poniedziałek, 24 stycznia 2011

NPR – dopust Boży


          Cóż to w ogóle za określenie: ,,PLANOWANIE DZIECI"?!? Planuje się finanse na kolejny miesiąc, jak spędzić wakacje w przyszłym roku, nawet datę ślubu się planuje, ale żeby planować człowieka? 

Po przeczytaniu trafnego artykułu Kingi Wenklar ,,NPR zawsze OK.?” w internetowym wydaniu Christianitas (http://pismo.christianitas.pl/2011/01/kinga-wenklar-npr-zawsze-ok/), dodaję poniżej swoje trzy grosze…

Z postawionymi w artykule tezami zgadzam się. Nie chcę jednak bezwzględnie krytykować tu metod NPR, a skupić się na tym, w którą stronę brną tendencje wykorzystania tych metod, a zmierzają niestety - moim zdaniem - w stronę tego, by,  nawet jeśli nie mienić NPR ,,katolickimi substytutami antykoncepcji", to przynajmniej błędnie promować je jako sposób życia małżeńskiego.

Po pierwsze, prawie nigdzie się tego nie mówi - podając jedynie okrągłe twierdzenie: ,,NPR jest zgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego." - że naturalne metody planowania rodziny są JEDYNIE DOPUSZCZANE PRZEZ MAGISTERIUM KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, A NIE ZALECANE! Przecież to monstrualna różnica. Jeśli coś jest dopuszczane, stosuje się to tylko w wyjątkowych sytuacjach i w odniesieniu nie do wszystkich, ale tylko do niektórych. Zalecanie powszechnego stosowania NPR wśród małżonków mija się więc z nauką katolicką. Poza tym to, co Kościół w swej wyrozumiałości dopuszcza, nigdy nie czyni nas bardziej szlachetnymi, bo dopuszcza się zawsze mniejsze zło. Tylko rzeczy zalecane przez Kościół pomagają nam w osiągnięciu życia wiecznego. Definitywnie nie zgadzam się na promowanie NPR jako niemalże cnoty przynależnej katolickiemu małżeństwu.

Druga kwestia to owe ,,słuszne przyczyny", które miałyby tłumaczyć przyzwolenie Kościoła Katolickiego na owe mniejsze zło, którym jest NPR. O tym też się, o zgrozo, nie mówi! I tak, doszło do tego, że tą ,,słuszną przyczyną" staje się ,,teraz chcemy", a ,,teraz nie chcemy" małżonków. Czyż nie jest tak, że podstawowym kryterium słuszności tych przyczyn jest ich niezależność od woli małżonków?

Trzecia rzecz: psychologia ludzka działa tak, że jak się coś planuje, albo czegoś się nie planuje, to szczęśliwi jesteśmy najbardziej, kiedy stanie się po naszej myśli. Możemy wmawiać sobie: nie planujemy dziecka, tracimy sporo energii na to, by się jednak teraz nie pojawiło, ale jak się pojawi, to je przyjmiemy. Pojawia się dziecko, wolitywnie jest przyjęte, ale jest ryzyko, że gdzieś w środku, nawet podświadomie, odczuwamy złość, bo nie stało się po naszej myśli. W końcu od tego jest planowanie, by było po naszej myśli. W przypadku dziecka - ma być po Bożej myśli i niech On daje nam teraz, co dla nas zaplanował przed wiekami, a my zechciejmy to przyjąć.
Sam fakt ,,planowania dziecka" jest w swej istocie okrutnie niebezpieczny. Zaczyna się od planowania daty poczęcia; są i tacy, co planują najpierw miesiąc przyjścia na świat dziecka, który to byłby najwygodniejszy na poród. Czyż nie daleko od tego do planowania płci, koloru oczu, włosów, ciąży pojedynczej, mnogiej? A to już tzw. mentalność in vitro. Uważam, że poczęcie dziecka od momentu zawarcia małżeństwa winno leżeć całkowicie w gestii Boga. Toż to przecież dla nas najbardziej pewne i bezpieczne! Nie chciejmy być mądrzejszymi od Stwórcy. To On tu jest specjalistą. ...człowiek przed Bogiem nigdy nie ma racji.

Po czwarte chciałabym zaakcentować jedną z głównych przyczyn w/w problemów - mianowicie wysoki stopień feminizacji społeczeństwa, w którym żyjemy. Promuje się dziś wśród kobiet tzw. ,,robienie kariery", deprecjonując przy tym kobiety, które zajmują się jedynie tym, czym rzeczywiście w Bożym zamierzeniu powinny, czyli rodziną i domem. Najgorszą chyba iluzją jest próba połączenia jednego z drugim. Uważam, że miejsce kobiety jest w domu, a nie w miejscu, w którym spędza ona więcej czasu, aniżeli z własnym potomstwem. Zdrowa kobieta, służąca rodzinie w domu, nie potrzebuje godzić w kalendarzu kolejnej podróży służbowej z ciążą i porodem. Jej stała obecność przy mężu i dzieciach wyraża gotowość na każde kolejne dziecko. Tu planowanie jest niepotrzebne.

Piąta i ostatnia kwestia wyrażałaby moją tęsknotę za takim światem, w którym małżeństwo bez liczenia dni w kalendarzu, mierzenia codziennie o tej samej porze temperatury z aptekarską dokładnością, bez badania śluzu i szyjki macicy, bez inżynierskiego planowania - po prostu przyjmuje i wychowuje dzieci w ilości, jaką Pan Bóg da. To powinna być powszechność i norma, bo takie jest główne powołanie małżonków. NPR dla mnie zawsze będzie Bożym dopustem w razie naprawdę wyjątkowych sytuacji.
Jan van Eyck, Portret małżonków Arnolfinich (1434)
Post scriptum...
          Co wam nakazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! (Mk 10, 3-9)
Tak - to przez zatwardziałość serc ludzkich, Kościół dopuszcza i toleruje w niektórych przypadkach NPR - powiedział mi niedawno pewien kapłan. ...bo czyż nie złączył Bóg aktu małżeńskiego z płodnością? Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! - ani sztucznie, ani naturalnie.
NPR być może i jest etapem, ale zaledwie nikłym etapem, odbudowywania seksualnej czystości między małżonkami, kiedy to potrzeba w końcu wydostać się z antykoncepcyjnego/aborcyjnego bagna, jednak nigdy nie może być to sposób realizacji pożycia małżeńskiego! (To tak, jak z prezerwatywami w przypadku leczących się homoseksualistów z HIV, które Kościół z bólem dopuszcza, ale TYLKO W SZCZEGÓLNIE WYJĄTKOWYCH SYTUACJACH).
Nie chcę odbierać dobrych zamiarów ludziom związanym z NPR. Postrzegam ich raczej, jako, mniej lub bardziej świadomie, wciągniętych w pęd machiny napędzanej podstępnie przez ,,wirujący ogon obezpładniającego diabła"...  


Polecam również artykuł ks. Hugona Calkinsa o NPR:

Marta Czech

czwartek, 13 stycznia 2011

E(ga)LITARYZM

 
          Polecam artykuł o przywróceniu na ziemi Bożego – monarchicznego i hierarchicznego – porządku.
Masowa ,,produkcja elit” zawsze będzie nieudana, bo natura przecież wie swoje. Nie bez kozery Pan Bóg dał jednemu pięć talentów, a drugiemu jeden. Zastępowanie elitaryzmu komunistycznym i demokratycznym egalitaryzmem jest paralelne do zastępowania patriarchalnego porządku w społeczeństwach i rodzinach feminizmem czy parytetami. Wychodzi z tego, co wychodzi – homo ,,niewiadomo’’…

Adam Wielomski: ,,Katastrofa demokratycznej edukacji"

W związku ze zbliżającą się sesją dedykuję wszystkim moim studentom niniejszy tekst, pozostałym studentom zresztą także. Chciałbym abyście go przeczytali i wyciągnęli z niego wniosek jak będą u mnie wyglądały tegoroczne egzaminy i jaki będzie poziom wymagań...

Demokracja triumfuje jako ideologia. Na naszych oczach trwa deifikacja tego typu państwa, z którego uczyniono jedyne państwo prawowite, delegitymizując tym samym wszystkie inne. Pytanie tylko, czy jest to triumf demokratycznej propagandy czy demokratycznej mądrości?

Fundamentalna idea demokracji bankrutuje. Ten typ państwa opiera się na idei przyrodzonej równości ludzi, gdzie nierówność rzekomo utrzymuje się wyłącznie ze względu na zastane warunki materialne i społeczne. Wystarczy więc warunki te zmienić, aby ludzie mogli osiągnąć rzeczywistą równość. Jednym z najważniejszych elementów jest więc edukacja. Właśnie dlatego demokratyczne reżimy taki nacisk kładą na etatystyczną, laicką i obligatoryjną szkołę.

Teoria wygląda następująco: systemy niedemokratyczne mają swoje uzasadnienie w nierówności wiedzy, ponieważ większość ludzi nie ma dostępu do szkół. Ale gdyby dać na starcie równość szans, to doszłoby do intelektualnego zrównania obywateli. Oczywiście, będzie garść geniuszy i idiotów, ale ogół wyraźnie i mocno pójdzie w górę. Stary świat wyglądał następująco: na samej górze 2% elity, która czyta, rozumie co czyta, pisze i pogłębia ludzką mądrość. To arystokracja i mnisi. Wśród nich widzimy św. Tomasza z Akwinu, Monteskiusza czy Bossueta. Są też nieliczni intelektualiści z awansu społecznego: Erazm z Rotterdamu, Kartezjusz czy Spinoza. Podczas gdy te 2% tworzy, czyta i powiela kulturę, pozostałe 98% uprawia pola aby zapewnić dobrobyt tej kulturotwórczej elicie. Tłum jest ciemny, niewykształcony, zabobonny. Nikt nie troszczy się o jego rozwój intelektualny, gdyż zadaniem ludu jest być właśnie ludem, a nie nikim innym.

Naturalnym żądaniem egalitarnych wizji świata jest postulat powszechnego wykształcenia. Chodzi o to, aby unicestwiając te 2% elit nie zniszczyć ich wyrafinowanej kultury. Chodzi o to, aby kasując elitę, przejąć i umasowić jej mądrość, tak aby dawni chłopi pańszczyźniani zapoznali się z literaturą piękną, filozofią i sztuką. Chodzi więc o to, aby kultura dotychczas elitarna, stała się powszechną. W sumie istotą tego projektu nie jest unicestwienie elit, ale unicestwienie ludu tak, aby w całości doszlusował do poziomu, smaku i wyrafinowania, który do niedawna była udziałem garstki. Ma to zapewnić demokratyczna, egalitarna, państwowa i obligacyjna szkoła, oczywiście „darmowa”, dająca każdemu równe szanse na maturę, magistra, doktora i profesora.

I co z tego wyszło? Myślę, że jako wykładowca akademicki z piętnastoletnim stażem mogę wyrazić tu opinię własną, ale ugruntowaną i w opinii świata akademickiego w Polsce. Wyrazić to można tylko jednym słowem: katastrofa. Poziom intelektualny studentów spada systematycznie od lat. Jest on tym większy, im wyższe są wskaźniki skolaryzacji. Cywilizacja medialno-obrazkowa już prawie w całości wyparła książkę. A wraz z upadkiem książki nastąpił i upadek wiedzy, która poczyna się przekształcać w powtarzanie medialnych schematów, haseł i pojęć. System demokratycznego szkolnictwa oparty jest na absolutnym błędzie pierwotnym, a mianowicie na przekonaniu, że procentowe zwiększenie magistrów czy licencjatów w społeczeństwie oznacza automatyczne zwiększenie przeciętnej mądrości. Nic bardziej fałszywego, bowiem polskie szkolnictwo produkuje dziś tysiące „absolwentów”, którzy pokończyli politologię i nie wiedzą co to jest system polityczny czy co to jest Parlament Europejski; historyków, którzy nie słyszeli o Bitwie na Łuku Kurskim; ekonomistów, którzy nie wiedzą co to jest cykl koniunkturalny itd., itp.

Prawda jest brutalna: pomimo kilkakrotnego zwiększenia produkcji osób z wykształceniem wyższym, zupełnie nie wpłynęło to na zwiększenie przeciętnej wiedzy statystycznego Polaka. Pomimo gigantycznych wydanych kwot, budowy infrastruktury, wydawania kolejnych aktów prawnych skutki są praktycznie zerowe. Tak jak w roku 1610 2% ludzi było zdolnych przeczytać ze zrozumieniem trudny tekst, tak w 2010 roku nadal jest dokładnie 2% ludzi, którzy są to w stanie zrobić. Poziom pozostałych 98% w 1610 był na poziomie wysłuchania kazania co niedziela w Kościele, a w 2010 roku na odsłuchaniu wiadomości w TVN lub otwarciu internetowej wikipedii. Ogół jak był ciemny, tak jest nadal ciemny.

Jedynym realnym skutkiem masowej skolaryzacji jest spadek znaczenia tradycyjnych tytułów i stopni naukowych. Magister kilkadziesiąt lat temu jeszcze coś znaczył, choć już wtedy mówiono, że PRL-owski magister jest wart tyle co przedwojenna matura. Dziś, gdy licencjaty czy tytuły magisterskie rozdaje się na skalę przemysłową, słowa te przestają powoli znaczyć cokolwiek. Skoro każdy jest licencjatem czy magistrem, to jaką wartość ma ten tytuł, szczególnie, że osoby noszące te dumne nazwy intelektualnie są na poziomie ośmioklasisty z 1900 roku? Dewaluuje się też stopień doktora. Doktoraty zaczynają być pisywane hurtowo, a ich jakość poczyna spadać. Tak, bowiem doktor jest już dziś tym, czym był magister jeszcze 30 lat temu. Nie są przypadkowe głosy, które mówią, że to doktorat powinno być uwieńczeniem wykształcenia, a nie magister. Jak tak dalej pójdzie, to za 50 lat uwieńczeniem studiów będzie musiał być tytuł profesorski…

Rzeczywistość ma swoje prawa i nie jest w mocy człowieka je zmienić. Dawna przedrewolucyjna hierarchia społeczna i intelektualna nie była przypadkowa. Te 2% twórców i odbiorców kultury jak istniały w roku 1610, tak istnieje i w 2010 i – zapewne – będzie istniało w 2410 roku. Inżynieria społeczna, procesy emancypacji warunkowanej przez rewolucyjne ideologie, nie są zdolne zmienić rzeczywistości. Ta zaś jest dla człowieka brutalna: elita zawsze stanowiła, stanowi i stanowić będzie znikomą mniejszość. Większość jak się nadawała do brony i pługa, tak do tego tylko się nadaje i do tego nadawać się będzie. Porażka demokratycznego projektu edukacyjnego oznacza tylko, że rzeczywistość zwyciężyła z ideologią. Czas wyprowadzić z tego jakieś skutki dla systemów politycznych naszej części globu.

Adam Wielomski
Tekst ukazał się w tygodniku "Najwyższy Czas!"



Poniżej adekwatny do tematu przykład  św. Teresy z Avili.  …bo nie każdy wszystko pojąć i zrozumieć może.

 (…) Kilka lat temu udzielił mi Pan łaski niewypowiedzianej pociechy wewnętrznej, jakiej doznaję, ile razy słyszę lub czytam niektóre słowa Pieśni Salomonowej. Łaska ta tym dziwniejsza, że choć nie rozumiałam tych słów, z łacińskiego na język rodzinny przełożonych, to jednak sprawiały we mnie głębsze skupienie i wzruszenie, niż wszelkie inne najpobożniejsze książki, które rozumiem. Stan ten trwa dotąd. I choć mi objaśniono te słowa w języku ojczystym, niewiele więcej pojmowałam. Jednak, choć ich nie rozumiem... (taką mi sprawiają rozkosz) ... że dusza nie może się od nich oderwać. (…)
Co to znaczy, tego nie rozumiem i niewymownie cieszę się z tego, że nie rozumiem. Bo w istocie, córki, dusza ma nie tyle upatrywać i nie tyle ją do podziwiania pobudzają i czcią dla Boga ją przenikają te rzeczy, które tu sami możemy objąć samym rozumem, ile raczej te, których żadną miarą pojąć nie zdołamy. Z tego też powodu usilnie wam zalecam, byście się zbytnio nie wysilały w dociekaniach, gdy czytając jaką książkę albo słuchając kazania, albo rozmyślając o tajemnicach wiary świętej, natraficie na jaki ustęp, którego nie możecie zrozumieć. Nie jest to rzecz niewieścia zgłębiać tajemnice Boże i mężczyzna nie każdy do tego jest powołany.
Jeśli Bóg zechce, da nam zrozumienie bez żadnego trudu. Mówię to zarówno do niewiast jak i do wszystkich mężczyzn, którzy nie mają obowiązku nauką swoją bronić prawdy Bożej. Co innego bowiem, gdy kogo Pan na to wybiera i ustanawia, aby te prawdy objaśniał drugim; ten, rzecz oczywista że powinien je badać i zgłębiać i każdy to widzi, jaki z tej pracy jego jest pożytek dla nas i dla niego samego. Lecz my z prostotą bierzemy, co Pan da; a czego nie da, o to się nie troszczmy, ale raczej weselmy się na myśl, że tak wielkiego mamy Boga i Pana, iż jedno słowo Jego zawiera w sobie tysiące tajemnic, których my i początku dojść nie zdołamy. Że nie rozumiemy tego, co napisano po łacinie, po hebrajsku albo po grecku, to nie dziw; ale i w przekładzie na nasz język rodzimy, ileż jest na przykład w psalmach chwalebnego króla Dawida fragmentów, które, choć mamy w mowie ojczystej, tak przecie dla nas są ciemne, jak gdyby były pisane po łacinie! Postanówcież sobie raz na zawsze, wystrzegać się tych próżnych dociekań i daremnego trudzenia głowy; niewieście dość jest tyle rozumieć, ile umysł obejmie; z tym znajdzie łaskę u Boga. Jeśli spodoba się Boskiemu Majestatowi dać nam światło, to łatwo zrozumiemy, a jeśli czego nie rozumiemy, upokarzajmy się i — jak mówiłam — radujmy się, że mamy takiego Pana, którego słowa, nawet w naszym języku, są dla nas tajemnicą. (…)
(św. Teresa z Avili, ,,Podniety Bożej Miłości”)
Przypowieść o talentach
Marta Czech

środa, 29 grudnia 2010

Żeby człowiek był człowiekiem – folwark zwierzęcych ksenotransplantów


          Na Żernikach Wielkich pod Wrocławiem, po wielkich trudach, wyprodukowano właśnie na drodze mikroiniekcji egzogennego DNA do 1 i 2 blastromerowych zarodków transgeniczną świnię (knurka) z ludzkim genem i złamaną barierą immunologiczną. Od takiej świni można przeszczepiać człowiekowi żywe narządy: serce, nerki, wątrobę…

Żaden z argumentów ,,za” do których dotarłam, nie przekonuje mnie do tego, by człowiek mógł zajmować się ksenotransplantacją w jakimkolwiek wymiarze. Wszystkie przytaczane w literaturze/dokumentach, bądź wypowiedziach, motywy są raczej czysto teoretyczne. Nijak mają się do rzeczywistych warunków, bez których ksenotransplantacja w praktyce nie istnieje.  W najlepszym wypadku świadczą o kiepskiej komunikacji pomiędzy etykami/teologami a naukowcami. Dodatkowo, biorąc pod uwagę interdyscyplinarność całego zagadnienia, współpraca ta jest kiepska już nawet pomiędzy inżynierem genetycznym a chirurgiem transplantologiem, biotechnologiem a zootechnikiem itd. Poniżej podważone lub potwierdzone przeze mnie (w większości artykułami naukowymi) fragmenty wypowiedzi, dokumentów, relacji, sprawozdań itp. a propos stosowania ksenotransplantów (także pośrednio):

1.     „Perspektywa Ksenotransplantacji – Aspekty naukowe i rozważania etyczne” – to nowy dokument Papieskiej Akademii Życia. Ksenotransplantacja zajmuje się przeszczepami organu zwierzęcego do organizmu człowieka. Inspiracją zaprezentowanego 26 września dokumentu była prośba o wypowiedzenie się na ten temat ze strony Rady Europy, a także watykańskiego Sekretariatu Stanu. Prezentując dokument, wiceprzewodniczący Akademii bp Elio Sgreccia powiedział, że „porusza on między innymi aspekty etyczne ksenotransplantacji i starano się w nim odpowiedzieć na takie problemy jak: Czy wykorzystanie zwierzęcia jest rzeczą godziwą i jaka jest władza człowieka nad zwierzęciem?”.
(© 2000 Tygodnik Powszechny online)

To totalne nieporozumienie, że głównym problemem ksenotransplantacji dla Papieskiej Akademii Życia, jest pytanie o władzę człowieka nad zwierzęciem, jakby ten problem wcześniej nie istniał i jakby właśnie ,,odkryto Amerykę”. Zupełnie pomija się sedno problemu! Nawet nie pomija, a, w pewien sposób, odwraca – jeśli by brać pod uwagę aspekty psychicznej i genetycznej tożsamości człowieka – należałoby nakreślić i rozważyć problem wpływu  (,,władzy”) określonej puli genowej zwierzęcia-dawcy na genotyp człowieka-biorcy. Papieska Akademia Życia (ani żadna inna) tego problemu nie podejmuje.

2.     Aby ksenotransplant był dopuszczalny, przeszczepiany organ nie może naruszać psychicznej i genetycznej tożsamości osoby, która go przyjmuje; ponadto musi także istnieć dowiedziona biologiczna możliwość, iż przeszczep się uda i że nie narazi odbiorcy na niekontrolowane ryzyko.
(Jan Paweł II, przemówienie do uczestników Kongresu Światowego Towarzystwa Transplantologicznego w Rzymie, 29 sierpnia 2000)

W zasadzie, można by powiedzieć, Jan Paweł II etycznemu i moralnemu problemowi ksenotransplantacji nadaje właściwy ton. W jego obrębie, jako etyk i teolog, formułuje odpowiednie warunki: ,, Aby ksenotransplant był dopuszczalny…”. Jest to jednak tylko i wyłącznie idealistyczna wizja etyka i teologa, która na pewno dziś (a wątpliwe, że kiedykolwiek) w praktyce w 100% możliwa nie jest.
Naruszenie psychicznej tożsamości człowieka – często jest to problem indywidualny, więc tu go pominę.
Naruszenie genetycznej tożsamości człowieka – skoro nieunikniona jest genetyczna modyfikacja zwierząt-dawców (zwłaszcza świń) i ich tkanek oraz narządów (o czym będzie dalej), naruszenie genetycznej tożsamości człowieka jest prostą implikacją.
Dowiedziona biologiczna możliwość, iż przeszczep się uda. – Trudno ocenić, jak będą funkcjonowały świńskie narządy w ludzkim ciele. Są one dosyć podobne pod względem wielkości i wydolności, ale nikt tak naprawdę nie wie, jak długo i sprawnie mogą działać. (,,Wiedza i Życie" nr 1/1999)
Dowiedziona biologiczna możliwość, że przeszczep nie narazi odbiorcy na niekontrolowane ryzyko. – Mikrobiolodzy ostrzegają, że przeszczepy tkanek i narządów zwierzęcych niosą ze sobą groźbę wybuchu epidemii. Istnieje bowiem ryzyko, że wirusy lub inne drobnoustroje normalnie egzystujące w zwierzęcych tkankach mogą po przeszczepie zaatakować tkanki ludzkie. Takie zakażenie jest niebezpieczne nie tylko dla biorcy przeszczepu. Może on się stać źródłem zakażenia innych ludzi, co w efekcie prowadzi do wybuchu epidemii. Nikt obecnie nie jest w stanie ocenić, jakie jest  jej prawdopodobieństwo. Nikt też nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak groźny mógłby być wirus, który dokonałby takiego międzygatunkowego ,,przeskoku”.
Przeszczepy tkanek i narządów świńskich uważa się za bezpieczniejsze od małpich, gdyż świnie są o wiele dalej spokrewnione z ludźmi, a więc i wirusy, które w sobie noszą, są mniej podobne. Zwolennicy ksenotransplantacji argumentują też, że ludzie od wieków żyli w dość bliskim kontakcie ze świniami i z wyjątkiem grypy nie ulegali zakażeniu żadnymi niebezpiecznymi drobnoustrojami.
Sprawa jednak nie jest taka prosta. Przeszczep zwierzęcego narządu stwarza jedyną w swoim rodzaju sytuację, która nigdy nie zdarza się w naturalnych warunkach. Komórki zwierzęce wchodzą wtedy w bezpośredni kontakt z ludzkimi. W połączeniu z osłabieniem układu odpornościowego, spowodowanym dużą dawką leków immunosupresyjnych, powstają zatem warunki wyjątkowo sprzyjające infekcji wirusowej.
Poważnym sygnałem ostrzegawczym stało się niedawne odkrycie Robina Weissa z londyńskiego Instytut Badań nad Rakiem i Davida Onionsa z Uniwersytetu w Glasgow, że obecne w świńskich komórkach tzw. wirusy PERV (należące do rodziny retrowirusów tej samej, co wirus HIV), są w stanie zakażać ludzkie komórki w warunkach laboratoryjnych. Wirusy te są integralną częścią genomu świńskich komórek. Kolejne pokolenia świń dziedziczą je, ponieważ przed tysiącami lat wirusy PERV stały się częścią ich materiału genetycznego. Nie są one chorobotwórcze dla tych zwierząt. Można jednak sobie wyobrazić, że mogłyby się uaktywnić w komórkach przeszczepionego narządu i zaatakować ludzkie tkanki. Czy może do tego dojść i czy takie zakażenie wywołałoby jakąś chorobę, nie wiadomo. Tym niemniej dokonane przez Brytyjczyków odkrycie pokazało, że trudne będzie wyhodowanie świń wolnych od wszelkich wirusów i innych czynników chorobotwórczych, co jest warunkiem niezbędnym, aby takie transplantacje były bezpieczne.
,,Wiedza i Życie" nr 1/1999;
Biotechnologiczne i medyczne podstawy ksenotransplantacji
Redakcja Z. Smorąg, R. Słomski, L. Cierpka
Ośrodek Wydawnictw Naukowych
Poznań, 1-388, 2006

3.     Wolność jednego człowieka ma swoje granice tam, gdzie naruszać zaczyna wolność innych ludzi i stworzeń. Do postępu nie należy zmierzać za wszelką cenę. Ingerencja w geny człowieka jest np. zarazem wtargnięciem w jego osobowość, w jego osobę. Z punktu widzenia Kościoła nie ma na coś takiego moralnego usprawiedliwienia. ,,Nauka i technika z racji ich wewnętrznego znaczenia domagają się bezwarunkowego poszanowania podstawowych kryteriów moralności; powinny one służyć osobie ludzkiej, jej niezbywalnym prawom, jej prawdziwemu i integralnemu dobru zgodnie z planem i wolą Boga" (Katechizm Kościoła katolickiego, 2294).

Ingerencja w geny dawcy ksenotransplantu i samego ksenotransplantu nieodwołalnie wiąże się z pośrednią ingerencją w geny biorcy (człowieka). Okazuje się, że taka ingerencja jest nieunikniona:
Świnie hodowane w brytyjskiej firmie Imutran tylko z pozoru w niczym nie różnią się od setek tysięcy innych na całym świecie. Świnie te nie są przeznaczone na rzeź, a swą niezwykłość zawdzięczają faktowi, iż powstały w wyniku manipulacji genetycznej, która sprawiła, że ich serca i wątroby oraz inne części będzie można wszczepiać ludziom. Wkrótce w ślady Imutranu poszło więcej firm i obecnie przynajmniej trzy kolejne: Protein Pharmaceuticals, Alexion i Nextran (wszystkie amerykańskie), mają świnie zmodyfikowane genetycznie w podobny sposób.
W 1992 roku naukowcy z mało znanej brytyjskiej firmy biotechnologicznej Imutran wyhodowali zmodyfikowaną metodami inżynierii genetycznej (transgeniczną) rasę świń. Wkrótce zwróciła ona na siebie uwagę całego medycznego świata. Dzięki umieszczeniu w materiale genetycznym tych zwierząt odpowiednich genów, właściwości ich tkanek zmieniono tak, by oszukać ludzki układ odpornościowy i uniknąć nadostrego odrzucenia.
Sukces transplantacji zależy od tego, na ile podobne są do siebie tkanki dawcy i biorcy. Komórki, z których zbudowane są tkanki, mają na swej powierzchni ogromną liczbę różnorodnych białek. Wiele z nich pełni rolę znaków rozpoznawczych dla własnego systemu odpornościowego. Są to tzw. antygeny zgodności tkankowej. Odrębność gatunkowa ludzi i zwierząt, w przypadku ksenotransplantacji, wyklucza podobieństwo tkanek dawcy i biorcy. Niezbędna jest więc modyfikacja genetyczna, która ,,stworzy” wymagane podobieństwo i na tyle oszuka układ odpornościowy biorcy, aby, z pomocą leków immunosupresyjnych (zwłaszcza cyklosporyn) akceptował przeszczepy od dawców o tak różnych typach tkankowych.
Gwałtowny postęp w dziedzinie ksenotransplantacji nastąpił w ostatniej dekadzie. Jedną z głównych przyczyn przełomu było opanowanie technik inżynierii genetycznej, które pozwoliły na wyhodowanie zmodyfikowanych genetycznie zwierząt, zaprojektowanych w ten sposób, by mogły zostać dawcami narządów dla ludzi.
Najpoważniejszą przyczyną niepowodzeń przy wszczepianiu zwierzęcych narządów do ludzkiego organizmu jest tzw. nadostre odrzucanie przeszczepu. Zjawisko to występuje przy przeszczepach od tzw. gatunków ,,niezgodnych", do których należą świnie będące zwierzętami najpoważniej branymi pod uwagę jako dawcy narządów dla ludzi. W przypadku szympansów i pawianów ta forma odrzucania nie występuje, jednak zwierzęta te z innych powodów nie są dobrymi kandydatami na dawców. (Naczelnym, mimo że są najbliżej spokrewnione z człowiekiem, nie poświęca się wiele uwagi jako dawcom organów z powodów etycznych, problemów bezpieczeństwa i trudności związanych z hodowlą. Niestety, większość zwierząt laboratoryjnych, takich jak szczury, myszy, chomiki i świnki morskie, nie spełnia wymagań.
Badania kliniczne wskazują, że świnia domowa najlepiej spełnia kryteria przydatności organów do ksenotransplantacji. Wielkość narządów, ich wydolność fizjologiczna jest niemal identyczna z ludzkimi. Za wyborem świni jako potencjalnego dawcy organów do ksenotransplantacji przemawiają również następujące fakty: świnia jest gatunkiem o wysokiej plenności i płodności, tanim i łatwym w utrzymaniu, ponadto osobniki szybko rosną, a ich organy w stosunkowo krótkim czasie osiągają pełną wielkość i wydolność fizjologiczną stosowaną do potrzeb ksenotransplantacji. Ponadto świnia jest gatunkiem, u którego, w porównaniu do innych dużych zwierząt, dosyć łatwo można przeprowadzić modyfikacje genowe. Dodatkowo badania dotyczące międzygatunkowej homologii DNA człowieka oraz zwierząt wskazują na wysoką homologię, z wyjątkiem naczelnych, między człowiekiem i świnią.)
Orzucanie nadostre jest to gwałtowna reakcja układu odpornościowego, zdolna zniszczyć przeszczepiony narząd w ciągu kilku minut od transplantacji. Głównym obiektem ataku jest nabłonek naczyń krwionośnych, który jest podstawowym miejscem styku obcego narządu z ludzką krwią. Po jego zniszczeniu niemożliwy jest już normalny obieg krwi w przeszczepionym narządzie, co prowadzi do jego szybkiego obumarcia. Przez wiele lat było to ograniczenie niemożliwe do pokonania.
Jedną z możliwości zabezpieczenia komórek przed atakiem ze strony ksenoprzeciwciał i nadostrym odrzucaniem jest takie jej zmodyfikowanie genetyczne, aby nie wytwarzała antygenu alfaGal. Można to uzyskać poprzez zastąpienie genu kodującego enzym alfa 1,3-galaktozylotransferazę odpowiedzialny za syntezę przez gen kodujący ludzką transferazę H powodującą zastąpienie antygenu alfaGal (złożonego z cząsteczek galaktozy) antygenem Fuc (złożonego z cząsteczek fukozy). Dzięki temu przeciwciała nie wiążą się z komórką i kaskada dopełniacza nie jest aktywowana.
Inną możliwością ochrony przed nadostrym odrzucaniem (wykorzystaną m.in. przez firmę Imutran) jest wyprodukowanie transgenicznych zwierząt, których tkanki mają na swej powierzchni ludzkie białka blokujące aktywność dopełniacza.
Jednym słowem – potrzebne jest ,,uczłowieczenie” genetyczne świni, by była mowa o jakimkolwiek ksenotrasplancie.
Przełamanie bariery nadostrego odrzucania sprawiło, że specjaliści z wielu ośrodków medycznych (głównie w USA i Wielkiej Brytanii) rozpoczęli przygotowania do pierwszych prób klinicznych przeszczepiania narządów pochodzących od transgenicznych świń. Novartis jest gotów w najbliższym czasie zainwestować w ksenotransplantologię co najmniej miliard dolarów. Analitycy finansowi szacują, że rynek związany z przeszczepami zwierzęcych narządów w 2010 roku będzie wart 6 mld dolarów, a Novartis ma szansę na zdobycie ponad połowy tych pieniędzy.
,,Wiedza i Życie" nr 1/1999;
Biotechnologiczne i medyczne podstawy ksenotransplantacji
Redakcja Z. Smorąg, R. Słomski, L. Cierpka
Ośrodek Wydawnictw Naukowych
Poznań, 1-388, 2006

4.     Jeżeli więc (…) życia nie chce się pozostawić samowoli ludzkiej, trzeba koniecznie uznać pewne nieprzekraczalne granice władzy człowieka nad własnym ciałem i jego naturalnymi funkcjami, granice, których nikt nie ma prawa przekraczać: ani osoba prywatna, ani władza publiczna. Granice te zostały ustanowione właśnie ze względu na szacunek należny ludzkiemu ciału oraz jego naturalnym funkcjom. (Paweł VI, encyklika Humanae vitae)

(…) nieprzekraczalne granice władzy człowieka nad własnym ciałem i jego naturalnymi funkcjami – w przypadku transgenicznych ksenotransplantów nie ma mowy naturalności funkcji ciała człowieka. Idąc tropem Pawła VI, można by stwierdzić, iż ksenotransplantacja przekracza granicę, która jest moralnie (a powinna być także i formalnie) uznana za nieprzekraczalną.

5.     Chodzi tu (..) o sprawę tak wielką z punktu widzenia powinności moralnej, że nawet samo prawdopodobieństwo (…) wystarczyłoby dla usprawiedliwienia najbardziej kategorycznego zakazu wszelkich interwencji (…). (Jan Paweł II, encyklika Evangelium vitae)

Czy nie można tych słów odnieść do ksenotransplantacji? Czy nie chodzi tu o sprawę tak wielką, że już samo prawdopodobieństwo pogwałcenia tożsamości genetycznej człowieka wystarczyłoby dla usprawiedliwienia najbardziej kategorycznego zakazu wszelkich interwencji w ciało człowieka, jeśli by brać pod uwagę transgeniczne ksenotransplanty?


Podsumowanie:
Krótkie argumenty przeciw ksenotransplantacji:
  • nie do końca poznane mechanizmy następcze transplantacji – zmiany zachodzące w organizmie biorcy po przeszczepie (łącznie z psychiczną i genetyczną tożsamością)
↓
w związku z w/w: brak formalnej udowodnionej i wyznaczonej granicy: przeszczep jakiej tkanki/narządu jeszcze znacznie nie narusza psychicznej i genetycznej tożsamości człowieka, a jakiej już narusza (zawsze w grę wchodzi tylko ,,stopień i skala tego naruszenia”, gdyż w medycynie powszechnie wiadomo, iż ,,naruszenia” takie nieuniknione są nawet przy przeszczepach allogenicznych)
↓
skoro nieunikniona jest genetyczna modyfikacja zwierząt-dawców (a jednak wbrew naturze), granica, o której mowa wyżej, zawsze będzie niemożliwa do wyznaczenia, gdyż każda modyfikacja genetyczna, w przypadku ksenotransplantologii, zakłada naruszenie genetycznej tożsamości
  • ryzyko zakażenia, globalna epidemia na skutek ,,przeskoku” międzygatunkowego niektórych drobnoustrojów, wirusów (brak dostatecznej wiedzy dot. tego tematu)
  • dzisiaj głównym czynnikiem ograniczającym liczbę wykonywanych operacji jest dostępność narządów do transplantacji, a nie problemy techniczne – czy trudność w tym dostępie jest wystarczającym argumentem, by ,,zezwierzęcać” człowieka??!
  • w sprawach tak wysokiej wagi, jak ludzkie życie i godność człowieka, już samo tylko ryzyko i szereg niepewności powinny być argumentem przeciw wątpliwej moralnie metodzie (w myśl JPII, w/w)

Dlaczego etyczny i moralny problem ksenotransplantacji nie dotyczy tej dziedziny kardiochirurgii, gdzie powszechnie stosuje się zastawki serca pochodzące od świń?
Zastawki te lepiej od mechanicznych naśladują ruch ludzkich zastawek, nie powodują krzepnięcia krwi i nie niszczą krwinek. I co najważniejsze, nie stają się celem dla naszego układu odpornościowego. Przed wszczepieniem poddaje się je długiej obróbce, podczas której usuwa się z nich wszystkie chemiczne wizytówki. Skutkiem ubocznym jest zabijanie komórek budujących zastawki. W efekcie – zastawka, która nie jest już żywym organem (tu: nie jest to konieczne, by nim była), przestaje być ksenotransplantem – jest martwym implantem, niemającym w sobie i nieprzekazującym ,,biorcy” żadnej z informacji o cechach genetycznych świni.
Metoda, której poddawane są świńskie zastawki, nie nadaje się więc do przygotowywania do przeszczepu narządów, które muszą żyć, by pracować: serca, nerek, wątroby... Tu trzeba szukać innego wyjścia. Do roboty wzięli się więc genetycy i immunolodzy. Wymyślili dwa rozwiązania, polegające na odpowiednio dobranych genetycznych modyfikacjach, o których mowa była wyżej.
,,Wiedza i Życie" nr 1/1999;
Biotechnologiczne i medyczne podstawy ksenotransplantacji
Redakcja Z. Smorąg, R. Słomski, L. Cierpka
Ośrodek Wydawnictw Naukowych
Poznań, 1-388, 2006

Problem dotyczy także Polski
Tym tropem poszli między innymi polscy naukowcy, którzy od kilku lat prowadzą badania nad zmodyfikowanymi genetycznie świniami. W projekcie uczestniczy 10 zespołów naukowych z całej Polski, specjalizujących się w biologii molekularnej, rozrodzie zwierząt, embriologii, immunologii i transplantacjach. Odpowiednią konstrukcję z DNA przygotował zespół profesora Ryszarda Słomskiego z Instytutu Genetyki Człowieka PAN, a wprowadzeniem genów do komórek świni i hodowlą zajęli się naukowcy kierowani przed profesora Zdzisława Smorąga z podkrakowskiego Instytutu Zootechniki (koordynującego cały projekt). W efekcie ich prac we wrześniu 2003 roku narodził się knurek, któremu nadano wdzięczne imię TG 1154.
Zwierzątko miało tkanki ozdobione ludzkimi cząsteczkami, które po przeszczepie mogłyby maskować obecność świńskich wizytówek na komórkach zwierząt. Knurek podrósł, po czym zabrał się do rozmnażania. Obecnie po świecie hasa ponad sto jego potomków, którym przekazał swoje unikatowe cechy. W międzyczasie do akcji zaczęli się szykować transplantolodzy. By opracować optymalną technikę, już rok temu przeszczepili wątrobę zmodyfikowanego genetycznie zwierzęcia innej świni. – Dzięki odpowiednim krzyżówkom za trzy lata spodziewamy się osobników, z których narządami będziemy mogli zacząć eksperymenty na małpach – powiedział „Przekrojowi” profesor Smorąg.
(Przekrój Nauki 2006 online)

Marta Czech

poniedziałek, 8 listopada 2010

Prostota elegancji nie ma nic wspólnego z ubóstwem!


          Wczoraj (7 XI) podczas uroczystej Mszy św., papież Benedykt XVI konsekrował Świątynię Pokutną Świętej Rodziny w Barcelonie, znaną zwłaszcza pod katalońską nazwą – Sagrada Familia (http://papiez.wiara.pl/doc/665216.Sagrada-Familia-konsekrowana).
Temple Expiatori de la Sagrada Família (Barcelona) - Antoni Gaudi
Warto przy tym wspomnieć o twórcy tej monumentalnej, zapierającej dech w piersiach, budowli – Antonim Gaudim, który prostoty elegancji nigdy nie mieszał w swoich dziełach z -  tak często dziś praktykowanym w architekturze – ubóstwem (zwłaszcza jeśli chodzi o budowle sakralne).

Polecam galerię prac Gaudiego:

… a także cytaty artysty, o którym arcybiskup Barcelony, kard. Lluís Martínez Sistach, powiedział wczoraj: „Będąc genialnym architektem, był on też wzorowym katolikiem”:
Antoni Gaudi (1852 - 1926)
Marta Czech

niedziela, 7 listopada 2010

Przejdziemy!


Marsz Niepodległości 11 X 2010 - film promocyjny:

To, co zrobiła z Marszu Niepodległości dzisiejsza poprawność polityczna, za której plecami stoją ci, co z Orłem Białym do Michnika startują:

A my i tak przejdziemy!
Są tylko dwa sposoby przejścia przez życie. Jeden, jakby nic nie było cudem, i drugi, jakby wszystko było cudem. (A. Einstein)
Marta Czech

wtorek, 2 listopada 2010

Banksterzy

          
          Jestem absolutnie przeświadczony, że żadne bogactwo świata nie zdoła przyczynić się do postępu ludzkości, nawet gdyby znalazło się w rękach człowieka szczerze oddanego tej sprawie. Jedynie przykład dany przez wielkich, nieskazitelnych ludzi może doprowadzić nas do wzniosłych idei i szlachetnych czynów. Pieniądze odwołują się wyłącznie do egoizmu i zawsze wystawiają tego, kto je posiada, na pokusie nadużyć. (Albert Einstein)
O FED, bankach centralnych, prywatnych bankierach, odsetkach bez pokrycia i ,,przypadkowych” zgonach zwolenników wolnego pieniądza…, czyli ,,Historia świata w 10 minut”. Polecam:
Marta Czech

środa, 27 października 2010

Kontrpalikotowo


Jutro (15:30) na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu marsz Palikota - za in vitro i przeciw Kościołowi (http://palikot.blog.onet.pl/).  
ZAPRASZAMY DO KONTRAKCJI: 28 X (CZW.), GODZ. 15:00 - MODLITWA RÓŻAŃCOWA I MARSZ W OBRONIE CZŁOWIEKA POCZĘTEGO (ZBIÓRKA POD PAŁACEM BISKUPIM NA PL. KATEDRALNYM).

Marta Czech

piątek, 22 października 2010

Liturgiczne Babel


…czyli o gorszącym i dzielącym języków pomieszaniu.

          Mnożyć można by na pęczki argumenty za łaciną jako jedynym oficjalnym językiem Kościoła Katolickiego. Rozdrabnianie się na języki narodowe wydaje się być kuriozum w dobie, aż nadto (bo w sposób kompromisowy i poniewierający rzymski katolicyzm) zaawansowanego, globalnego ekumenizmu. I pomyśleć, że w ślad za mrowiem modlitw o ustanie zgorszenia podziału wśród chrześcijan idą, jeszcze bardziej niezliczone, przypadki amnezji odnośnie elementarnego, zewnętrznego znaku jedności, o którą te bezmyślne modły. W zapomnienie odchodzi także fundamentalna wiedza o człowieku. To, co zewnętrzne pociąga za sobą ducha …i jedności w Kościele nie będzie dopóty, dopóki  nie zostaną powszechnie przywrócone jej zewnętrzne wyrazy – z uświęconym językiem łacińskim na czele; dopóki liturgiczna wieża Babel nie zostanie zburzona, a mieszkańcy całego Kościoła nie będą mieli jednej mowy, czyli jednakowych słów (por. Rdz 11, 1).
Gustave Dore, Pomieszanie języków (1865)
Dlaczego łacina?
Jako odpowiedź polecam m. in. książkę W poszukiwaniu św. Krzyża (autorzy: C. P. Thiede i M. D'Ancona, Warszawa 2006; http://wysylkowa.pl/ks1080293.html#wiecej), której fragment poniżej…

          O dziwo, wersje grecką i łacińską napisano od prawej do lewej. To, co jest prawidłowe w języku hebrajskim, wydaje się wyjątkowo dziwaczne w dwóch kolejnych napisach. Zachowały się, co prawda, starożytne teksty etruskie i greckie inskrypcje, gdzie słowa lub litery napisano od prawej do lewej, nie ma jednak żadnego ówczesnego lub przynajmniej zbliżonego wiekiem całego tekstu zapisanego w taki sposób. Uważamy, że jest to kolejny poważny argument przeciwko tezie, iż Titulus z Santa Croce jest fałszerstwem. Żaden rzemieślnik pracujący dla Heleny lub Makarego bądź dla jakiegoś średniowiecznego kardynała nie zaryzykowałby czegoś tak rzucającego się w oczy, jeżeli polecono mu, żeby nadał pozory autentyczności swemu dziełu. Gdyby ktokolwiek polecił wykonanie Titulusu, to po pierwsze, na pewno nie poprosiłby
o fragment takiej tablicy. Bez wątpienia zamawiający dostarczyłby rzemieślnikowi jakiś model i tekst do skopiowania. Nie do pomyślenia jest, żeby jakikolwiek późniejszy tekst lub jego kopię napisano z prawej do lewej. Znacznie bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że człowiek, który napisał oryginalny tekst na Titulusie - na rozkaz Piłata i może pod jego dyktando - zrobił to właśnie w taki sposób i że było już za późno, aby poprawić błąd, gdy go zauważono. I tutaj zbliżamy się do sedna sprawy: kto wówczas mógł zauważyć ten błąd, w 30 roku n.e.? Na pewno nie osoby czytające po hebrajsku, gdyż pierwszy wiersz zapisany w ich języku był prawidłowy - litery biegły z prawej do lewej. Po prostu nie zawracałyby sobie głowy dalszym czytaniem i nie zwróciłyby uwagi na błędy w obcojęzycznej wersji tekstu. Naturalnie ludzie czytający po grecku i po łacinie byliby skonsternowani, ale tekst pozostawałby dla nich czytelny i zrozumiały, chociaż wyjątkowo dziwaczny. Innymi słowy, przesłanie, które Piłat chciał przekazać, odstraszająca causapoenae, trafiło do gapiów. Możemy nawet zaproponować charakterystykę osoby, która wyryła litery w drewnie. Był to Żyd, od dziecka mówiący po hebrajsku lub aramejsku. Zapewne służył u Piłata jako niewolnik lub wolny urzędnik sądowy i znalazł się pod ręką akurat wtedy, gdy należało napisać Titulus w krótkim czasie między ostatecznym wyrokiem a ukrzyżowaniem. Piłat podyktował treść napisu po łacinie, w oficjalnym języku administracji rzymskiej. Ponieważ jednak podstawową grupę ludności, do której ten napis był skierowany, stanowili Żydzi, namiestnik polecił skrybie zacząć od wersji hebrajskiej. I pisarz tak zrobił. Później spisał pośpiesznie z prawej do lewej następne wiersze. Może próbował nieco zakpić z żydowskiego sposobu pisania? Niewykluczone też, że po prostu był zdezorientowany. Wydaje się w każdym razie bardziej prawdopodobne, że gorzej znał łacinę i grekę niż hebrajski i chociaż umiał pisać w obu językach i wykonał polecenie, zapisał litery w odwrotnym porządku. Zapewne zawahał się po napisaniu ostatniego wiersza. Mógł poczuć, i słusznie, że jeśli skończy tak, jak zaczął, tekst na Titulusie będzie przynajmniej wyglądał w miarę estetycznie i harmonijnie.
Tablica wystawiona w kościele Santa Croce in Gerusalemme z tradycyjną, lecz błędną rekonstrukcją napisu na Titulusie (C. P. Thiede)
…oraz słynne słowa ks. Piotra Skargi:
          Spytałby kto: dlaczego Msza Święta nie pospolitym się językiem sprawuje, ale niezrozumiałym łacińskim? Msza Święta i ofiara nie jest dla nauki i ćwiczenia rozumu, na które są kazania, czytania, upominania i katechizmy; ale jest dla pokłonu, który oddajem Panu Bogu, wdzięczni będąc dobrodziejstw Jego; jest dla ubłagania gniewu Jego i dla zjednania i uproszenia nowych dobrodziejstw i darów. Z Panem Bogiem samym jest zajęcie, a nie z ludźmi. To wszystko językiem niezrozumiałym odprawiać się może, bo lud patrząc, rozumie, iż kapłan i słudzy kościelni za niego i z nimi Pana Boga chwalą, i od nich Jemu ofiary oddają i Pana Boga przepraszają i błagają. (…)
Odmienia się też pospolity ludziom język: ledwie nie w każde sto lat, inaczej rzeczy zowią niektóre, a te trzy języki: łaciński, grecki, żydowski (hebrajski) iż na pismach są i swoje gramatyki i Kalepiny mają, nigdy się nie mienią. (…)
Na koniec nie byłaby taka do jedności z narody obcymi przyczyna, gdyby Włoch albo Niemiec, albo Francuz, w Polsce służyć Panu Bogu i ofiarować nie mógł. Teraz i z końca świata każdy kapłan po łacinie się nauczywszy, w Polsce i wszędzie Mszę Świętą mieć może.

Marta Czech 

środa, 20 października 2010

Analogia niekonsekwencji

 
Niedawno pan Tomasz Terlikowski napisał na facebooku:
- Co decyduje o tym, kto jest człowiekiem, a kto nie? - zapytałem wczoraj - odnośnie ludzi poczętych - Michała Sutowskiego z ,,Krytyki Politycznej".
- Wybór - odpowiedział.
Z jakiegoś dziwnego powodu nie chciał się jednak zgodzić na moją propozycję, by z kategorii człowiek wyłączyć na przykład niebieskookich blondynów.
Czyżby niekonsekwencja?

Powyższy tekst jest doskonałym exemplum, mnożących się na pęczki, logicznych niekonsekwencji euroentuzjastycznych liberałów-stultikratów.
Pewna grupa ludzi, a ich tropem władze miasta Wrocławia (tak, tak – niech to będzie, w perspektywie zbliżających się wyborów samorządowych, również i antyreklama obecnie rządzących na Dolnym Śląsku) - okazała się bardziej homo, aniżeli sapiens, czego rezultatem 25 września b.r. był huczący marsz postulujący zalegalizowanie jednej z moralnych dewiacji – homoseksualizmu. Kontrofensywa wrocławskiej Młodzieży Wszechpolskiej w formie, demaskującego rozpowszechniający się w mieście orgiazm, happeningu była niczym rozmowa p. Terlikowskiego z p. Sutowskim.

- Co decyduje o tym, kto jest dewiantem, a kto nie? – pytali Wszechpolacy – odnośnie relacji seksualnych – zwolenników marszu ,,Związki partnerskie”.
- Wybór – odpowiadali maszerujący.
Z jakiegoś dziwnego powodu nie chcieli się jednak zgodzić na propozycję MW, by z kategorii dewiacji wyłączyć na przykład zoofilię.
Czyżby niekonsekwencja?

Jak pisał Horacy - Sapientia prima stultitia caruisse… (Początkiem mądrości jest być wolnym od głupoty.). …i o taką wolność walczmy.

Polecam video:)
Koza Kazimiera na tęczowym powrozie...
Marta Czech

poniedziałek, 18 października 2010

Bojaźń i drżenie… - męstwo trwożenia się


          Słusznie to Stanisław Jerzy Lec rzecze o dzwonie na trwogę, który to serce odważne mieć musi. Z trwogi narodu bowiem rzadko rodzi się tchórz - dodaje. Z trwogi narodu przed Bogiem rzadko rodzi się nieprawość i zwątpienie. Z trwogi człowieka przed Bogiem rzadko rodzi się niewolnik i egoista. Bojaźń i drżenie wobec bezkresnej Wszechmocy to najbardziej bezpieczny i stabilny sposób na ludzkie istnienie od zarania dziejów.

Przypatrzmy się pod tym kątem przekrojowo Pismu Świętemu…

Wiodłeś Twą łaską lud oswobodzony, przeprowadziłeś [go] Twą mocą w święte Twe mieszkanie. Wieść tę narody przyjęły ze drżeniem, padł strach na mieszkańców filistyńskiej ziemi. Przerazili się wtedy książęta Edomu, wodzów Moabu ogarnęła bojaźń, truchleją z trwogi wszyscy mieszkańcy Kanaanu. Strach i przerażenie owładnęły nimi. Wobec siły ramienia Twego stali się jak kamień (…) (Wj 15, 13-16a)

Kapłani upadłszy w kapłańskich szatach przed ołtarzem wołali do Nieba, do Tego, który ustanowił prawo o depozycie, aby te skarby nienaruszone zachował dla tych, którzy je złożyli w depozyt. Temu, kto spojrzał na oblicze arcykapłana, krajało się serce. Wygląd bowiem i zmiana jego cery zdradzały duchowe męczarnie. Męża tego bowiem opanowały strach i drżenie ciała, przez co ból będący w sercu był widoczny dla patrzących. Ludzie gromadnie wychodzili z domów, by razem się modlić, gdyż miejsce [święte] miało być zhańbione. (2 Mch, 15-18)

Strach mnie ogarnął i drżenie, że wszystkie się kości zatrzęsły, tchnienie mi twarz owionęło, włosy się na mnie zjeżyły. Stał. Nie poznałem twarzy. Jakaś postać przed mymi oczami. Szelest. I głos dosłyszałem: ,,Czyż u Boga człowiek jest niewinny, czy u Stwórcy śmiertelnik jest czysty?" (Hi 4, 14-17)

A teraz, królowie, zrozumcie, nauczcie się, sędziowie ziemi! Służcie Panu z bojaźnią i Jego nogi ze drżeniem całujcie, bo zapłonie gniewem i poginiecie w drodze, gdyż gniew Jego prędko wybucha. Szczęśliwi wszyscy, co w Nim szukają ucieczki. (Ps 2, 10-12)

Przychodzą na mnie strach i drżenie i przerażenie mną owłada. I mówię sobie: gdybym miał skrzydła jak gołąb, to bym uleciał i spoczął - oto bym uszedł daleko, zamieszkał na pustyni. Prędko bym wyszukał sobie schronienie od szalejącej wichury, od burzy. (Ps 55, 6-9)

Przecież Moja ręka to wszystko uczyniła i do Mnie należy to wszystko - wyrocznia Pana. Ale Ja patrzę na tego, który jest biedny i zgnębiony na duchu, i który z drżeniem czci Moje Słowo. (Iz 66, 2)

Rozdziera się serce we mnie, wszystkie moje członki ogarnia drżenie, jestem jak człowiek pijany, jak człowiek przesycony winem - z powodu Pana i Jego świętych słów. (Jr 23, 9)

Pan skierował do mnie te słowa: «Synu człowieczy, z drżeniem będziesz spożywał swój chleb, a w niepokoju i smutku będziesz pił wodę. Powiedz ludowi ziemi: Tak mówi Pan Bóg do mieszkańców Jerozolimy w ziemi izraelskiej: Chleb swój będą spożywali w smutku, a wodę będą pili w trwodze, ponieważ ziemia ich zamieni się w pustkowie i zostanie ogołocona ze swoich dostatków, z powodu bezprawia wszystkich jej mieszkańców. Ludne miasta zostaną opuszczone, ziemia zamieni się w pustkowie. Wówczas poznacie, że Ja jestem Pan». (Ez 12, 17-20)

Król Dariusz napisał do wszystkich narodów, ludów i języków, zamieszkałych po całej ziemi: «Wasz pokój niech będzie wielki! Wydaję niniejszym dekret, by na całym obszarze mojego królestwa odczuwano lęk i drżenie przed Bogiem Daniela. Bo On jest Bogiem żyjącym i trwa na wieki. On ratuje i uwalnia, dokonuje znaków i cudów na niebie i na ziemi. On uratował Daniela z mocy lwów». (Dn 6, 26-28)

Lecz potem się nawrócą synowie Izraela i będą szukać Pana Boga swego i króla swego, Dawida; z drżeniem pospieszą do Pana, do Jego dóbr u kresu dni. (Oz 3, 5)

Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej. (1 Kor 2, 2-5)

A przeto, umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. (1 Flp 2, 12)

Dlatego też otrzymując niewzruszone królestwo, trwajmy w łasce, a przez nią służmy Bogu ze czcią i bojaźnią! Bóg nasz bowiem jest ogniem pochłaniającym. (Hbr 12, 28-29)

Oddychając biblijną bojaźnią, przesiąknięty testamentowym drżeniem, natchniony Abrahamową trwogą wobec Absolutu, zawieszony pomiędzy etyką i moralnością a wolą Nieskończonego, tymczasowe ekspektoracje wysnuwał ongiś pewien nietuzinkowy kopenhaski melancholik…
 (…) myśl, że istnieć jako jednostka jest łatwo, zawiera bardzo znamienne pośrednie ustępstwo samemu sobie; gdyż ten, kto naprawdę szanuje siebie i troszczy się o swoją duszę, przekonany jest o tym, że żyjąc pod własną kontrolą, sam jeden na całym świecie, człowiek żyje w sposób bardziej surowy i odosobniony niż dziewczyna zamknięta w panieńskim pokoju. Oczywiście człowiek może to odczuwać jako przymus. Gdyby otrzymał wolność po temu, to jak dzikie zwierzę tarzałby się w egoistycznych rozkoszach, to prawda; ale chodzi przecież o to, aby pokazać, że do takich ludzi nie należy, że potrafi mówić z bojaźnią i drżeniem; a powinno się mówić z podziwu dla wielkości, żeby ta wielkość nie popadła w zapomnienie; ze strachu, który trzeba przemóc, kiedy się mówi, że się wie, czym jest wielkość, że się zna jej otchłanie; a nie wiedząc, czym są otchłanie przerażenia, nie wie się, czym jest wielkość. (S. Kierkegaard, ,,Bojaźń i drżenie”)
A. Dürer, Modlące się ręce (1508)
Marta Czech

czwartek, 14 października 2010

Ziemkiewiczowszczyzna


Chrześcijanin? Endek? Randysta? Ideologiczny eunuch? …a może to po prostu kompleks wieszcza…?

(…) Wieszcz narodowy to proteza czasów zaborów, kiedy naród nie posiadał własnych elit, potrafiących formułować, mówiąc językiem Giedroycia, „cóż nam czynić wypada”. W tej chwili przynajmniej teoretycznie nie ma przeszkód by takie elity istniały. To, że takich ośrodków obecnie jest niewiele to inna sprawa, ale w każdym razie poeci i pisarze nie muszą ich zastępować. Zresztą, etat wieszcza jest mało atrakcyjny. Ostatnim, który tak funkcjonował, był Stefan Żeromski. I kto dziś o nim pamięta, oprócz uczniów, którzy do czytania jego książek są zmuszani?
- A Zbigniew Herbert?
- Raczej obsadzano go w roli autorytetu moralnego. Był bardziej refleksyjny, nie wytyczał celów. Potrzebujemy w tej chwili przede wszystkim normalnego życia literackiego, a nie nowych Mickiewiczów czy Żeromskich. To nie te czasy.

To fragment wywiadu sprzed niecałych 2 lat, którego Rafał Ziemkiewicz udzielił portalowi  Fronda.pl (http://fronda.pl/news/czytaj/dobra_literatura_nie_lubi_politycznej_poprawnosci).
Dziś już ,,nie potrzeba” wieszczów ani autorytetów moralnych, bo tacy są niewygodni i lepiej zepchnąć ich na margines. Poeci i pisarze niby to elit nie muszą, wg Ziemkiewicza, zastępować, tylko kimże oni powinni być, jak nie właśnie ściśle zintegrowaną częścią tychże elit? W końcu Herbert, którego Ziemkiewicz uznaje jednak za autorytet moralny, ale dalej twierdzi, że ten sam autorytet moralny ,,nie wytycza celów”. Tylko kto ma wyznaczać dziś jakiekolwiek cele, jeśli nie autorytety moralne, skoro u podstaw wszelkiej działalności ludzkiej powinna stać przede wszystkim niezłomna dbałość o esprit de corps? …i, jeśli Ziemkiewicz mówi, że ,,potrzebujemy normalnego życia literackiego, a nie nowych Mickiewiczów czy Żeromskich” – to niech mówi sam za siebie, a nie za całą Polskę. Skoro sam do pięt Mickiewicza czy Żeromskiego nie dorasta, niech poziomu dzisiejszych wymagań literackich nie zaniża i nie spłyca…
Panie Ziemkiewicz, niech nie degraduje Pan stanu polskiej literatury do prostacko i niesmacznie zepitetowanego losu swojego Kataryniarza
(http://cyberpunk.net.pl/literatura/ksiazki/pieprzony.html). Deklarowane przez Pana chrześcijaństwo i prawicowość (http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/5514/)
mają swoją klasę. To zobowiązuje. Nie zastępujmy Homera trzęsieniem ziemi, a Horacego lawiną kamieni (jakby to powiedział Pan Cogito: http://www.eximus.14lo.lublin.pl/belfer/pan_cogito.htm#Pan%20Cogito%20a%20pop).
No, ale cóż…, to pod warunkiem, jeśli jest się człowiekiem o dwu nogach (http://www.eximus.14lo.lublin.pl/belfer/pan_cogito.htm#O%20dwu%20nogach%20Pana%20Cogito),
a nie eunuchoidalnym światopoglądowo tworem w myśl: ,, Staram się być zawsze w takim miejscu, by Żydzi uważali mnie za antysemitę, a antysemici za Żyda.”
Co do wspomnianego już deklarowanego przez Rafała Ziemkiewicza chrześcijaństwa – jeszcze jeden fragment wywiadu:

- Co to znaczy, że jest Pan chrześcijańskim randystą? Czy to nie jest herezja?
- Pewnie jest to herezja, ale mam nadzieję, że nie jest to nonsens. Zdaję sobie sprawę z paradoksalności stwierdzenia, w końcu Ayn Rand była ateistką pełną gębą, ja jednak staram się być chrześcijaninem, jakkolwiek zdającym sobie sprawę ze swej grzeszności.

Pozwolę sobie spuentować tę kwestię słowami jednego z forumowiczów: ,,Jeśli (Ziemkiewicz) jest chrześcijaninem i określił się mianem randysty, to albo nie czytał Rand (…), albo ma schizofrenię." (http://www.satan.pl/epika.php?id=206)
Prostujmy czym prędzej swoje postawy, nim ,,los popatrzy nam w oczy w miejsce, gdzie była głowa” (patrz: ,,Pan Cogito o postawie wyprostowanej”: http://www.eximus.14lo.lublin.pl/belfer/pan_cogito.htm#Pan%20Cogito%20o%20postawie%20wyprostowanej).
PS. A propos przeszkód na drodze ,,elitotwórczej”, których pan Ziemkiewicz nie zauważa, polecam:

Marta Czech