Bożej Miłości”)
Przypowieść o talentach
Marta Czech

środa, 29 grudnia 2010

Żeby człowiek był człowiekiem – folwark zwierzęcych ksenotransplantów


          Na Żernikach Wielkich pod Wrocławiem, po wielkich trudach, wyprodukowano właśnie na drodze mikroiniekcji egzogennego DNA do 1 i 2 blastromerowych zarodków transgeniczną świnię (knurka) z ludzkim genem i złamaną barierą immunologiczną. Od takiej świni można przeszczepiać człowiekowi żywe narządy: serce, nerki, wątrobę…

Żaden z argumentów ,,za” do których dotarłam, nie przekonuje mnie do tego, by człowiek mógł zajmować się ksenotransplantacją w jakimkolwiek wymiarze. Wszystkie przytaczane w literaturze/dokumentach, bądź wypowiedziach, motywy są raczej czysto teoretyczne. Nijak mają się do rzeczywistych warunków, bez których ksenotransplantacja w praktyce nie istnieje.  W najlepszym wypadku świadczą o kiepskiej komunikacji pomiędzy etykami/teologami a naukowcami. Dodatkowo, biorąc pod uwagę interdyscyplinarność całego zagadnienia, współpraca ta jest kiepska już nawet pomiędzy inżynierem genetycznym a chirurgiem transplantologiem, biotechnologiem a zootechnikiem itd. Poniżej podważone lub potwierdzone przeze mnie (w większości artykułami naukowymi) fragmenty wypowiedzi, dokumentów, relacji, sprawozdań itp. a propos stosowania ksenotransplantów (także pośrednio):

1.     „Perspektywa Ksenotransplantacji – Aspekty naukowe i rozważania etyczne” – to nowy dokument Papieskiej Akademii Życia. Ksenotransplantacja zajmuje się przeszczepami organu zwierzęcego do organizmu człowieka. Inspiracją zaprezentowanego 26 września dokumentu była prośba o wypowiedzenie się na ten temat ze strony Rady Europy, a także watykańskiego Sekretariatu Stanu. Prezentując dokument, wiceprzewodniczący Akademii bp Elio Sgreccia powiedział, że „porusza on między innymi aspekty etyczne ksenotransplantacji i starano się w nim odpowiedzieć na takie problemy jak: Czy wykorzystanie zwierzęcia jest rzeczą godziwą i jaka jest władza człowieka nad zwierzęciem?”.
(© 2000 Tygodnik Powszechny online)

To totalne nieporozumienie, że głównym problemem ksenotransplantacji dla Papieskiej Akademii Życia, jest pytanie o władzę człowieka nad zwierzęciem, jakby ten problem wcześniej nie istniał i jakby właśnie ,,odkryto Amerykę”. Zupełnie pomija się sedno problemu! Nawet nie pomija, a, w pewien sposób, odwraca – jeśli by brać pod uwagę aspekty psychicznej i genetycznej tożsamości człowieka – należałoby nakreślić i rozważyć problem wpływu  (,,władzy”) określonej puli genowej zwierzęcia-dawcy na genotyp człowieka-biorcy. Papieska Akademia Życia (ani żadna inna) tego problemu nie podejmuje.

2.     Aby ksenotransplant był dopuszczalny, przeszczepiany organ nie może naruszać psychicznej i genetycznej tożsamości osoby, która go przyjmuje; ponadto musi także istnieć dowiedziona biologiczna możliwość, iż przeszczep się uda i że nie narazi odbiorcy na niekontrolowane ryzyko.
(Jan Paweł II, przemówienie do uczestników Kongresu Światowego Towarzystwa Transplantologicznego w Rzymie, 29 sierpnia 2000)

W zasadzie, można by powiedzieć, Jan Paweł II etycznemu i moralnemu problemowi ksenotransplantacji nadaje właściwy ton. W jego obrębie, jako etyk i teolog, formułuje odpowiednie warunki: ,, Aby ksenotransplant był dopuszczalny…”. Jest to jednak tylko i wyłącznie idealistyczna wizja etyka i teologa, która na pewno dziś (a wątpliwe, że kiedykolwiek) w praktyce w 100% możliwa nie jest.
Naruszenie psychicznej tożsamości człowieka – często jest to problem indywidualny, więc tu go pominę.
Naruszenie genetycznej tożsamości człowieka – skoro nieunikniona jest genetyczna modyfikacja zwierząt-dawców (zwłaszcza świń) i ich tkanek oraz narządów (o czym będzie dalej), naruszenie genetycznej tożsamości człowieka jest prostą implikacją.
Dowiedziona biologiczna możliwość, iż przeszczep się uda. – Trudno ocenić, jak będą funkcjonowały świńskie narządy w ludzkim ciele. Są one dosyć podobne pod względem wielkości i wydolności, ale nikt tak naprawdę nie wie, jak długo i sprawnie mogą działać. (,,Wiedza i Życie" nr 1/1999)
Dowiedziona biologiczna możliwość, że przeszczep nie narazi odbiorcy na niekontrolowane ryzyko. Mikrobiolodzy ostrzegają, że przeszczepy tkanek i narządów zwierzęcych niosą ze sobą groźbę wybuchu epidemii. Istnieje bowiem ryzyko, że wirusy lub inne drobnoustroje normalnie egzystujące w zwierzęcych tkankach mogą po przeszczepie zaatakować tkanki ludzkie. Takie zakażenie jest niebezpieczne nie tylko dla biorcy przeszczepu. Może on się stać źródłem zakażenia innych ludzi, co w efekcie prowadzi do wybuchu epidemii. Nikt obecnie nie jest w stanie ocenić, jakie jest  jej prawdopodobieństwo. Nikt też nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak groźny mógłby być wirus, który dokonałby takiego międzygatunkowego ,,przeskoku”.
Przeszczepy tkanek i narządów świńskich uważa się za bezpieczniejsze od małpich, gdyż świnie są o wiele dalej spokrewnione z ludźmi, a więc i wirusy, które w sobie noszą, są mniej podobne. Zwolennicy ksenotransplantacji argumentują też, że ludzie od wieków żyli w dość bliskim kontakcie ze świniami i z wyjątkiem grypy nie ulegali zakażeniu żadnymi niebezpiecznymi drobnoustrojami.
Sprawa jednak nie jest taka prosta. Przeszczep zwierzęcego narządu stwarza jedyną w swoim rodzaju sytuację, która nigdy nie zdarza się w naturalnych warunkach. Komórki zwierzęce wchodzą wtedy w bezpośredni kontakt z ludzkimi. W połączeniu z osłabieniem układu odpornościowego, spowodowanym dużą dawką leków immunosupresyjnych, powstają zatem warunki wyjątkowo sprzyjające infekcji wirusowej.
Poważnym sygnałem ostrzegawczym stało się niedawne odkrycie Robina Weissa z londyńskiego Instytut Badań nad Rakiem i Davida Onionsa z Uniwersytetu w Glasgow, że obecne w świńskich komórkach tzw. wirusy PERV (należące do rodziny retrowirusów tej samej, co wirus HIV), są w stanie zakażać ludzkie komórki w warunkach laboratoryjnych. Wirusy te są integralną częścią genomu świńskich komórek. Kolejne pokolenia świń dziedziczą je, ponieważ przed tysiącami lat wirusy PERV stały się częścią ich materiału genetycznego. Nie są one chorobotwórcze dla tych zwierząt. Można jednak sobie wyobrazić, że mogłyby się uaktywnić w komórkach przeszczepionego narządu i zaatakować ludzkie tkanki. Czy może do tego dojść i czy takie zakażenie wywołałoby jakąś chorobę, nie wiadomo. Tym niemniej dokonane przez Brytyjczyków odkrycie pokazało, że trudne będzie wyhodowanie świń wolnych od wszelkich wirusów i innych czynników chorobotwórczych, co jest warunkiem niezbędnym, aby takie transplantacje były bezpieczne.
,,Wiedza i Życie" nr 1/1999;
Biotechnologiczne i medyczne podstawy ksenotransplantacji
Redakcja Z. Smorąg, R. Słomski, L. Cierpka
Ośrodek Wydawnictw Naukowych
Poznań, 1-388, 2006

3.     Wolność jednego człowieka ma swoje granice tam, gdzie naruszać zaczyna wolność innych ludzi i stworzeń. Do postępu nie należy zmierzać za wszelką cenę. Ingerencja w geny człowieka jest np. zarazem wtargnięciem w jego osobowość, w jego osobę. Z punktu widzenia Kościoła nie ma na coś takiego moralnego usprawiedliwienia. ,,Nauka i technika z racji ich wewnętrznego znaczenia domagają się bezwarunkowego poszanowania podstawowych kryteriów moralności; powinny one służyć osobie ludzkiej, jej niezbywalnym prawom, jej prawdziwemu i integralnemu dobru zgodnie z planem i wolą Boga" (Katechizm Kościoła katolickiego, 2294).

Ingerencja w geny dawcy ksenotransplantu i samego ksenotransplantu nieodwołalnie wiąże się z pośrednią ingerencją w geny biorcy (człowieka). Okazuje się, że taka ingerencja jest nieunikniona:
Świnie hodowane w brytyjskiej firmie Imutran tylko z pozoru w niczym nie różnią się od setek tysięcy innych na całym świecie. Świnie te nie są przeznaczone na rzeź, a swą niezwykłość zawdzięczają faktowi, iż powstały w wyniku manipulacji genetycznej, która sprawiła, że ich serca i wątroby oraz inne części będzie można wszczepiać ludziom. Wkrótce w ślady Imutranu poszło więcej firm i obecnie przynajmniej trzy kolejne: Protein Pharmaceuticals, Alexion i Nextran (wszystkie amerykańskie), mają świnie zmodyfikowane genetycznie w podobny sposób.
W 1992 roku naukowcy z mało znanej brytyjskiej firmy biotechnologicznej Imutran wyhodowali zmodyfikowaną metodami inżynierii genetycznej (transgeniczną) rasę świń. Wkrótce zwróciła ona na siebie uwagę całego medycznego świata. Dzięki umieszczeniu w materiale genetycznym tych zwierząt odpowiednich genów, właściwości ich tkanek zmieniono tak, by oszukać ludzki układ odpornościowy i uniknąć nadostrego odrzucenia.
Sukces transplantacji zależy od tego, na ile podobne są do siebie tkanki dawcy i biorcy. Komórki, z których zbudowane są tkanki, mają na swej powierzchni ogromną liczbę różnorodnych białek. Wiele z nich pełni rolę znaków rozpoznawczych dla własnego systemu odpornościowego. Są to tzw. antygeny zgodności tkankowej. Odrębność gatunkowa ludzi i zwierząt, w przypadku ksenotransplantacji, wyklucza podobieństwo tkanek dawcy i biorcy. Niezbędna jest więc modyfikacja genetyczna, która ,,stworzy” wymagane podobieństwo i na tyle oszuka układ odpornościowy biorcy, aby, z pomocą leków immunosupresyjnych (zwłaszcza cyklosporyn) akceptował przeszczepy od dawców o tak różnych typach tkankowych.
Gwałtowny postęp w dziedzinie ksenotransplantacji nastąpił w ostatniej dekadzie. Jedną z głównych przyczyn przełomu było opanowanie technik inżynierii genetycznej, które pozwoliły na wyhodowanie zmodyfikowanych genetycznie zwierząt, zaprojektowanych w ten sposób, by mogły zostać dawcami narządów dla ludzi.
Najpoważniejszą przyczyną niepowodzeń przy wszczepianiu zwierzęcych narządów do ludzkiego organizmu jest tzw. nadostre odrzucanie przeszczepu. Zjawisko to występuje przy przeszczepach od tzw. gatunków ,,niezgodnych", do których należą świnie będące zwierzętami najpoważniej branymi pod uwagę jako dawcy narządów dla ludzi. W przypadku szympansów i pawianów ta forma odrzucania nie występuje, jednak zwierzęta te z innych powodów nie są dobrymi kandydatami na dawców. (Naczelnym, mimo że są najbliżej spokrewnione z człowiekiem, nie poświęca się wiele uwagi jako dawcom organów z powodów etycznych, problemów bezpieczeństwa i trudności związanych z hodowlą. Niestety, większość zwierząt laboratoryjnych, takich jak szczury, myszy, chomiki i świnki morskie, nie spełnia wymagań.
Badania kliniczne wskazują, że świnia domowa najlepiej spełnia kryteria przydatności organów do ksenotransplantacji. Wielkość narządów, ich wydolność fizjologiczna jest niemal identyczna z ludzkimi. Za wyborem świni jako potencjalnego dawcy organów do ksenotransplantacji przemawiają również następujące fakty: świnia jest gatunkiem o wysokiej plenności i płodności, tanim i łatwym w utrzymaniu, ponadto osobniki szybko rosną, a ich organy w stosunkowo krótkim czasie osiągają pełną wielkość i wydolność fizjologiczną stosowaną do potrzeb ksenotransplantacji. Ponadto świnia jest gatunkiem, u którego, w porównaniu do innych dużych zwierząt, dosyć łatwo można przeprowadzić modyfikacje genowe. Dodatkowo badania dotyczące międzygatunkowej homologii DNA człowieka oraz zwierząt wskazują na wysoką homologię, z wyjątkiem naczelnych, między człowiekiem i świnią.)
Orzucanie nadostre jest to gwałtowna reakcja układu odpornościowego, zdolna zniszczyć przeszczepiony narząd w ciągu kilku minut od transplantacji. Głównym obiektem ataku jest nabłonek naczyń krwionośnych, który jest podstawowym miejscem styku obcego narządu z ludzką krwią. Po jego zniszczeniu niemożliwy jest już normalny obieg krwi w przeszczepionym narządzie, co prowadzi do jego szybkiego obumarcia. Przez wiele lat było to ograniczenie niemożliwe do pokonania.
Jedną z możliwości zabezpieczenia komórek przed atakiem ze strony ksenoprzeciwciał i nadostrym odrzucaniem jest takie jej zmodyfikowanie genetyczne, aby nie wytwarzała antygenu alfaGal. Można to uzyskać poprzez zastąpienie genu kodującego enzym alfa 1,3-galaktozylotransferazę odpowiedzialny za syntezę przez gen kodujący ludzką transferazę H powodującą zastąpienie antygenu alfaGal (złożonego z cząsteczek galaktozy) antygenem Fuc (złożonego z cząsteczek fukozy). Dzięki temu przeciwciała nie wiążą się z komórką i kaskada dopełniacza nie jest aktywowana.
Inną możliwością ochrony przed nadostrym odrzucaniem (wykorzystaną m.in. przez firmę Imutran) jest wyprodukowanie transgenicznych zwierząt, których tkanki mają na swej powierzchni ludzkie białka blokujące aktywność dopełniacza.
Jednym słowem – potrzebne jest ,,uczłowieczenie” genetyczne świni, by była mowa o jakimkolwiek ksenotrasplancie.
Przełamanie bariery nadostrego odrzucania sprawiło, że specjaliści z wielu ośrodków medycznych (głównie w USA i Wielkiej Brytanii) rozpoczęli przygotowania do pierwszych prób klinicznych przeszczepiania narządów pochodzących od transgenicznych świń. Novartis jest gotów w najbliższym czasie zainwestować w ksenotransplantologię co najmniej miliard dolarów. Analitycy finansowi szacują, że rynek związany z przeszczepami zwierzęcych narządów w 2010 roku będzie wart 6 mld dolarów, a Novartis ma szansę na zdobycie ponad połowy tych pieniędzy.
,,Wiedza i Życie" nr 1/1999;
Biotechnologiczne i medyczne podstawy ksenotransplantacji
Redakcja Z. Smorąg, R. Słomski, L. Cierpka
Ośrodek Wydawnictw Naukowych
Poznań, 1-388, 2006

4.     Jeżeli więc (…) życia nie chce się pozostawić samowoli ludzkiej, trzeba koniecznie uznać pewne nieprzekraczalne granice władzy człowieka nad własnym ciałem i jego naturalnymi funkcjami, granice, których nikt nie ma prawa przekraczać: ani osoba prywatna, ani władza publiczna. Granice te zostały ustanowione właśnie ze względu na szacunek należny ludzkiemu ciału oraz jego naturalnym funkcjom. (Paweł VI, encyklika Humanae vitae)

(…) nieprzekraczalne granice władzy człowieka nad własnym ciałem i jego naturalnymi funkcjami – w przypadku transgenicznych ksenotransplantów nie ma mowy naturalności funkcji ciała człowieka. Idąc tropem Pawła VI, można by stwierdzić, iż ksenotransplantacja przekracza granicę, która jest moralnie (a powinna być także i formalnie) uznana za nieprzekraczalną.

5.     Chodzi tu (..) o sprawę tak wielką z punktu widzenia powinności moralnej, że nawet samo prawdopodobieństwo (…) wystarczyłoby dla usprawiedliwienia najbardziej kategorycznego zakazu wszelkich interwencji (…). (Jan Paweł II, encyklika Evangelium vitae)

Czy nie można tych słów odnieść do ksenotransplantacji? Czy nie chodzi tu o sprawę tak wielką, że już samo prawdopodobieństwo pogwałcenia tożsamości genetycznej człowieka wystarczyłoby dla usprawiedliwienia najbardziej kategorycznego zakazu wszelkich interwencji w ciało człowieka, jeśli by brać pod uwagę transgeniczne ksenotransplanty?


Podsumowanie:
Krótkie argumenty przeciw ksenotransplantacji:
  • nie do końca poznane mechanizmy następcze transplantacji – zmiany zachodzące w organizmie biorcy po przeszczepie (łącznie z psychiczną i genetyczną tożsamością)
w związku z w/w: brak formalnej udowodnionej i wyznaczonej granicy: przeszczep jakiej tkanki/narządu jeszcze znacznie nie narusza psychicznej i genetycznej tożsamości człowieka, a jakiej już narusza (zawsze w grę wchodzi tylko ,,stopień i skala tego naruszenia”, gdyż w medycynie powszechnie wiadomo, iż ,,naruszenia” takie nieuniknione są nawet przy przeszczepach allogenicznych)
skoro nieunikniona jest genetyczna modyfikacja zwierząt-dawców (a jednak wbrew naturze), granica, o której mowa wyżej, zawsze będzie niemożliwa do wyznaczenia, gdyż każda modyfikacja genetyczna, w przypadku ksenotransplantologii, zakłada naruszenie genetycznej tożsamości
  • ryzyko zakażenia, globalna epidemia na skutek ,,przeskoku” międzygatunkowego niektórych drobnoustrojów, wirusów (brak dostatecznej wiedzy dot. tego tematu)
  • dzisiaj głównym czynnikiem ograniczającym liczbę wykonywanych operacji jest dostępność narządów do transplantacji, a nie problemy techniczne – czy trudność w tym dostępie jest wystarczającym argumentem, by ,,zezwierzęcać” człowieka??!
  • w sprawach tak wysokiej wagi, jak ludzkie życie i godność człowieka, już samo tylko ryzyko i szereg niepewności powinny być argumentem przeciw wątpliwej moralnie metodzie (w myśl JPII, w/w)

Dlaczego etyczny i moralny problem ksenotransplantacji nie dotyczy tej dziedziny kardiochirurgii, gdzie powszechnie stosuje się zastawki serca pochodzące od świń?
Zastawki te lepiej od mechanicznych naśladują ruch ludzkich zastawek, nie powodują krzepnięcia krwi i nie niszczą krwinek. I co najważniejsze, nie stają się celem dla naszego układu odpornościowego. Przed wszczepieniem poddaje się je długiej obróbce, podczas której usuwa się z nich wszystkie chemiczne wizytówki. Skutkiem ubocznym jest zabijanie komórek budujących zastawki. W efekcie – zastawka, która nie jest już żywym organem (tu: nie jest to konieczne, by nim była), przestaje być ksenotransplantem – jest martwym implantem, niemającym w sobie i nieprzekazującym ,,biorcy” żadnej z informacji o cechach genetycznych świni.
Metoda, której poddawane są świńskie zastawki, nie nadaje się więc do przygotowywania do przeszczepu narządów, które muszą żyć, by pracować: serca, nerek, wątroby... Tu trzeba szukać innego wyjścia. Do roboty wzięli się więc genetycy i immunolodzy. Wymyślili dwa rozwiązania, polegające na odpowiednio dobranych genetycznych modyfikacjach, o których mowa była wyżej.
,,Wiedza i Życie" nr 1/1999;
Biotechnologiczne i medyczne podstawy ksenotransplantacji
Redakcja Z. Smorąg, R. Słomski, L. Cierpka
Ośrodek Wydawnictw Naukowych
Poznań, 1-388, 2006

Problem dotyczy także Polski
Tym tropem poszli między innymi polscy naukowcy, którzy od kilku lat prowadzą badania nad zmodyfikowanymi genetycznie świniami. W projekcie uczestniczy 10 zespołów naukowych z całej Polski, specjalizujących się w biologii molekularnej, rozrodzie zwierząt, embriologii, immunologii i transplantacjach. Odpowiednią konstrukcję z DNA przygotował zespół profesora Ryszarda Słomskiego z Instytutu Genetyki Człowieka PAN, a wprowadzeniem genów do komórek świni i hodowlą zajęli się naukowcy kierowani przed profesora Zdzisława Smorąga z podkrakowskiego Instytutu Zootechniki (koordynującego cały projekt). W efekcie ich prac we wrześniu 2003 roku narodził się knurek, któremu nadano wdzięczne imię TG 1154.
Zwierzątko miało tkanki ozdobione ludzkimi cząsteczkami, które po przeszczepie mogłyby maskować obecność świńskich wizytówek na komórkach zwierząt. Knurek podrósł, po czym zabrał się do rozmnażania. Obecnie po świecie hasa ponad sto jego potomków, którym przekazał swoje unikatowe cechy. W międzyczasie do akcji zaczęli się szykować transplantolodzy. By opracować optymalną technikę, już rok temu przeszczepili wątrobę zmodyfikowanego genetycznie zwierzęcia innej świni. – Dzięki odpowiednim krzyżówkom za trzy lata spodziewamy się osobników, z których narządami będziemy mogli zacząć eksperymenty na małpach – powiedział „Przekrojowi” profesor Smorąg.
(Przekrój Nauki 2006 online)

Marta Czech