piątek, 18 marca 2011

Droga Krzyżowa inspirowana Hymnem o Miłości św. Pawła (1Kor 13, 1-13)

 
          …takie oto luźne, napisane przeze mnie w Roku św. Pawła na potrzeby duszpasterstwa salezjańskiego, rozważania Drogi Krzyżowej… Dziś ,,XV stacji” bym już nie uwzględniała, ale, w tym przypadku, jest w miarę spójnie, a odwołanie w niej do ostatnich słów Pawłowego hymnu, zamyka całość należytą klamrą.

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
4 Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
5 nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
6 nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
7 Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
8 Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
9 Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
10 Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
11 Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość. (1Kor 13, 1-13)

Stacja I – Sąd nad Jezusem
Pusty dźwięk
1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, 
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Brzęk srebrników, skazujący wrzask tłumu, pianie koguta… To wszystko puste dźwięki: ,,miedź brzęcząca”, ,,cymbał brzmiący”… Puste dźwięki, bo zabrakło Miłości. Opuszczony Jezus, bo zabrakło Miłości. Samotny Judasz, bezpański tłum, osierocony Piotr – bo zabrakło Miłości. Nic tak nie rozdziela ludzi jak braki w Miłości.
Ale Jezus wie, że każda ziemska miłość musi mieć swój ,,Wielki Piątek”. Jezus wie, że jeżeli ktoś nie kocha tak, jakbyśmy tego chcieli, nie oznacza to, że nie kocha on z całego swego serca i ponad własne siły. Jezus zna ograniczenia mego serca i siłę moich możliwości. Zna każdą moją słabość, każdy zgrzyt mojej osobowości, każdy chrzęst mojego moralnego kręgosłupa - każdy pusty dźwięk. On to wszystko wie.
I kocha.
...stałbym się jak miedź brzęcząca...

Stacja II – Jezus bierze krzyż na ramiona
Cierpliwość
4 Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Cierpliwość jest codzienną formą Miłości. Kochać – to mieć cierpliwość. Cierpliwość oczekiwania na właściwy moment i cierpliwość trwania w tym momencie. Choćby miał to być moment krzyża. To miłująca cierpliwość pozwala mi na rezygnację z panowania nad własnym życiem. Dzięki tej miłującej cierpliwości, jak Jezus, jestem zdolny pełnić wolę Ojca, nawet gdyby tą wolą był krzyż na moich ramionach. Cierpliwość wolę Ojca postrzega jako świątynię, gdzie Bóg chce być z człowiekiem sam na sam. Gdzie Bóg człowieka obdarowuje pełnią łask, by przygotować na najtrudniejsze.
…a najtrudniejsze w dźwiganiu krzyża to z Miłości zamknąć otwartą dłoń i jako darzący zachować milczenie.
Miłość cierpliwa jest...

Stacja III – I upadek Pana Jezusa
I szansa
11 Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko.
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły. Mówiłem jak dziecko… Mówiłem bezmyślnie, w zasadzie – powtarzałem za innymi. Powtarzałem, że Miłość jest ślepa. Nie ma niczego bardziej ,,widzącego”, niż prawdziwa Miłość. Niczego. Jest ona czymś najwyraźniej ,,widzącym” pod słońcem. Poświęcenie jest ślepe, przywiązanie jest ślepe, pożądanie jest ślepe - ale nie prawdziwa Miłość. Nie nazywajmy tych uczuć Miłością. A że nasza miłość się potyka – to nie dlatego, że jest ślepa, ale zbyt niedojrzała, słaba. Nasza miłość przewraca się jak dziecko. Boża Miłość ciężar potykających się słabości zauważa, podnosi i prowadzi ku sobie. Boża Miłość daje szansę, by iść dalej. Bez tej ,,zauważającej” Miłości każde życie jest jedynie udawaniem i mijaniem, ślepym zaułkiem, drogą w ciemnościach, nieporadnością dziecka, upadkiem bez powstania… Wstań i chodź! I kochaj! ,,Widząca” Miłość Cię poprowadzi!
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły...

Stacja IV – Jezus spotyka swoją Matkę
Heroizm
7 Miłość wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość niesie ze sobą nie tylko dar kochania, ale i dar cierpienia. Miłość ból ukochanej osoby pragnie przejąć na siebie. Miłość mogę odnaleźć w sobie, gdy czyjś ból boli mnie jako mój ból. Gdy czyjaś samotność jest moją samotnością. Miłość to czuwanie nad cudzą samotnością.
Maryja czuwa nad wszystkim, co związane z krzyżowaniem Jezusa. Wszystko znosi - o nic nie pyta, nie żąda wyjaśnień, nie czyni wyrzutów, nie chce za wszelką cenę zrozumieć. Jej Miłość przede wszystkim towarzyszy i czuwa. Miłość, która przenika tajemnice i samotność kochanej osoby, pozwalając jej zachować swoje sekrety i pozostawiając jej wewnętrzną wolność. Prawdziwa Miłość o nic nie pyta. Wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję.
Miłość wszystko przetrzyma...

Stacja V – Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi
Odpowiedź
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
Szymon z Cyreny być może i został zmuszony, by nieść Jezusowy krzyż, ale to nie Jezus domagał się pomocy. Miłość nie narzuca się, nie zaczepia, nie zachęca, gdyż pragnie dla swej prawości uczuć równie szczerej odpowiedzi. Miłość pragnie Miłości, daje więc pełną wolność wyboru osobie umiłowanej.
Jeżeli więc miłość moja pozostaje bez odzewu, powinienem zamilknąć… Nie należy mieszać Miłości z niewolnictwem serca. Miłość nie istniałaby, gdybyśmy byli do niej zmuszani.
Miłość nie prosi ani nie żąda. Jest siłą, która sama za sobą pociąga. Niczego nie narzuca, nie zaczepia, nie zachęca…, a pociąga, przenosi góry, przenosi krzyże…
Miłość nie narzuca się, nie zaczepia, nie zachęca…, a pociąga...

Stacja VI – Weronika ociera twarz Jezusowi
Wzajemność
3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
To Ty, Jezu, ukochałeś pierwszy. To Ty dotykałeś trędowatych, podnosiłeś upadłych, ocierałeś łzy, umywałeś nogi…  I z tego tłumu ocalonych, wybiega tylko Weronika. Tylko jedna osoba, jedna kobieta, jedna Weronika… Chciałoby się wykrzyczeć: ,,Gdzie są pozostali?!”. Ale Miłość, szukając wzajemności, jest nieśmiała i cicha. Miłość oczekuje z nadzieją, że zauważona zostanie. I chociaż czyni wszystko dla dobra ukochanej osoby, działa w tajemnicy, by wzajemności nie wymusić. Bo Miłość to bycie do dyspozycji, to gotowość do tego, by usłużyć, pomóc, przydać się, zaopiekować. To chęć, by być potrzebnym. Możesz oddać wszystkie swoje dobra, by pomóc innym, i wydać swoje ciało na spalenie, a nie mieć absolutnie Miłości. Zachowaj swoje dobra, a odrzuć swoje „ja”. Nie pal ciała; spal swoje ego. A Miłość, jak Weronika z tłumu, wypłynie sama.
Miłość oczekuje z nadzieją, że zauważona zostanie...

Stacja VII – II upadek Pana Jezusa
II szansa
11 Gdy byłem dzieckiem,
(…) czułem jak dziecko.
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły. Czułem jak dziecko… Przewracałem się jak dziecko i krzyczałem, że boli; że, skoro boli, Bóg mnie nie kocha! Ale Miłość nie zadaje bólu. Źródłem bólu jest lęk, który z Miłością nie ma nic wspólnego. Źródłem bólu jest chęć posiadania, która z Miłością nie ma nic wspólnego.
Jeśli w miłości przedkładam nade wszystko to, co ją zwiastuje – nigdy nie zaznam spełnienia. Więcej: każdy mój krok będzie upadkiem pod ciężarem tego wszystkiego, co chciałbym w Miłości posiąść. Jezu, podnieś mnie z mojej zachłannej, naiwnej, dziecinnej, cieszącej tylko zmysły, miłości!
Czułem jak dziecko...

Stacja VIII – Jezus spotyka płaczące niewiasty
Odnalezienie
Miłość nie szuka swego.
Miłość nie szuka swego, nie jest w siebie zapatrzona. Gdybym widział tylko siebie, swoje cierpienie, tylko swoje rany, swoje pragnienia – nie byłbym w stanie odnaleźć drugiego człowieka; dostrzec, jak Jezus, że obok mnie jest ktoś jeszcze. Że ja, mimo swoich słabości, mogę mu się na coś przydać. Że ja, mimo swego smutku, mogę go pocieszyć. Że ja, mimo swego ubóstwa, mogę go obdarować.
Bo Miłość prawdziwa obdarza, nasyca i sama siebie daje temu, którego kocha.
Miłość nie pragnie, aby jej dogadzano, ani nie stara się wcale o własną wygodę; lecz troszczy się o dobro innych i buduje Niebo pośród piekielnej rozpaczy.
Mimo swoich słabości, mogę się na coś przydać...

Stacja IX – III upadek Pana Jezusa
III szansa
11 Gdy byłem dzieckiem,
(…) myślałem jak dziecko.
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły. Myślałem jak dziecko… Myślałem, że jak już kocham  - to wszystko mi się należy. Myślałem, że jak kocham – to już wystarczy. To ,,już wystarczy” – to mój kolejny upadek. Kolejne zasłuchanie się we wszystko i wszystkich, z pominięciem Jezusa. A Jezus nie krzyczy, nie mówi – On całym sobą pokazuje mi, że ten, kto prawdziwie kocha, nie troszczy się o nagrodę za swą Miłość, lecz tylko o to, by kochać coraz lepiej. Nie: ,,już wystarczy”, ale: ,,coraz lepiej”. Nie wystarczy Miłości odkryć, poczuć. Trzeba ją jeszcze umieć budować. Budować Miłość to nie – zostać w miejscu. To, jak Jezus, powstać i iść dalej. Budować Miłość – to kochać coraz lepiej.
Myślałem jak dziecko…

Stacja X – Obnażenie z szat
Czystość
5 Miłość nie dopuszcza się bezwstydu.
Kochać niekochających – to nie wstyd. Kochać bez wzajemności – to nie wstyd. Kochać, nie mając nic do zaoferowania, poza swoją Miłością – to nie wstyd. To czysta Miłość!
Czymże jest ,,posiadanie" w Miłości? Może posiada się bardziej wtedy, gdy się nie posiada…? Gdy jest się całkowicie ogołoconym, obnażonym, odartym z tego wszystkiego, co Miłością nie jest. Gdy nie ma się już kompletnie niczego, a nawet kompletnie nikogo, kto pozwoliłby się kochać. Kochać prawdziwie, kochać czysto – to kochać nie posiadając.
Miłość nie dopuszcza się bezwstydu.

Stacja XI – Przybicie do krzyża
Stać się
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Wyzbyłem się tego, co dziecięce: mówienia jak dziecko, czucia jak dziecko, myślenia jak dziecko… Prawdziwa miłość zawsze milczy: wyrazem prawdy są czyny, nie słowa, uczucia, czy myśli. Miłość, która nie jest niczym więcej, niż uczuciem, nie jest Miłością. Miłość, która nie przeistacza się w czyn, nie jest Miłością.
Im bardziej się kocha, tym więcej się czyni. Im bardziej się kocha, tym bardziej jest się gotowym cierpieć za osobę ukochaną. Kiedy się prawdziwie kocha, znosi się nawet rozdarte ciało i duszę, przebite ręce i stopy. I nie krzyczy się, jak dziecko, że boli. A boli. I jest się wdzięcznym za ten ból. Stać się podobnym do Jezusa – to pozwolić sobie na taki ból.
Wyzbyłem się tego, co dziecięce...

Stacja XII – Śmierć na krzyżu
Przebaczenie
Miłość nie pamięta złego.
Zanim powierzył swe ostatnie tchnienie Ojcu, zanim oddał w Jego ręce swego Ducha, dogorywając na krzyżu, kiedy, wydawałoby się, opuściły Go wszystkie siły – te najbardziej przekonywujące o Miłości okazały się niezniszczalne. Siła pragnienia i siła przebaczenia. Prawdziwa Miłość to nie tylko akt całkowitego oddania. Miłość w swojej istocie jest pragnieniem Miłości. … a samo przebaczenie to chyba najtrudniejsza Miłość.
A śmierć…? Śmierć to tylko minimum. Minimum wszystkiego. Podczas tych godzin, gdy jestem tak blisko drugiej osoby... Minimum... Miłość jest śmiercią: śmiercią odrębności, śmiercią dystansu, śmiercią czasu…
Jeśli wszystko jest stracone, oprócz Miłości - nic nie jest stracone. Miłość to jest to, co pozostaje, gdy zabrane zostało już wszystko. Nawet nadzieja.
Miłość nie pamięta złego.

Stacja XIII – Zdjęcie z krzyża
Cisza
Miłość nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą.
Kiedy przemawiałeś, Jezu, otaczały cię tłumy. Kiedy, zdejmowany z krzyża, milczysz – tylko nieliczni mają odwagę przy Tobie być. Tylko nieliczni mają odwagę posłuchać tego milczenia – tej najcenniejszej nauki. Nauki Miłości. Mieć odwagę kochać… Kiedy się kocha, nie trzeba nic mówić. Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości.
Miłość jest przede wszystkim zasłuchaniem w ciszy. Kochać to rozpamiętywać.
Miłość nie szuka poklasku...

Stacja XIV – Złożenie do grobu
Trwanie
8 Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Miłość nigdy nie ustaje. Czas, trwanie – to Miłość. Miłość to po prostu - obecność. Nie istnieje ,,brak czasu”. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieje nawał pracy. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieją palące obowiązki. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieje zmęczenie. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieje śmierć. Nie istnieje grób. Jest tylko brak Miłości. Nie grzebmy Miłości tylko dlatego, że nie mamy czasu; tylko dlatego, że ściga nas nawał pracy i palące obowiązki; tylko dlatego, że czujemy się zmęczeni! Nie grzebmy Miłości, tylko dlatego, że wydaje nam się, iż Miłość Jezusa umarła wraz z Jego ciałem. Miłość nigdy nie ustaje… Miłość trwa.
Miłość nigdy nie ustaje...

Stacja XV – Zmartwychwstanie
Twarzą w twarz
12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Poznam tak, jak i zostałem poznany; tak, jak zostałem stworzony. Kochać - to znaczy narodzić się, zmartwychwstać. I wcale nie chodzi tu o zaprzeczenie prawom natury. Miłość nie zaprzecza rzeczywistości, tylko ją przekształca. Bóg włożył ją w moje ręce jak klucz do raju, jak drogę do gniazda, gdzie czeka na mnie oswojone szczęście. Szczęście oswojone to szczęście, które nie ucieka. To Miłość, która nie ucieka, nie przynagla, nie zawraca głowy, nie zaprząta myśli… To Miłość, która całą sobą JEST. Miłość twarzą w twarz.

Zakończenie
13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.
Dopóki Miłość pozostaje niemożliwa do opisania, dopóty jestem człowiekiem, a nie tylko mieszaniną kodu genetycznego, fizjologii czy skoków adrenaliny. Kocham, więc jestem. Kocham, więc będę.

Marta Czech

sobota, 26 lutego 2011

,,Naukowa” pogarda dla życia

 
          W niedzielę, 20 II, przy kościele Chrystusa Króla we Wrocławiu miała miejsce przedpremierowa projekcja najnowszego filmu Grzegorza Brauna - ,,Eugenika” (zwiastun: http://www.youtube.com/watch?v=EkzRHuox8pc&feature=player_embedded; relacja z wydarzenia: http://miastowroclaw.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2188:eugenika-grzegorza-brauna&catid=17:aktualnosci&Itemid=100).
Przybyłam, zobaczyłam, …może być.

Film ma charakter niejako swoistych opisów sytuacji, przeszłych i teraźniejszych, związanych z selekcją eugeniczną. Choć między słowami padały skróty myślowe traktujące kwestię problemowo, zabrakło mi wyraźnych akcentów, które bezsprzecznie wybijałyby z ręki śmiertelną broń eugenikom.
A przyznać by trzeba, iż takowych, choć oczywiście skrzętnie ukrywanych przed ,,ciemnym ludem”, jest sporo. Choćby taki przykład:
Badając zjawisko dziedziczności uzdolnień, Galton zauważył przy tym i opisał zjawisko tzw. „regresji do średniej”. Polega ono na tym, że potomstwo osobników wysoce uzdolnionych jest przeciętnie mniej uzdolnione od swoich rodziców. Cecha jak gdyby „cofa się” w wyniku dziedziczenia, co uznano za przejaw degeneracji geniuszu w wyniku przekazywania go z pokolenia na pokolenie. Galton nie zauważył jednak zjawiska odwrotnego, czyli wzrostu przeciętnego poziomu uzdolnień potomstwa osób mniej zdolnych w stosunku do pokolenia rodzicielskiego. Stan tej rzeczy da się wyjaśnić na przykładzie. Spójrzmy na wykresy:
 
Standardowym przekonaniem dotyczącym ewentualnej dziedziczności inteligencji, jest to, że przekaz cech z pokolenia na pokolenie dokonuje się w linii prostej. Wynikałoby stąd, że mało inteligentni rodzice muszą mieć mało inteligentne dzieci, natomiast rodzice bardzo inteligentni – odwrotnie.
Na rys a. przedstawiona jest taka silna determinacja cech potomstwa przez cechy rodziców. Jest to model błędny. Rys b. przedstawia poprawny model, którego rozkład jest zbliżony do normalnego. Weźmy pierwszych 4 osobników, wszyscy należą do pierwszej grupy o inteligencji bardzo niskiej. Natomiast ich dzieci fenotypowo wykażą stosunek 1:2:1, czyli 1 dziecko na 4 będzie rzeczywiście bardzo mało inteligentne, ale 2 z pozostałych będzie miała już inteligencję nieco wyższą, ostatnie cechować się będzie inteligencję normalną. Analogiczne zjawisko da się zaobserwować w grupie osobników bardzo zdolnych, ale z tendencją do „regresji”.
Jakiż jest zatem sens metod eugenicznych, zmierzających do stworzenia hiperinteligentnej rasy człowieka, wyrzynając w pień wszystkich mało inteligentnych, skoro badania naukowe dowodzą regres IQ u dzieci rodziców inteligentnych oraz wzrost IQ u dzieci rodziców mało inteligentnych? Czy, wobec tego faktu, eugenika mająca być ,,w imię postępu”, nie staje się paradoksalnie przyczyną regresji i zacofania?

Kolejna kwestia, której film dostatecznie nie uwypukla, to faktyczny rodowód eugeniki. Owszem, wspomina się o Francisie Galtonie, jako tym, który samo pojęcie eugeniki ,,jako nauki” stworzył i wprowadził (choć problem zachowań selekcyjnych wśród ludzi istniał już m.in. w starożytnej Sparcie). Niestety zaledwie mgnienia filmu poświęcone są jego bliskiemu kuzynowi, Karolowi Darwinowi. Zupełnie natomiast pominięty został wpływ teorii ewolucji na rozwój myślenia eugenicznego.
…a przecież to ewolucja burzy harmonijny i naturalny stan rzeczy oparty na paradygmacie pochodzenia od Boga i zmierzania ku Niemu. Od czasów Darwina człowiek przestaje być już niewiele mniejszym od aniołów (por. Hbr 2, 7) – jest zaledwie niewiele większy od małpy. Śmierć przestaje być wrogiem pokonanym przez Chrystusa na krzyżu; jawi nam się jako dobro implikujące postęp. W świecie, w którym nie ma jakościowego rozróżnienia pomiędzy ludźmi i zwierzętami, gdzie Boga zastąpiono wszechmocnym aparatem władzy, a ,,czystość rasy” odpowiada za jakość ewolucji  - życie ludzkie staje się jedynie produktem ubocznym czasu, wobec którego bezkarnie uchodzą najbardziej okrutne zbrodnie.
I tak oto, swego czasu, Bogu ducha winnych australijskich Aborygenów ,,postępowi” darwiniści zakwalifikowali jako ,,brakujące ogniwo ewolucji” (uznając ich za najbardziej spokrewnionych z człekokształtnymi małpami), co poskutkowało faktem umieszczenia rdzennych Australijczyków JAKO ZWIERZĄT (sic!) na liście gatunków broszury Muzeum w Sydney. Czyż to nie eugenika?

Nieuwzględniony w filmie został również istotny fakt, sygnalizowany choćby przez wykładowcę genetyki populacyjnej, Macieja Giertycha w opracowaniu ,,O ewolucji w szkołach europejskich” (http://giertych.pl/pliki/evolution.pdf), demaskujący powiązania darwinizmu z eugeniką - mianowicie że ,,Leonard Darwin (1850-1943), syn Karola, był prezesem angielskiego Eugenics Education Society, członkiem redakcji The Eugenical News, a od r. 1927 honorowym prezydentem Międzynarodowej Federacji Organizacji Eugenicznych.”
W 1989 r. Eugenics Society przemianowano na Instytut Galtona, pod którą to nazwą funkcjonuje do dziś, promując zwłaszcza antykoncepcję oraz organizując tzw. ,,Wykłady darwinowskie”.
Warto tu przytoczyć fragment piątego rozdziału opublikowanej przez Darwina w 1971 r. książki – skrzętnie studiowanej przez eugeników  - ,,Pochodzenie człowieka”:
U dzikich ci o słabym ciele lub umyśle są wkrótce eliminowani; a ci, co przeżyją, zwykle tryskają zdrowiem. Z drugiej strony my, ludzie cywilizowani, robimy wszystko, by ograniczyć proces eliminacji; budujemy szpitale dla umysłowo chorych, dla rannych, dla chorych; ustanawiamy słabe prawa; i nasi lekarze robią wszystko, co w ich mocy, by ratować każde życie aż do ostatniego momentu. Są powody by sądzić, że szczepienia uratowały tysiące ludzi, którzy ze względu na słabą odporność uprzednio zmarliby z powodu ospy. W rezultacie słabi członkowie naszych cywilizowanych społeczeństw rozmnażają się. Nikt, kto zajmował się hodowlą zwierząt domowych nie będzie wątpił, że to musi być bardzo szkodliwe dla rasy ludzkiej. Zaskakująco szybko z braku opieki czy przy opiece źle ukierunkowanej uzyskujemy degenerację ras zwierząt domowych; i tylko z wyjątkiem samego człowieka nikt nie jest tak głupim, by pozwalać na rozród najgorszych zwierząt.

Film Grzegorza Brauna przemilcza też, osławioną przez Agorę, osobę zadeklarowanego ateisty, obrońcy teorii ewolucji oraz zaangażowanego zwolennika eugeniki (http://www.lifesitenews.com/news/archive/ldn/2006/nov/06112103) – Richarda Dawkinsa, który w liście do szkockiego periodyka z 2006 r. napisał:
Jeżeli można hodować bydło na wydajność mleka, konie na szybkość biegu, a psy na zdolności pasterskie, z jakichże powodów miałoby być niemożliwym hodowanie ludzi na zdolności matematyczne, muzyczne czy atletyczne? (…) Zastanawiam się, czy 60 lat po śmierci Hitlera nie powinniśmy wreszcie zapytać, na czym polega moralna różnica między hodowlą zdolności muzycznych a zmuszaniem dziecka do lekcji muzyki? I dlaczego dopuszczalnym jest trening biegaczy i skoczków, a niedopuszczalna ich hodowla?


Reasumując, przyznać by trzeba otwarcie, że panu Grzegorzowi o wiele lepiej ,,wychodzą” filmy historyczne i polityczne, aniżeli typu scricte ,,pro life”. W spostrzeżeniu tym utwierdziła mnie zwłaszcza dyskusja po filmie - ta, po dość lakonicznych i niezbyt zaangażowanych odpowiedziach autora odnośnie samego dokumentu, szybko przerodziła się w dysputę polityczną, w której pan Braun był wreszcie jak ryba w wodzie.
Mimo wszystko jednak, z braku poważniejszych (w sensie: naukowych) dzieł w temacie, dobrze, że i taki  - popularny - film powstał...
Karykatura Darwina z 1871 r. po publikacji The Descent of Man, and Selection in Relation to Sex
Polecam również:
Eugenika w Polsce: http://prawica.net/node/14478
oraz
Dziesięć największych błędów Darwina:

Marta Czech

wtorek, 22 lutego 2011

Niech umami nas nie omami

Listownica japońska (Laminaria japonica) – znana jako kombu lub kapusta morska
          Listownica japońska (wodorost) – to z niej w 1908 r. prof. Kikunae Ikeda z Cesarskiego Uniwersytetu w Tokio wyseparował specyfik nazwany Aji-no-moto, co w japońskim znaczy tyle, co ,,istota smaku”. Sam receptor smakowy odpowiedzialny za bezpośrednie wykrywanie owej ,,istoty smaku” – zwany UMAMI - odkrył już wcześniej francuski lekarz - Jean François Fernel. Mimo to, potwierdzenia naukowego umami doczekał się dopiero w 2000 r.
L-Glutaminian sodu
EKSCYTOTOKSYCZNOŚĆ to uszkadzanie, mutowanie i zabijanie neuronów m.in. przez ten oto powyższy niepozorny bezbarwny monohydrat, o którym mowa od samego początku jako essence of flavor: (2S)-2-amino-5-hydroksy-5-oxo-pentanonian sodu albo jak kto woli monosodium glutamate (MSG) czy po prostu GLUTAMINIAN SODU (E-621). Sam Glx (kwas glutaminowy, na który rozkłada się w organizmie MSG) jako neurotransmiter nie przekracza bariery krew – mózg, ale jego produkt [kwas γ-aminomasłowy (GABA)] JUŻ TAK. Warto by zwrócić uwagę na to, że GABA jest GŁÓWNYM SKŁADNIKIEM PIGUŁKI GWAŁTU [(kwasu γ-hydroksymasłowego (GHB)]. Nie chcę tu od razu tworzyć teorii spiskowych, ale, obserwując, co się dzieje w chemii spożywczej, można by uznać, że jakieś ,,siły wyższe” (jak powiedziałby to S. Michalkiewicz) próbują nas fizycznie i psychicznie obezwładnić…

Nie bez znaczenia jest również fakt, że MSG najpowszechniej stosowany jest w Chinach (mówi się nawet o tzw. syndromie chińskiej restauracji), gdzie jak wygląda kontrola państwa nad obywatelami - nie trzeba mówić.

Marta Czech

piątek, 28 stycznia 2011

Katolicy o NPR

Zbiór luźnych cytatów, sukcesywnie uzupełniany:
1. Jeśli płodność jest błogosławieństwem Boga dla człowieka (a jest!), to NPR jest metodą ograniczania błogosławieństwa. W imię ograniczonego ludzkiego rozumu i rozeznania, odbieramy Bogu możliwość DARU. Daru nie tylko dla nas, ale i dla świata czy Kościoła.(Tomasz Terlikowski - pisarz i działacz katolicki, redaktor naczelny portalu fronda.pl)
2. Jednak z samego tylko powodu, że ,,cykl" jest czymś naturalnym, nie wynika, że stosowanie NPR jest moralnie dobre i dozwolone. Stosowanie tej metody wynika z wolnej i rozumnej woli – woli uniknięcia posiadania dzieci, która jest wprost sprzeczna z pierwszym celem stosunków małżeńskich. (ks. Hugon Calkins OSM) 
Więcej: https://rzymski-katolik.blogspot.com/2013/11/naturalne-planowanie-rodziny-czy.html
3. Pomimo wielkich zewnętrznych zmian, rodzina pozostała źródłem życia ludzkiego. TEGO ŹRÓDŁA NIE WOLNO DOTYKAĆ REFORMATORSKĄ RĘKĄ.(…)
Kościół szczerze ubolewa nad przepaścią, jaka się wytworzyła pomiędzy ideałem chrześcijańskiego małżeństwa a smutną rzeczywistością. Jednak Kościół ani na jotę nie może odstąpić od swoich zasad! Bo to są wartości i wymagania bezwzględne, których nie można przekręcać ani uszczuplać, nawet wtedy, gdyby ich nikt na świecie nie przestrzegał. (…)
Jeżeli uznamy, że wielu małżonkom w dzisiejszych ciężkich czasach trudno jest zachować prawa Boże, to nie wynika z tego, że wolno im te prawa wypaczać, ale należy uzdrowić warunki gospodarcze. Prawo Boże jest wieczne, nie wolno człowiekowi go zmieniać. (…)
Prawda, że owocowanie jest czasem niebezpieczne. Rodzenie dzieci czasem grozi śmiercią matce, ale przekonujemy się, że właśnie w tych niebezpiecznych chwilach wiara i ufność w Bogu rodzi bohaterskie typy duchowych wielkości. Są to matki, które z narażeniem własnego życia nie pozwoliły zginąć swemu dziecku. Są to ludzie, których zasadą życia jest, że człowiek powinien czynić, co jest w jego mocy, i nie sprzeciwiać się woli Bożej – reszta spraw należy do Boga. Tak postępują bohaterskie matki, przekonane, że poddanie się prawom Bożym nikomu nie może wyjść na złe, choćby to wymagało poważnych ofiar.
Owszem, wiele jest ofiar w powołaniu macierzyńskim. Kościół z pełnym szacunkiem oddaje cześć tym bohaterkom i wierzy, że spełnia się na nich obietnica św. Pawła, według której matki będą zbawione za to, że dzieciom dały życie (1Tm 2, 15).  
(bp Tihamer Toth - ,,Małżeństwo chrześcijańskie”)


4. Od kilkudziesięciu lat mentalność naszą przenika przymus „planowanego rodzicielstwa”, w którym dziecko akceptowane jest pod warunkiem, że jego poczęcie zostało starannie zaplanowane po rozważeniu wszystkich za i przeciw. Jest to w dużej mierze skutek przesunięcia ukazywania sensu zbliżenia seksualnego z jego funkcji prokreacyjnej na rekreacyjną, choć najczęściej przedstawia się to jako funkcję budowania więzi w parze. Taki sposób myślenia o seksie przenika nawet do środowisk kościelnych. Np. w bardzo wielu przypadkach podczas nauk przedmałżeńskich można usłyszeć o seksie jako sposobie rozwijania więzi między małżonkami, bardzo wiele o skuteczności NPR w sensie antykoncepcyjnym (nacisk położony na wskaźnik Pearla), mało (lub wcale) o tym, że wielodzietność jest podstawowym powołaniem katolickiego małżeństwa, co wynika np. z encykliki Humanae vitae.   
(Bogna Białecka – psycholog, stały współpracownik „Przewodnika Katolickiego”)


5. Celem zaś, do którego zmierza natura w stosunku cielesnym – to zrodzenie i wychowanie potomstwa. By ludzie dążyli do tego celu, natura wyposażyła stosunek cielesny w rozkosz. Ktokolwiek więc utrzymuje stosunki cielesne dla rozkoszy związanej z nimi, ale nie podporządkowując jej celowi, do którego zmierza natura, postępuje sprzecznie z naturą. To samo należy powiedzieć o stosunku cielesnym, który nie może być podporządkowany temu celowi w odpowiedni sposób.
(św. Tomasz z Akwinu, S. Th. III q 65 a 3)

6. Działanie, które ma na celu uniemożliwienie prokreacji, oznacza zanegowanie intymnej prawdy o miłości małżeńskiej.
(Benedykt XVI z okazji 40. rocznicy ukazania się encykliki Humanae vitae)

7. Mnie drażni nazwa „planowanie”. Bo my nie mamy planować. Najważniejszy jest plan Pana Boga. Naszym zadaniem jest odkrywanie tego planu i wdrażanie go życie. Poznajemy nie tylko rozumem, wiara wyrasta z pewnych faktów, które Bóg dał. Objawił się, pokazał w Jezusie Chrystusie. Swoją drogę, podając metodę, aby tą drogą iść. Chrześcijanin może pełnić wolę Ojca, jak to robił Jezus. Ćwiczenia św. Ignacego uczą, jak to robić, jak w walce duchowej, w które każde małżeństwo jest wciągnięte – wygrać. Dlatego obawiam się jednej rzeczy. Walka duchowa może być przegrana także wtedy, jeżeli odwołamy się do bardzo dobrych metod, kiedy zwiodą nas nasze lęki. Bóg nie nakazuje nikomu heroizmu, ale chrześcijaństwo jest otwarte na heroizm. On pokazuje światu, czym jest chrześcijaństwo. W każdej rodzinie wielodzietnej walczy się. Po jakimś czasie okazuje się, że to nie była nieodpowiedzialność, lecz błogosławieństwo. Trzeba otworzyć się na heroizm. (…)
Świat zabrał nam słowo radykalny, które przedstawiane jest jako rodzaj oszołomstwa, a przecież pochodzi od łacińskiego radix – korze. Radykalny znaczy więc  zakorzeniony w Chrystusa. To daje możliwość życia chrześcijańskiego. Problem z NPR to słaby radykalizm w sensie bliskości z Chrystusem. Bo jak ktoś ma wiarę mocną, dojrzałą, to wszystko będzie się układać. Będzie jak dąb, z potężnym korzeniem.
(Stanisław Łucarz SJ)

8. Chciałabym uściślić kilka rzeczy. Kościół nie nauczał nigdy planowania rodziny.
Jan Paweł II jest papieżem odpowiedzialnego rodzicielstwa. Wszystkie problemy człowieka rozwiązuje genealogia divina. To znaczy, że jesteśmy stworzeniami, jest stwórca, Współcześnie często zapomina się o Bogu-Kreatorze, Stworzenie nie może planować działania Stwórcy. Może rozpoznawać plan Stwórcy, dlatego encyklika Jana Pawła II tak mówi, że małżeństwo nie jest wynikiem działania sił przyrody.
Bardzo mało ludzi zawierających małżeństwo myśli o tym, że mają realizować Boży plan. Ich plan zawodzi. Trzeba dopuścić Boga jako kreatora. Największy grzech, jaki może być, to działanie przeciwko Stworzycielowi. Jeżeli zabijają dziecko w aborcji, to uderzają w stworzenie. Ale nie grzeszą przeciwko Stwórcy. Antykoncepcja to zastępowanie Boga w koncepcji. Koncepcja – ożywienie komórek rozrodczych – to daje Bóg. Jeżeli ludzie chcą to zmienić, to odrzucają Boga-Kreatora. Stąd jest to grzech przeciwko I przykazaniu. Apogeum tego jest zapłodnienie in-vitro.
Nie ma czasu płodności – jest człowiek. Płodna jest para – razem. Nie chodzi więc o osobę, ale o porozumienie między osobami. Boży plan jest wpisany w cielesność. Mężczyzna nie kieruje się płodnością. Moment decyzji o tym czy będzie dziecko daje Bóg, ale uzależnia to od współpracy z człowiekiem. Na straży życia stawia kobietę. Dlatego papież Jan Paweł II doceniał kobietę. Mężczyzna daje „iskrę”, ale jeżeli kobieta nie będzie  gotowa stać się matką, nie będzie dziecka. Dlatego choć mężczyzna jest zawsze gotowy do ojcostwa, to kobieta decyduje. Kobieta sobą zabezpiecza rozwój dziecka, które w niej powstaje. Nie wahał się pisać Jan Paweł II o świętości ciała kobiety, Kobieta stoi na straży życia, jest jego sanktuarium. W niej działa Duch św. łącząc komórki ojca i matki. Oni mogą tylko przygotować teren, to wielki przywilej, bo Stwórca się od nich uzależnia. Kiedy mają świadomość tej Bożej genealogii, powinni wybierać drogę, która kieruje do Nieba.
Ludziom się przewraca w głowach, bo myślą, że to oni dają życie. Tu potrzeba jest nie wiara, tylko zwykła wiedza. Nie używałam nigdy określenia NPR, bo wszystko jest naturalne. To jest wielka wiedza o kobiecości. Kościół podejmuje zadania nauczania o tym  kobiet, podobnie jak cystersi uczyli czytać i siać. To powinno być przejęte przez nauki świeckie. Ale nauki świeckie są sterowane inną koncepcją, odrzucającą Boga-Kreatora, stąd wprowadzenie tej nauki do Kościoła.
Nasze pokolenie było świadkiem tego, jak narzucono prawo do aborcji. Wydawało się, że alternatywą dla aborcji będzie nauczenie kobiet stosowania antykoncepcji. Dlatego spodziewano się, że papież Paweł  VI zaakceptuje pigułkę antykoncepcyjną. Papież Jan Paweł II mówił: ciało ludzkie jest święte. Kobieta jest w stanie stać się matką przez bardzo krótki moment. Wyjątkowy. Musi nauczyć się wiedzieć, kiedy to będzie. Odpowiedzialność za życie dziecka małżonkowie mają podjąć w dialogu miłosnym, nie trzeba planować rodziny, jeżeli są młodzi i zdrowi. Ale przed każdą parą małżeńską staje konieczność podjęcia rozumnej decyzji. Nie kierujemy płodnością, tylko naszym zachowaniem. Para małżeńska musi przyjąć styl życia dyscypliny w życiu małżeńskim. Jeżeli para małżeńska powie, że nie chce dziecka, to małżeństwo jest nieważne. W tej chwili kobiety się boją dzieci, bo rozdzielono działanie od skutków tego działania. A więc sprawdzamy, czy możemy mieć jeszcze jedno dziecko. Kościół nie zmusza nikogo do rodzenia dzieci. Jest problem ze zwróceniem uwagi na kobietę – kim ona jest. Ona może zadecydować, czy będzie dziecko, czy nie. Decyzja o staniu rodzicami ma pochodzić od rozumnych i kochających się ludzi. Trzeba przywrócić świadomość, że jesteśmy w rękach Stwórcy, który rządzi światem. Małżeństwo jest stworzone dla szczęścia, ma być szczęściorodne. Do tego potrzebna jest komunia małżeńska. W momencie, kiedy kobieta zna swój organizm, znika lęk przed dzieckiem. Każde dziecko niesie ogromną radość. Ojciec Święty uważał, że przyszłość Kościoła jest w parafiach i ich aktywności. Chciał uczyć, jak nie grzeszyć przeciwko Bogu-Kreatorowi. Drogą do tego jest ciągła formacja, trzeba podejmować decyzję w sumieniu dobrze uformowanym. (…)
Dlaczego ludzie nie chcą się zgodzić z posłuszeństwem nauce Kościoła? Bo posłuszeństwo jest niemodne. Dla człowieka jest lepiej, aby chciał słuchać Pana Boga. Ojciec Święty mówił, że małżeństwo musi odnaleźć swoją duchowość, a nie swoją cielesność. Miłość małżeńska z definicji jest płodna, to diabeł temu przeszkadza. Małżeństwo ma być narzędziem Boga w przekazywaniu życia, dlatego jest takie ważne. Diabeł uderza w to miejsce, a małżonkowie nie mają świadomości, że tak się dzieje. Małżeństwo jest to walka o świętość rodziny i swoją osobistą. Każdy ma indywidualne życie. Ona ma pójść do nieba i zabrać tam swoje dzieci. Po prostu trzeba nauczyć tego ludzi, sprawa załatwiona.
(Wanda Półtawska)

9. Nie trzeba mnie przekonywać, czemu NPR jest potrzebny w dzisiejszym świecie. Trzeba mnie przekonać, czemu Kościół naucza tego podczas kursu przedmałżeńskiego. Sama nauczyłam się obserwacji na swoich doświadczeniach. Cały system propagandy NPR, programy komputerowe, wymyślne urządzenia, serwisy przysyłające sms-y z informacją o czasie niepłodnym, portale na ten temat powstające jeden za drugim, forum wiara,pl, gdzie ludzie dzielą się radami, jak sobie poradzić z okresem płodnym, żeby zająć czymś wieczory i uniknąć współżycia, W konspekcie wychowania do NPR dla młodzieży nie ma ani słowa o Bogu, o rodzicielstwie, świętości, sama egzystencjalna argumentacja. W to wplecione jest, że mamy w Kościele coś takiego, jak NPR, co pozwala zapanować nad swoją płodnością.(…)
My mamy zaledwie trójkę dzieci na przestrzeni pięciu lat małżeństwa. Nie jest tajemnicą, że nie stosujemy metod. Z państwa słów wynika, że jesteśmy nieodpowiedzialni, pożądliwi. Jeżeli Bóg nie chce dla mnie dziecka, to mi go nie da. Bo nie będzie mi wciskał dziecka w każdym okresie płodnym, tym się różnimy od zwierząt. Zajście w ciążę nie jest zależnie jedynie od tego, czy jesteśmy w okresie płodnym, czy nie. Są zdrowe małżeństwa, które nie mogą doczekać się dziecka. NPR jest dojrzewaniem do tego, aby swoją wolę połączyć z wolą Boga. Zdrowe małżeństwo nie musi zaznaczać w kalendarzu, kiedy może począć dziecko.
(Kinga Wenklar)

10. Powszechnie wiadomo, że płodność biologiczna kobiety jest okresowa. Zachodzą u niej z natury okresy bezpłodności, które pozwalają się w sposób stosunkowo prosty oznaczyć. Trudności powstają, gdy chodzi o stosowanie ogólnych reguł dla poszczególnych kobiet. To sprawa osobna, w tej chwili jednak interesuje nas zagadnienie czysto etyczne: skoro kobieta i mężczyzna dostosowują swą wstrzemięźliwość małżeńską do wymienionych okresów bezpłodności w taki sposób, że współżyją po małżeńsku właśnie wówczas, gdy przewidują, iż na podstawie praw biologicznych nie będą rodzicami, czy można wówczas twierdzić, że we współżycie małżeńskie wnoszą gotowość rodzicielską, właśnie owo „mogę być ojcem", „mogę być matką"? Przecież współżyją po małżeńsku właśnie z tą myślą, aby nie być ojcem i matką, dlatego właśnie wybierają okres domniemanej bezpłodności kobiety. Czyż wówczas nie wykluczają „pozytywnie" możliwości prokreacji? Dlaczego metoda naturalna ma się pod względem moralnym różnić od metod sztucznych, skoro wszystkie prowadzą do tego samego celu: do wykluczenia prokreacji w życiu małżeńskim? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim uwolnić się od wielu skojarzeń, które niesie z sobą wyrażenie „metoda"; mówiąc o metodzie naturalnej, stosuje się często ten sam punkt widzenia, co przy „metodach sztucznych", tzn. wyprowadza się ją z założeń utylitaryzmu.
W tym ujęciu metoda naturalna byłaby również tylko jednym ze środków zmierzających do zapewnienia maksimum przyjemności, jedynie na innej drodze niż metody sztuczne. Tutaj właśnie leży zasadniczy błąd. Okazuje się, że nie wystarczy w tym wypadku mówić o metodzie, ale trzeba koniecznie dołączyć odpowiednią jej interpretację. Wówczas dopiero można odpowiedzieć na pytania postawione powyżej. Otóż wstrzemięźliwość okresowa jako sposób regulacji poczęć
1. jest dopuszczalna z tej racji, że w niej zostają ocalone wymagania normy
personalistycznej, a
2. dopuszczalność jej obwarowana jest pewnymi zastrzeżeniami.
Gdy chodzi o 1, wymagania normy personalistycznej, jak to już stwierdzono poprzednio, idą w parze z zachowaniem porządku natury we współżyciu małżeńskim. Metoda naturalna w odróżnieniu od metod sztucznych w dążeniu do regulacji poczęć wykorzystuje te okoliczności, w których poczęcie biologiczne z natury rzeczy nie może nastąpić. Wobec tego sama „naturalność" współżycia małżeńskiego nie zostaje naruszona, metody sztuczne natomiast naruszają samą „naturalność" współżycia. Tutaj bezpłodność jest wyprowadzona z samych zasad płodności, tam zostaje narzucona wbrew naturze. Dodajmy, że zagadnienie to ściśle łączy się z problemem sprawiedliwości względem Stwórcy (problem ten zostanie jeszcze przeanalizowany, aby wydobyć jego sens personalistyczny). Ów personalistyczny walor wstrzemięźliwości okresowej jako metody regulacji poczęć uwydatnia się nie tyle jeszcze w, zachowaniu „naturalności" współżycia, ile w tym, że podstawą jej w woli zainteresowanych osób musi być odpowiednio dojrzała cnota. I tu właśnie ujawnia się znaczenie interpretacji: interpretacja utylitarystyczna wypacza istotę tego, co nazywamy „metodą naturalną". Istotą, bowiem tej metody jest, że opiera się ona na wstrzemięźliwości jako na cnocie, która - jak wykazano w rozdziale poprzednim - bardzo ściśle związana jest z miłością osoby.
Z istotą wstrzemięźliwości jako cnoty łączy się to przeświadczenie, że miłość mężczyzny i kobiety niczego nie traci na doraźnej rezygnacji z przeżyć miłosnych, wręcz przeciwnie - zyskuje: zjednoczenie osób staje się głębsze, ugruntowane w zasadniczej mierze na afirmacji wartości osoby, a nie tylko na samym przywiązaniu seksualnym. Wstrzemięźliwość jako cnota nie może być pojmowana jako ,,środek antykoncepcyjny".
Praktykujący ją małżonkowie gotowi są rezygnować ze współżycia seksualnego również z innych motywów (np. religijnych), nie tylko w tym celu, aby uniknąć potomstwa.
Wstrzemięźliwość interesowna, wstrzemięźliwość „z wyliczenia", budzi wątpliwości. Winna ona tak jak każda inna cnota być bezinteresowna, skoncentrowana na samej „godziwości", nie tylko „użyteczności". Bez tego nie znajdzie miejsca w prawdziwej miłości osób. Jak długo wstrzemięźliwość nie jest cnotą, tak długo wobec miłości występuje jako „byt obcy". Miłość mężczyzny i kobiety musi dojrzeć do wstrzemięźliwości, a wstrzemięźliwość - nabrać dla nich znaczenia konstruktywnego jako czynnik kształtujący miłość. Dopiero wówczas „metoda naturalna" znajduje pokrycie w osobach, tajemnica jej, bowiem, leży w praktykowaniu cnoty, sama „technika" niczego, tutaj nie rozwiązuje.
Zaznaczono powyżej, (2), iż metoda naturalna może być dopuszczona tylko z pewnymi zastrzeżeniami. Chodzi mianowicie, o stosunek do rodzicielstwa. Jeśli wstrzemięźliwość ma być cnotą, a nie tylko „metodą" w znaczeniu utylitarystycznym, to nie może przyczyniać się do zniszczenia samej gotowości rodzicielskiej u mężczyzny i kobiety, którzy jako małżonkowie współżyją ze sobą „po małżeńsku". Owo bowiem „mogę być ojcem", "mogę być matką" usprawiedliwia fakt współżycia małżeńskiego, stawia go na wysokości prawdziwego zjednoczenia osób. I dlatego nie można mówić o wstrzemięźliwości jako cnocie wówczas, gdy małżonkowie wykorzystują okresy biologicznej bezpłodności jedynie w tym celu, aby w ogóle nie mieć dzieci, gdy dla swej wygody współżyją tylko i wyłącznie w tych okresach. Byłoby to stosowanie ,,metody naturalnej" wbrew naturze - zarówno obiektywny porządek natury, jak i sama istota miłości sprzeciwiają się takiemu postawieniu sprawy.
(…) O tym się prawie nie mówi. Trzeba jasno stwierdzić, że u podstaw naturalnych metod leży jedna zasadnicza „metoda" cnoty (miłość i wstrzemięźliwość).
(Karol Wojtyła, ,,Miłość i odpowiedzialność”)

11. Chociaż antykoncepcja jest faktycznie „czymś wewnętrznie złym”, nie znaczy to automatycznie, że NPR jest czymś z zasady i zawsze dobrym. Jest neutralną techniką, która dobra lub zła staje się dopiero w zależności od tego, w czym zostanie użyta. (…)
Trochę czymś innym jest NPR jako technika, oparta na tej wiedzy. Jest to pewien regulamin postępowania (np. rygor obserwacji śluzu) i wymuszona przezeń dyscyplina zachowań (np. tworzący się nawyk unikania współżycia w dni płodne) – i powiedzmy sobie jasno, że to już nie jest natura, lecz próba wprzęgnięcia natury w swoje plany. Wewnętrzna celowość natury nie jest tu negowana (jak w antykoncepcji), ale zostaje podporządkowana zmiennym celom zdefiniowanym przez człowieka („chcę dzieci” lub „nie chcę dzieci”). Dlatego w NPR mówimy raczej o „planowaniu rodziny”, a nie o świadomym rodzicielstwie (można bowiem z całą świadomością być otwartym na potomstwo bez jego planowania).
Na kanwie NPR jako techniki planowania może powstać – i powstaje – NPR-owski styl życia. I to trzecie piętro NPR zawsze budziło we mnie najwięcej wątpliwości: zapisany gdzieś w jego wnętrzu dogmat, że człowiek staje się wolny dopiero wtedy, gdy „zaplanuje” sobie potomstwo, wydaje mi się doskonale zaadaptowanym do mentalności tego świata stanem, w którym Bóg, jak w deizmie, znika gdzieś za obłokiem „praw cyklu”, natomiast na ziemi rządzą „plany” ludzkie. Plany jakże często zdeterminowane strachem przed życiem, obawą o karierę, zazdrością o rozkosz, obcinające zbyt bezinteresowne wydatki… odsuwające to, co trudniejsze, raczej na odległy czas „po”.
(Paweł Milcarek - Christianitas)


12. Dziecko staje się tylko dodatkiem lub ozdobą miłości współmałżonków – skąd wynika przekonanie, że sam ideał małżeństwa zostaje osiągnięty, jeśli pojawi się jedno dziecko, kolejne zaś potomstwo staje się już prawie zbędnym dodatkiem; w takiej perspektywie wielodzietne małżeństwa nie mają żadnej wartości. Dlatego też nigdzie w posoborowej nauce małżeńskiej nie chwali się już (jak w nauce tradycyjnej) wielodzietnych rodzin, a zachęta do stosowania naturalnej (a w przypadku niektórych episkopatów nawet sztucznej) antykoncepcji stała się w katechezach przedmałżeńskich powszechna. 
(ks. Karol Stehlin - ,,Mała zmiana - wielkie skutki. O celach małżeństwa”)


13. Nie jestem zadowolony ze (…) stwierdzenia, iż para małżeńska może sama decydować, ile dzieci pragnie mieć. Nigdy w Kościele nie słyszano o tym. Sam byłem jedenastym dzieckiem spośród dwanaściorga rodzeństwa. Mój ojciec był robotnikiem, ale moi rodzice nigdy nie czuli strachu z powodu dużej liczby dzieci, ponieważ ufali oni Opatrzności.
(kard. Alfredo Ottaviani, sekretarz Najwyższej Świętej Kongregacji Świętego Oficjum w l. 1959-1966, proprefekt Świętej Kongregacji Nauki Wiary w l. 1966-1968, uczestnik obrad II soboru watykańskiego)

14. To teraz tylko tak planują: będzie dziecko, czy nie będzie. Kiedyś żyło się, jak wiara pokazywała, i żadnych terminów się nie wyznaczało. Ile Pan Bóg komu dawał dzieci, tyle było. A teraz co – na szkle robią.
(Marianna Popiełuszko, matka bł. ks. Jerzego Popiełuszki)

Marta Czech 

poniedziałek, 24 stycznia 2011

NPR – dopust Boży


          Cóż to w ogóle za określenie: ,,PLANOWANIE DZIECI"?!? Planuje się finanse na kolejny miesiąc, jak spędzić wakacje w przyszłym roku, nawet datę ślubu się planuje, ale żeby planować człowieka

Po przeczytaniu trafnego artykułu Kingi Wenklar ,,NPR zawsze OK.?” w internetowym wydaniu Christianitas (http://pismo.christianitas.pl/2011/01/kinga-wenklar-npr-zawsze-ok/), dodaję poniżej swoje trzy grosze…

Z postawionymi w artykule tezami zgadzam się. Nie chcę jednak bezwzględnie krytykować tu metod NPR, a skupić się na tym, w którą stronę brną tendencje wykorzystania tych metod, a zmierzają niestety - moim zdaniem - w stronę tego, by,  nawet jeśli nie mienić NPR ,,katolickimi substytutami antykoncepcji", to przynajmniej błędnie promować je jako sposób życia małżeńskiego.

Po pierwsze, prawie nigdzie się tego nie mówi - podając jedynie okrągłe twierdzenie: ,,NPR jest zgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego." - że naturalne metody planowania rodziny są JEDYNIE DOPUSZCZANE PRZEZ MAGISTERIUM KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, A NIE ZALECANE! Przecież to monstrualna różnica. Jeśli coś jest dopuszczane, stosuje się to tylko w wyjątkowych sytuacjach i w odniesieniu nie do wszystkich, ale tylko do niektórych. Zalecanie powszechnego stosowania NPR wśród małżonków mija się więc z nauką katolicką. Poza tym to, co Kościół w swej wyrozumiałości dopuszcza, nigdy nie czyni nas bardziej szlachetnymi, bo dopuszcza się zawsze mniejsze zło. Tylko rzeczy zalecane przez Kościół pomagają nam w osiągnięciu życia wiecznego. Definitywnie nie zgadzam się na promowanie NPR jako niemalże cnoty przynależnej katolickiemu małżeństwu.

Druga kwestia to owe ,,słuszne przyczyny", które miałyby tłumaczyć przyzwolenie Kościoła Katolickiego na owe mniejsze zło, którym jest NPR. O tym też się, o zgrozo, nie mówi! I tak, doszło do tego, że tą ,,słuszną przyczyną" staje się ,,teraz chcemy", a ,,teraz nie chcemy" małżonków. Czyż nie jest tak, że podstawowym kryterium słuszności tych przyczyn jest ich niezależność od woli małżonków?

Trzecia rzecz: psychologia ludzka działa tak, że jak się coś planuje, albo czegoś się nie planuje, to szczęśliwi jesteśmy najbardziej, kiedy stanie się po naszej myśli. Możemy wmawiać sobie: nie planujemy dziecka, tracimy sporo energii na to, by się jednak teraz nie pojawiło, ale jak się pojawi, to je przyjmiemy. Pojawia się dziecko, wolitywnie jest przyjęte, ale jest ryzyko, że gdzieś w środku, nawet podświadomie, odczuwamy złość, bo nie stało się po naszej myśli. W końcu od tego jest planowanie, by było po naszej myśli. W przypadku dziecka - ma być po Bożej myśli i niech On daje nam teraz, co dla nas zaplanował przed wiekami, a my zechciejmy to przyjąć.
Sam fakt ,,planowania dziecka" jest w swej istocie okrutnie niebezpieczny. Zaczyna się od planowania daty poczęcia; są i tacy, co planują najpierw miesiąc przyjścia na świat dziecka, który to byłby najwygodniejszy na poród. Czyż nie daleko od tego do planowania płci, koloru oczu, włosów, ciąży pojedynczej, mnogiej? A to już tzw. mentalność in vitro. Uważam, że poczęcie dziecka od momentu zawarcia małżeństwa winno leżeć całkowicie w gestii Boga. Toż to przecież dla nas najbardziej pewne i bezpieczne! Nie chciejmy być mądrzejszymi od Stwórcy. To On tu jest specjalistą. ...człowiek przed Bogiem nigdy nie ma racji.

Po czwarte chciałabym zaakcentować jedną z głównych przyczyn w/w problemów - mianowicie wysoki stopień feminizacji społeczeństwa, w którym żyjemy. Promuje się dziś wśród kobiet tzw. ,,robienie kariery", deprecjonując przy tym kobiety, które zajmują się jedynie tym, czym rzeczywiście w Bożym zamierzeniu powinny, czyli rodziną i domem. Najgorszą chyba iluzją jest próba połączenia jednego z drugim. Uważam, że miejsce kobiety jest w domu, a nie w miejscu, w którym spędza ona więcej czasu, aniżeli z własnym potomstwem. Zdrowa kobieta, służąca rodzinie w domu, nie potrzebuje godzić w kalendarzu kolejnej podróży służbowej z ciążą i porodem. Jej stała obecność przy mężu i dzieciach wyraża gotowość na każde kolejne dziecko. Tu planowanie jest niepotrzebne.

Piąta i ostatnia kwestia wyrażałaby moją tęsknotę za takim światem, w którym małżeństwo bez liczenia dni w kalendarzu, mierzenia codziennie o tej samej porze temperatury z aptekarską dokładnością, bez badania śluzu i szyjki macicy, bez inżynierskiego planowania - po prostu przyjmuje i wychowuje dzieci w ilości, jaką Pan Bóg da. To powinna być powszechność i norma, bo takie jest główne powołanie małżonków. NPR dla mnie zawsze będzie Bożym dopustem w razie naprawdę wyjątkowych sytuacji.
Jan van Eyck, Portret małżonków Arnolfinich (1434)
Post scriptum...
          Co wam nakazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! (Mk 10, 3-9)
Tak - to przez zatwardziałość serc ludzkich, Kościół dopuszcza i toleruje w niektórych przypadkach NPR - powiedział mi niedawno pewien kapłan. ...bo czyż nie złączył Bóg aktu małżeńskiego z płodnością? Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! - ani sztucznie, ani naturalnie.
NPR być może i jest etapem, ale zaledwie nikłym etapem, odbudowywania seksualnej czystości między małżonkami, kiedy to potrzeba w końcu wydostać się z antykoncepcyjnego/aborcyjnego bagna, jednak nigdy nie może być to sposób realizacji pożycia małżeńskiego! (To tak, jak z prezerwatywami w przypadku leczących się homoseksualistów z HIV, które Kościół z bólem dopuszcza, ale TYLKO W SZCZEGÓLNIE WYJĄTKOWYCH SYTUACJACH).
Nie chcę odbierać dobrych zamiarów ludziom związanym z NPR. Postrzegam ich raczej, jako, mniej lub bardziej świadomie, wciągniętych w pęd machiny napędzanej podstępnie przez ,,wirujący ogon obezpładniającego diabła"...  


Polecam również artykuł ks. Hugona Calkinsa o NPR:

Marta Czech