piątek, 25 marca 2011

Czarny czwartek – czarna manipulacja


…czyli o hermeneutyce ciągłości w polskiej polityce.
Mimo, iż minął już miesiąc od premiery filmu Antoniego Krauzego ,,Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł.”, zbyt wiele niedyplomatycznych, rzetelnych recenzji filmu, zwłaszcza tych wyrosłych ze środowisk zawodowych historyków, w tym czasie nie powstało. Wielka szkoda…
Pierwsze, co w związku z filmem zdążyły skonfigurować moje mózgowe synapsy to – fakt, wydawałoby się, oczywistych, choć obficie podlanych manipulacyjnym sosem, wprawnie serwowanych na medialnej tacy - sprzeczności, których istnienie przywołuje na myśl postać z nieśmiertelnej serii kryminałów sir Artura Conan Doyle’a, nieznużenie recytującą: ,,Pamiętajmy o logice. Tam, gdzie jej brak, należy doszukiwać się podstępu.”
Ach, jakże, w dobie niepohamowanego wzrostu populacji ,,profesorów Moriartych”, brakuje nam dziś sensownie i uważnie myślących ,,Sherlocków Holmesów”…
Ale, wracając do logiki..., podstępów… i ,,Czarnego czwartku”…
Pierwszoplanowe zdziwienie pojawia się, nim jeszcze zdąży nam przemknąć przed oczyma pierwszy filmowy kadr, bo już tylko po samym zerknięciu na reklamowy afisz: Bronisław Komorowski piastujący patronat nad filmem osadzonym w piętnowanych realiach ciemiężącej, antypracowniczej polityki?! Ten sam Bronisław, który w bogatym przekroju swych partyjnych tożsamości - począwszy od Unii Demokratycznej, Unii Wolności, Stronnictwa Konserwatywno – Ludowego, przez Akcję Wyborczą Solidarność, a na Platformie Obywatelskiej skończywszy – zawsze wierny był posunięciom, które najbardziej dotkliwe okazywały się dla takich jak Bruno Drywa i jego koledzy? Rzec by się chciało, za Conan Doylem, że ,,w zbrodni popełnionej z premedytacją zaciera się ślady również z premedytacją”. Ot, i mamy - ,,patronat z premedytacją”.
Inna kwestia to, wpisująca się doskonale we wszechobowiązującą polityczną poprawność, prezentowana atrofia historycznego zmysłu dążącego do nazywania faktów po imieniu, której to tragiczną ofiarą padł film Krauzego.
Spostrzeżenie to adekwatnie ilustruje  wypowiedź dr. Janusza Marszalca, historyka związanego z IPN, odnośnie filmowego scenariusza:
 (…) kto wydał rozkaz strzelania i kto jest winny zbrodni w Gdyni. Autorzy scenariusza nie wyręczyli historyków i nie odpowiedzieli na te trudne pytania. Proces decyzyjny przedstawiają jako tajemnicę. Zlepek zaczerpniętych dokumentów wypowiedzi Zenona Kliszki, oficerów Marynarki Wojennej czy Gomułki buduje klimat napięcia i chaosu, w jakim ,,władza komunistyczna” podejmowała decyzje. Autorzy nie wyjaśniają nawet, kto jest tą władzą! Gomułka, choć pojawia się w kilku scenach i żąda bezwzględnego działania ze strony MSW i wojska, jest starcem, poza którym dzieje się coś, co trudno zidentyfikować. Scenariusz, nie kreując prostych (prymitywnych) odpowiedzi, pokazuje jednak bezwzględność I sekretarza i cynizm funkcjonariuszy partyjnych. Mechanizm zbrodni nie został jednak odkryty, bo nie mógł być odkryty w scenariuszu fabularnego filmu. (http://www.gdynia70.pl/dokumenty/marszalec.pdf)
Panie Januszu, nie trzeba być historykiem, by odpowiedzieć na te ,,trudne” pytania! Wiadomo wszak, kto w niezapomnianym grudniu 1970 pełnił funkcję Ministra Obrony Narodowej oraz zastępcy członka Biura Politycznego KC PZPR. Po cóż więc te wszystkie mistyfikacje, skoro wiemy, kto dowodził wojskiem, które strzelało do gdyńskich robotników ? Osobą, która musiała wydać bezpośrednią zgodę na użycie broni był nie kto inny, jak sam Towarzysz Generał – nomen omen ideowy kamrat samego ,,patrona z premedytacją”. Są nawet źródła potwierdzające obecność Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzeniu Biura Politycznego, gdzie zapadł arbitralny wyrok o strzelaniu do ludzi. (Polecam w tej kwestii artykuł: http://niepoprawni.pl/blog/819/janek-wisniewski-padl-ale-gdzie-jest-general.)
,,patronat z premedytacją"
Milczeniem objęta jest również postać ,,krwawego kata Trójmiasta”, ówczesnego wicepremiera, Stanisława Kociołka.
Tymczasem najbardziej dobitnym czarnym charakterem twórcy filmu czynią, kreowanego przez Piotra Fronczewskiego, Zenona Kliszkę, którego postać widnieje na planie zaledwie przez kilka minut, by niezwykle wyrazistym tonem wyartykułować  wiekopomne leninowe ,,Z kontrrewolucją się nie rozmawia. Do kontrrewolucji się strzela.” Treść tak wykreowanych słów, połączona z, potrafiącym wprowadzić niemałą grozę, kunsztem aktorskim Fronczewskiego, czyni  spore zamieszanie, w obliczu którego wszystkich pozostałych członków posiedzenia Egzekutywy KW chciałoby się zdefiniować mianem ,,dobrych komunistów”. A przecież to nie Kliszko robił za ,,Atlasa” dźwigającego wszystek decyzyjny ciężar ówczesnych zbrodni.
Przyczynę owych faktograficznych zniekształceń i w tym przypadku doskonale ujmuje sprawdzony Doyle, którego słowa aż cisną mi się na klawiaturę: ,,Niepostrzeżenie zaczyna się dostosowywać fakty, by zgadzały się z teoriami, zamiast próbować stworzyć teorię, która byłaby zgodna z faktami.”
Sporą dywergencją pomiędzy prawdą a filmową rzeczywistością obarczona jest również osoba I sekretarza KC PZPR. Odbiorcy pozostaje tylko domyślać się, skąd u pomysłodawców scenariusza nieuzasadnione eksponowanie motywu obaw Gomułki przed zbrojną ingerencją sowietów, podczas gdy faktycznie Kreml biernie, acz wytrwale, upatrywał tragicznych skutków grudniowej rewolty, by użyć ich do swych konsekutywnych planów względem PRL. Kluczowym elementem ich realizacji okazał się list kierownictwa partii sowieckiej do członków Biura Politycznego KC PZPR (przekazany współpracownikom Gomułki przez ambasadora ZSRS, Aristowa) o pilnych i nieodzownych ,,politycznych rozwiązaniach”, które w praktyce służyć miały partyjnej anihilacji Gomułki na rzecz bardziej spolegliwego Gierka. A wspomnieć warto, iż był to czas, w którym Gomułka, zaraz po tym jak uzyskał od Brandta aprobatę granic na Odrze i Nysie Łużyckiej (7 XII 1970), żywił głębokie przekonanie o uznaniu dla swej osoby ze strony  Moskwy. Paradoksalnie największe geopolityczne osiągniecie władz PRL przynosi Gomułce, tragiczną w skutkach, śmierć polityczną. O tym w filmie nie usłyszymy. Sama zaś postać I sekretarza spłycona zostaje do roli stetryczałego dziadka o przytępionych zmysłach, z irytacją strofującego swych partyjnych towarzyszy, oderwanymi od reszty dyskusji, sloganami typu: ,,Ja już tego nie mogę słuchać!!”. Od fabularnego filmu historycznego wymagałoby się więcej.
Izolowanie wydarzeń w Gdyni od tych w Gdańsku i Szczecinie, jak słusznie zauważa Konrad Rękas (http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/7955/), również nie wydaje się do końca słuszne. Podkreśla bowiem, że ,,nie mieliśmy do czynienia z żadnym powstaniem antykomunistycznym, a jedynie z wystąpieniem na tle socjalnym zdezorientowanych robotników, którzy słysząc stale, że są wiodącą klasą społeczną – chcieli waloryzacji pensji powyżej poziomu podwyżek żywności.”
Co do samych robotników, film słówkiem nie wspomina o ich losie w ,,wolnej”, ,,pluralistycznej” , ,,tolerancyjnej” i ,,kapitalistycznej” demokracji. Nie usłyszymy o złodziejskiej prywatyzacji, godzącej w prężnie prosperujące, polskie zakłady pracy, która z Polski uczyniła nędznego parobka na usługach zagranicy. Film bowiem ma na celu niejako złożenie hołdu dzisiejszym władzom przy pomocy zawoalowanych półprawd, których koronny wydźwięk można by sprowadzić do transparentnego komunału: ,,Zobaczcie, jak kiedyś było koszmarnie! Bądźcie wdzięczni za to, że żyjecie w kraju wolnym od wszelkiego ciemięstwa!”.
operacje cenowe
…a propos jeszcze samego ciemięstwa, nie sposób, choćby przez wzgląd na dosłowność nomenklaturową, ,,Czarnego czwartku” nie skojarzyć z tym nowojorskim, z października 1929 r. Jarzmo tzw. baniek spekulacyjnych, bankructwa kredytobiorców, niewypłacalność banków – słowem: wszystko, co nakręca gigantyczną spiralę zadłużenia – to nie tylko przeszłość z czasów wielkiego krachu na Wall Street, nie tylko lata kryzysu gospodarczego w PRL (III 1968 - XII 1970), to przede wszystkim nasza teraźniejszość, którą film Krauzego między wierszami próbuje koloryzować.
dług zagraniczny
Jednocześnie należałoby podziwiać tych wszystkich zwyczajnych, prostych robotników w stoczniowych kufajkach – ludzi, którzy, wobec zastanego kryzysu, wiedzą, czego chcą, potrafią się zorganizować, wybrać komitet kierujący ich działaniami… Czy my jesteśmy dziś zdolni do podobnej, antysocjalistycznej kontrrewolucji?
Jeśli chodzi o wydarzenia grudniowe, warto byłoby również zaznaczyć  tu niebagatelny udział Kościoła Katolickiego, zwłaszcza w osobie samego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wkład ten poprawny politycznie film pomija zupełnie. W wiarygodnych źródłach możemy zaś przeczytać:
Reżim komunistyczny nie mógł liczyć na prowadzenie z prymasem swoistego handlu wymiennego. Na coś pozwolimy, a wy zrezygnujecie z czegoś… Najlepszym tego dowodem była korespondencja w grudniu 1970 r. między prymasem a arcybiskupem, w istocie adresowana do władz reżimowych. (…)
Prymas przekazywał nam też niektóre dokumenty. Pamiętam, że po tzw. wydarzeniach grudniowych roku 1970 przekazał nam pewien szczególny dokument, świadczący o ciekawym sposobie porozumiewania się z władzami. Otóż prymas wyjeżdżał do Gniezna i wysyłał list ze swoimi opiniami do sekretarza episkopatu, którym był wówczas bp Bronisław Dąbrowski. Co się później działo? List przesłany pocztą był z całą pewnością przeczytany. Metoda prymasa polegała na tym, że nie pisał bezpośrednio do władz, ale do arcybiskupa. Podobnie było z listem napisanym po wydarzeniach grudniowych, w którym bardzo wyraźnie napisał o warunku, który musi zrealizować, aby uzyskać chociażby pozwolenia na budowę świątyń. To akceptacja poczynań władzy jeśli chodzi o krwawe stłumienie wydarzeń grudniowych (…) (http://akl.waw.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=19%3Amoj-udzia-w-spotkaniach-zespou-informacyjnego&catid=6&Itemid=9)
Koniecznie przywołać by trzeba i apel Prymasa ze stolicy ,,do wszystkich dzieci wspólnej ojczyzny”, wystosowany po tragedii na Wybrzeżu:
(…) Niewątpliwie, że doświadczenie, które nas spotkało na progu Bożego Narodzenia, było dla naszego narodu wyjątkowe, a w swym tragizmie - niemalże jedyne i niepowtarzalne w naszych dziejach. Słusznie napełniło nas ono wszystkich niepokojem, głębokim bólem i nie dającą się wypowiedzieć męką. Ale jest to męka całego narodu! Nie masz bodaj w tej chwili ani jednego człowieka w Polsce, który by tego nie rozumiał.
Nasze braterskie współczucie kierujemy z tej katedry, która spłynęła krwią najlepszych synów Warszawy w obronie wolności narodu i w imię Matki Chrystusowej - do wszystkich rodzin na Wybrzeżu w miastach portowych Rzeczypospolitej, których święta są dzisiaj tak niesłychanie bolesne. Przesyłamy błogosławieństwo Ojca świętego, wam - osierocone dzieci i owdowiałe matki. Przesyłam je i wam, współbracia trudnej i ciężkiej pracy, którzy straciliście swoich towarzyszy trudu, męki i wysiłku twórczego dla wspólnego dobra naszej ojczyzny. Wasz ból jest wspólnym bólem! Wasza krew - jest nam braterską, drogą i cenną, jak cenną jest każda kropla, która ma spłynąć dla chwały Bożej i dla dobra Rzeczypospolitej.
Ale gdy wam przesyłamy stąd - z tych prawdziwych okopów walki najlepszej młodzieży stolicy o wolność - nasze wyrazy współczucia, na Wybrzeże, jednocześnie z pokorą was, najmilsi, przepraszamy... Może i my nie wypełniliśmy wszystkich naszych obowiązków - obowiązków biskupów i kapłanów, a zwłaszcza obowiązków prymasa. Bo oto zabrakło dla wielu ust dziecięcych pożywienia, które przede wszystkim im należy się we własnej ojczyźnie, i o które my wszyscy dłonią, pługiem, młotem, myślą i słowem wiążącym, walczyć i zabiegać powinniśmy.
Gdybym mógł, w poczuciu sprawiedliwości i ładu, wziąć na siebie całą odpowiedzialność za to co się ostatnio w Polsce stało, wziąłbym jak najchętniej...! Bo w narodzie musi być ofiara, okupująca winy narodu. I jeśli za ludzkość - ciężary jej win wziął na swoje ramiona Jezus Chrystus, Wieczny Kapłan, to w Polsce tę odpowiedzialność, gdyby zbawczą była, miałby obowiązek wziąć na swoje ramiona - prymas Polski! Jakże bym chciał w tej chwili - gdyby ta ofiara przyjęta była - osłonić wszystkich przed odpowiedzialnością, przed bólem i męką! Bo może nie dość wołałem, nie dość upominałem, nie dość ostrzegałem i prosiłem! Chociaż wiadomo, że głos mój nie zawsze był wysłuchany, nie każde poruszył sumienie i wolę, nie każdą ożywił myśl. Ale tak widocznie być musi. (…)
Warto też pamiętać o liście duszpasterskim, podpisanym przez kard. Wyszyńskiego i bp. Wojtyłę, będącym komentarzem do wydarzeń grudnia’70, a odczytanym w kościołach w czasie przedpołudniowych nabożeństw 14 lutego następnego roku.
                Jak napisał trafnie jeden z recenzentów: ,,na żadne poważniejsze pytanie o Grudzień film nie odpowiada – ani też go nie zadaje”. Mimo nienagannej gry aktorów, scenografii z rozmachem, przejmującej charakteryzacji i, doskonale wplatającej się w zmieniające kadry, muzyki Michała Lorenca, trudno nazwać dzieło Antoniego Krauzego dobrym.
Świetnym paszportem dla filmu, wpisującego się (o zgrozo!) bezbłędnie w lewicową politykę, okazują się słowa Witolda Mrozka z łamów Krytyki Politycznej:
Jeśli lewica ma w Polsce stworzyć jakąś własną politykę historyczną – a stworzyć taką musi, jeśli myśli o zdobyciu kiedykolwiek władzy w sposób demokratyczny – to ,,Czarny czwartek” jest według mnie świetnym takiej polityki historycznej zaczątkiem.
Wobec tak wielu realizatorskich uchybień, dalece bardziej od prezentowanej przez Kazika wersji ,,Ballady o Janku Wiśniewskim”, pasowałaby ta z filmu ,,Człowiek z żelaza”, którą śpiewała Krystyna Janda (http://www.youtube.com/watch?v=3Rb3XKj2ARU). CZERWONA (nie CZARNA) kokarda bowiem słuszniej i celniej oddaje komunistyczną mentalność tego, co było, a wcale nie minęło.
Ale wystarczy już tego złego… Stary dobry Sherlock powiedziałby, że: ,,człowiek powinien meblować tę maleńką przestrzeń swojej mózgownicy tylko tym, co może mu się naprawdę przydać.”
Podsumowując już zatem, posłużę się słowami nie swoimi, ale jakże przystającymi do tego, co odnośnie filmu ,,Czarny czwartek” uważam osobiście:
To paradoks, że legitymacją dla obecnych stosunków władzy stają się tragiczne w skutkach protesty przeciwko niesprawiedliwościom PRL-u. W ,,nowej Polsce” nad śmiercią Janka Wiśniewskiego pochyla się z troską kapitał i jego polityczne zaplecze. Władza nie strzela już do robotników, ale ma inne, równie skuteczne sposoby na pacyfikację ich żądań.
Od kina oczekiwałbym właśnie tego, że – także sięgając w przeszłość – skłoni nas do refleksji nad tymi mechanizmami i mniej spektakularnymi, ukrytymi formami przemocy. Film Krauzego miał taki potencjał, ale ostatecznie sięga po historyczne wydarzenia tylko po to, by zalegitymizować teraźniejszość. ,,Czarny czwartek” jest makabryczną laurką dla obecnej władzy, idealną na uroczyste premiery; doskonałą ilustracją dla pełnych patosu przemówień oficjeli zachwalających ,,wolność”, o którą niegdyś – jak bohaterowie filmu – walczyli. Jest w tym wszystkim coś głęboko obscenicznego, jakaś podstawowa zdrada kina, które ma inne obowiązki wobec społeczeństwa niż dostarczanie użytecznej mitologii rządzącym. (J. Majmurek)

----------

Polecam dokumentalną wersję ,,Czarnego Czwartku” (jako suplement do filmu fabularnego), gdzie po raz pierwszy upubliczniono deskrypcje medyków, którzy 17 grudnia 1970 roku, ścigając każdą sekundę, w dwóch gdyńskich szpitalach toczyli bój na śmierć i życie o ciężko rannych pracowników Stoczni Komuny Paryskiej:
… jak również prasę komunistyczną z grudnia 1970 r. - lutego 1971 r.:
----------
W ilustracjach wykorzystano:


Marta Czech

środa, 23 marca 2011

Konferencja o legitymizmie


          Kiedyś umiano podporządkować sprawy doczesne sprawom duchowym; rozprawiano o sprawach mieszanych, w których Kościół występował jako pan wszechwładny; mniemano bowiem, że Kościół został ustanowiony bezpośrednio przez Boga, twórcę porządku nadprzyrodzonego. Ale teorię taką odrzuca zarówno dzisiejsza filozofia, jak i wiedza historyczna. (…) duch nowatorski czepia się wszystkiego, co jest katolickim. (Pius X, Encyklika Pascendi Dominici Gregris - ,,O zasadach modernistów" - 8 IX 1907)

,,Państwo KATOLICKIE i jego wrogowie” – to temat drugiej już we Wrocławiu konferencji o legitymizmie. Polecam!

          (…) zalecając filozofię scholastyczną, mamy na myśli nie kogo innego tylko św. Tomasza z Akwinu i przez niego zostawioną nam filozofię. Oświadczamy zatem, że wszystko, co zostało w tym względzie postanowione przez Naszego poprzednika, pozostaje w całej swej mocy, a nadto, gdyby tego było potrzeba, postanawiamy na nowo, potwierdzamy i rozkazujemy, by to stało się dla wszystkich powszechnie obowiązującym. (…) A profesorów szczególniej upominamy, aby pamiętali, że wszelkie pomijanie św. Tomasza przy studiach, zwłaszcza w kwestiach metafizycznych, przynosi poważny uszczerbek. (Pius X, Encyklika Pascendi Dominici Gregris - ,,O zasadach modernistów" - 8 IX 1907)

...zatem, w ramach preludium, zwłaszcza do pierwszego referatu, zachęcam do ,,powszechnie obowiązującej" lektury niedokończonego nigdy dzieła św. doktora z Akwinu - ,,O rządzie książęcym” (poniżej fragmenty). Są tacy, którzy twierdzą, że tekst jest raczej ,,dziełkiem peda­gogicznym i moralnym" na użytek księcia Cypru, aniżeli rzeczywistym traktatem teorii politycznej. Spierać się nie zamierzam. Przeczytać na pewno warto.

O zasadzie monarchii
          Zastanawiam się nad tym, co mógłbym ofiarować, aby to było godne królewskiego majestatu i odpowiadało mojemu stanowi. Doszedłem do wniosku, że szczególnie cennym darem dla króla będzie napisanie książki o królowaniu. Starannie przedstawię w niej, stosownie do swych możliwości, podstawy królowania oraz zadania króla w świetle Pisma świętego, nauki filozofów oraz wzorów wybitnych władców. Liczę na to, iż Ten który jest Królem królów i Panem panujących, Bogiem, wielkim Panem i Królem wielkim nad wszystkimi bogami pomoże mi zacząć to dzieło, pracować nad nim i je zakończyć.
Co oznacza nazwa "król"
Zacznijmy od wyjaśnienia, jakie treści zawierają siew nazwie "król". Otóż wszędzie tam gdzie jest jakieś ukierunkowanie na cel i gdzie można postępować tak albo inaczej, potrzebny jest jakiś kierownik, dzięki któremu dochodzi się prosto do właściwego celu. Nie dopłynąłby okręt, pchany w różne strony przez zmieniające się wiatry, do portu przeznaczenia, gdyby nie zabiegał o to kierujący nim sternik. Otóż człowiek ma pewien cel, ku któremu zwrócone jest całe jego życie i działanie, działa bowiem przez umysł, a ten - rzecz jasna - zawsze działa dla celu. Ludzie zaś w różny sposób dążą do tego co zamierzyli. świadczy o tym sama różnorodność ich wysiłków i działań. Potrzebuje więc człowiek jakiegoś kierowania ku celowi.
Otóż każdy człowiek ma wszczepione z natury światło rozumu, którym kieruje swoje czyny ku celowi. I gdyby człowiek, tak jak liczne zwierzęta, żył w pojedynkę, nie potrzebowałby żadnego innego kierowania, lecz każdy sam dla siebie byłby królem, poddanym najwyższemu królowi - Bogu, jako że sam kierowałby sobą w swoich czynach, dzięki światłu rozumu danemu mu przez Boga. Otóż człowiek jest z natury stworzeniem społecznym i politycznym, żyjącym w gromadzie, bardziej nawet niż wszystkie zwierzęta. Wynika to z naturalnej konieczności. Zwierzętom bowiem natura przygotowuje pokarm, przyodziewa futrami, daje broń w postaci zębów, rogów, pazurów, a przynajmniej szybkość w uciekaniu. Człowiek zaś nie otrzymał od natury żadnej z tych rzeczy, lecz zamiast tego został obdarzony rozumem, aby mógł zapewnić sobie to wszystko pracą rąk. Ale jeden człowiek do tego nie wystarczy, gdyż nie zdoła on samodzielnie przejść przez życie. Jest więc dla niego czymś naturalnym, że żyje w licznej wspólnocie.
Ponadto, zwierzęta wrodzonym instynktem rozpoznają, co przynosi im korzyść lub szkodę, na przykład jest w naturze owcy lęk przed wilkiem jako wrogiem; niektóre znów zwierzęta naturalnym instynktem wyszukują sobie lecznicze trawy lub coś innego, co jest niezbędne do życia. Natomiast człowiek ma tylko ogólną naturalną znajomość, tego co jest mu niezbędne do życia; potrafi bowiem na podstawie zasad naturalnych dochodzić rozumem, co mu szczegółowo jest konieczne do ludzkiego życia. Otóż nie jest możliwe, aby jeden człowiek mógł to wszystko ogarnąć swoim rozumem; musi więc żyć w gromadzie, aby jeden wspierał drugiego, aby różni zajmowali się różnymi wynalazkami rozumu, na przykład jeden sztuką leczenia, drugi tym, trzeci innym.
Najpełniej się to ujawnia w tym, że sam tylko człowiek posługuje się mową, dzięki której jeden może swój pomysł w całości przekazać innym. Zwierzęta tylko ogólnie przekazują sobie wzajemnie swoje przeżycia, na przykład pies wyraża gniew szczekaniem, i na różne sposoby je wyrażają. Otóż człowiek potrafi się porozumieć z drugim bardziej niż jakiekolwiek zwierzę stadne, takie jak żuraw czy mrówka, albo pszczoła. Mając to na uwadze, Salomon powiedział: "Lepiej jest dwóm niż jednemu, mają bowiem korzyść wzajemnej wspólnoty".
Jeśli więc jest naturalne dla człowieka żyć w licznej gromadzie, wobec tego wszyscy potrzebują jakiegoś kierowania całością. Każdy bowiem z licznych ludzi zabiega o to, co jemu odpowiada; całość rozproszyłaby się - więc na cząstki, gdyby zabrakło tego, do kogo należy troska o dobro całości. Podobnie jak ciało człowieka lub jakiegoś zwierzęcia uległoby rozpadowi, gdyby nie było w nim ogólnej siły przewodniej, zmierzającej ku dobru "wspólnemu wszystkich członków. Mówi o tym Salomon: "Gdzie nie ma rządcy, naród się rozprasza".
Zgadza się to z rozumem. To bowiem co własne, nie utożsamia się, z tym co wspólne; to co "własne, różnicuje, natomiast to co "wspólne, jednoczy. Otóż różne [rzeczy] mają różne przyczyny. Tak więc prócz tego co pobudza do własnego dobra każdej [jednostki] powinno być coś pobudzającego do 'wspólnego dobra wszystkich. Toteż wszędzie tam gdzie wiele [członków] zwraca się ku jednemu, jest coś kierującego. W świecie ciał, pierwsze z nich, mianowicie niebieskie, kierują według porządku Bożej opatrzności innymi ciałami, natomiast wszystkimi kieruje stworzenie rozumne. Również w człowieku dusza kieruje ciałem, zaś w duszy rozum kieruje sferą popędu i pożądania. Także wśród członków ciała, jeden z nich - serce lub głowa - jest główny i porusza pozostałe. Zatem wszędzie tam gdzie jest "wielość, musi być czynnik rządzący.
Otóż tam gdzie jest przyporządkowanie do celu, zdarza się dążenie zarówno słuszne jak niesłuszne. Dlatego też i rządy nad wieloma mogą być słuszne lub niesłuszne. Ktoś jest kierowany słusznie, jeśli prowadzi się go do odpowiedniego celu, niesłusznie zaś - jeśli do celu nieodpowiedniego. Otóż inny jest odpowiedni cel dla społeczności wolnych niż dla pozbawionych wolności. Wolnym jest bowiem ten, kto stanowi przyczynę dla samego siebie, niewolnikiem - kto należy do drugiego. Jeśli więc rządzący porządkuje społeczność wolnych ku dobru wspólnemu społeczności, będą to rządy słuszne i sprawiedliwe, jakie przystoją wolnym. Jeśli jednak rządy kierują nie ku dobru wspólnemu społeczności, ale ku prywatnemu dobru rządzącego, będą to rządy niesprawiedliwe i przewrotne. Toteż przez Ezechiela grozi Pan takim rządcom: "Biada pasterzom, którzy pasą samych siebie", troszcząc się o własne korzyści, "czyż pasterze nie powinni paść trzody?" 5 Tak więc pasterze winni zabiegać o dobro stada, zaś rządzący o dobro poddanej sobie społeczności.
Jeśli więc niesprawiedliwe rządy są sprawowane przez jednego tylko, który w nich szuka swojej korzyści, a nie dobra poddanej sobie społeczności, taki władca nazywa się tyranem. Nazwa pochodzi od przemocy, gdyż zamiast rządzić sprawiedliwością, uciska on siłą; dlatego też starożytni potężnych nazywali tyranami. Jeżeli natomiast niesprawiedliwe rządy sprawowane są nie przez jednego, ale przez kilku, nazywa się to oligarchią, to znaczy władzą nielicznych: kiedy bowiem nieliczni, aby sit; wzbogacić, uciskają lud, różnią się od tyrana tylko liczbą. Jeśli z kolei niegodziwe rządy sprawowane są przez licznych, nazywa się to demokracją, czyli władzą ludu: kiedy mianowicie lud plebejuszy dzięki potędze tłumu uciska bogatych, cały lud jest jakby jednym tyranem.
Podobnie należy rozróżnić rządy sprawiedliwe. Kiedy rządy sprawuje jakaś społeczność, nazywa się to republiką 7, na przykład jeśli miastem albo krajem włada społeczność wojowników. Jeśli zaś rządy sprawowane są przez nielicznych, ale cnotliwych, nazywa się je arystokracją, czyli władzą najlepszą albo najlepszych, ich samych zaś nazywa się elitą. Jeśli natomiast sprawiedliwe rządy należą tylko do jednego, nazywa sic on królem. Jak powiedział Pan do Ezechiela: "Sługa Mój, Dawid, będzie królem nad nimi i jednym pasterzem nad nimi wszystkimi" 9. Jasno stąd wynika, że o pojęciu króla stanowi, to iż jeden jest panujący, który jest pasterzem szukającym wspólnego dobra społeczności, a nie własnego.
Skoro człowiek musi żyć w społeczności, jako że w pojedynkę nie potrafi zaradzić życiowym potrzebom, zatem tym doskonalsza jest społeczność, im bardziej samowystarczalna w zakresie potrzeb życiowych. Wprawdzie pojedyncza rodzina jest już jakoś życiowo samowystarczalna: w zakresie przygotowywania pokarmów, wychowania potomstwa itp.; pojedyncza wieś w zakresie jakiegoś działu gospodarki; miasto natomiast, jako społeczność doskonała w zakresie wszystkich potrzeb życiowych. Jeszcze bardziej cały kraj ze względu na konieczność zwalczania nieprzyjaciół i wzajemnej przeciwko nim pomocy. Kto więc rządzi społecznością doskonałą, czyli miastem lub krajem, nazywa się królem; kto zaś rządzi domem, nie nazywa się królem, ale gospodarzem, nosi jednak jakieś podobieństwo króla, toteż niekiedy królów nazywa się ojcami ludu.
Zatem królem jest ten, kto jako jeden rządzi społecznością miasta lub kraju, dla jej dobra wspólnego. Jak powiada Salomon: "Król rozkazuje całej ziemi, która mu służy".
Co lepiej dla miasta lub kraju: mieć wielu rządców czy jednego?
Następnie trzeba postawić pytanie, co lepiej dla kraju lub miasta: być rządzonym przez wielu czy przez jednego.
Można to rozważyć na podstawie celu rządzenia. Zamysł każdego rządzącego winien zmierzać ku temu, aby troszczyć się o ocalenie tego, czym podjął się kierować: na przykład zadaniem sternika jest aby pomimo morskich niebezpieczeństw zachować okręt w całości i doprowadzić go do portu ocalenia. Otóż dobro i ocalenie społeczności polega na tym, aby zachować jej jedność, którą nazywamy pokojem. Jeśli zabraknie pokoju, przepadają korzyści życia społecznego, owszem, społeczność skłócona - sama dla siebie staje się ciężarem. Zatem do tego najwięcej powinien zmierzać rządca społeczności, żeby zapewnić jedność pokoju. I niesłusznie się zastanawia, czy zapewnić pokój poddanej sobie społeczności; podobnie jak lekarz, [który by się zastanawiał], czy leczyć powierzonego sobie chorego. Nikt bowiem nie powinien się zastanawiać nad celem, do którego dążyć jest jego obowiązkiem, lecz nad tym co do celu prowadzi. Toteż Apostoł, wezwawszy wierny lud do jedności, powiada: "Starajcie się zachować jedność ducha, związani pokojem" . Zatem im skuteczniej rządy przyczyniają się do jedności pokoju, tym bardziej są pożyteczne; to bowiem nazywamy bardziej pożytecznym, co skuteczniej prowadzi do celu. Nie ma zaś wątpliwości, że jedność lepiej jest sprawiana, przez to co jest z istoty swej jedno, aniżeli przez licznych; podobnie jak najbardziej skutecznie ogrzewa to, co jest z istoty swej gorące. Zatem bardziej pożyteczne są rządy jednego niż wielu.
Dalej, wielu nie mogłoby - rzecz jasna - w żaden sposób rządzić społecznością, gdyby byli zupełnie skłóceni. Muszą więc być jakoś zjednoczeni, aby mogli rządzić, podobnie jak wielu nie mogłoby skierować w jedną stronę okrętu, gdyby się w jakiś sposób nie zjednoczyli. Otóż zjednoczenie oznacza zbliżanie się wielu do jedności. Lepiej więc, aby rządził jeden, aniżeli wielu, którzy się zbliżają do jedności.
Ponadto, to co zgodne z naturą, jest najlepsze, albowiem w poszczególnych [bytach] natura sprawia, to co najlepsze. Otóż wszelkie rządy naturalne sprawuje jeden. Jeden członek, mianowicie serce, porusza zasadniczo całą resztę; również częściami duszy kieruje jedna władza podstawowa, mianowicie rozum; pszczoły mają jedną matkę, zaś stwórcą i rządcą całego wszechświata jest jeden Bóg. To się zgadza z rozumem: każda bowiem wielość pochodzi od jednego. Otóż to co jest tworzone sztucznie, naśladuje to, co naturalne, i tym lepsze jest dzieło sztuki, im bardziej podobne do tego co w naturze. Wynika stąd, że najlepiej dla ludzkiej społeczności, jeśli jest rządzona przez jednego.
Również doświadczenie na to wskazuje. Albowiem kraje i miasta, którymi nie rządzi jeden, męczą się w niezgodach i kipią niepokojem, jakby dla wypełnienia skargi Pana: "Liczni pasterze spustoszyli winnicę". I przeciwnie, kraje i miasta rządzone przez jednego króla, zażywają pokoju, kwitną sprawiedliwością i radują się w zamożności. Toteż obiecuje Pan przez proroków swojemu ludowi jako wielki dar, że ustanowi dla niego jedną głowę i że "będzie jeden przywódca pośród nich".
Rządy tyrana są najgorsze
Otóż jak rządy króla są najlepsze, tak rządy tyrana są najgorsze. Albowiem republice przeciwstawia się demokracja, gdyż w obu wypadkach, jak mówiliśmy rządy są sprawowane przez wielu; z kolei, arystokracji przeciwstawia się oligarchia, obie bowiem są sprawowane przez nielicznych; królowaniu zaś - tyrania, gdyż w jednym i drugim wypadku są to rządy jednego. Wykazaliśmy już, że królestwo jest najlepszym [systemem] rządów. Ponieważ zaś najlepszemu przeciwstawia się najgorsze, wynika stąd, że rządy tyrana są najgorsze.
Dalej, siła zjednoczona skuteczniej osiąga cel, niż kiedy jest rozproszona lub podzielona: kiedy wielu złączy się razem, pociągną to, czego nie potrafią ruszyć z miejsca podzieleni na poszczególne partie. Zatem podobnie jak korzystniej, aby moc, która działa ku dobru, bardziej się zjednoczyła, żeby z tym większą siłą czynić dobro, tak samo jest bardziej szkodliwe kiedy moc czyniąca zło jest jedna, aniżeli kiedy podzielona. Otóż moc niesprawiedliwego władcy działa na zło społeczności, gdyż dobro wspólne społeczności odwraca on wyłącznie dla swojego własnego dobra. W rządach sprawiedliwych, im bardziej władca jest jeden, tym bardziej korzystne rządy, tak że monarchia jest korzystniejsza od arystokracji, arystokracja zaś od republiki. Przeciwnie jest w rządach niesprawiedliwych: im bardziej władca jest jeden, tym więcej przynoszą one szkody. Zatem tyrania jest bardziej szkodliwa niż oligarchia, oligarchia zaś niż demokracja.
Następnie, rządy w ten sposób stają się niesprawiedliwe, że wzgardziwszy dobrem wspólnym społeczności, władca szuka dobra prywatnego. Im bardziej zaś odchodzi od dobra wspólnego, tym bardziej niesprawiedliwe są rządy. Otóż więcej odchodzi się od dobra wspólnego \v oligarchii, gdzie szuka się dobra nielicznych, aniżeli w demokracji, gdzie szuka się dobra wielu. A jeszcze bardziej odchodzi się od dobra wspólnego w tyranii, gdzie szuka się dobra tylko dla jednego. Dla każdej bowiem całości bliższe jest liczne niż nieliczne oraz nieliczne raczej niż pojedyncze. Zatem rządy tyrana są najbardziej niesprawiedliwe.
Stanie się to również jasne, jeśli rozważyć porządek Bożej opatrzności, która najlepiej wszystkim kieruje. Albowiem dobro przychodzi do rzeczy z jakiejś przyczyny doskonałej, gdyż wszystko co może przyczynić się do dobra, jakby się jednoczy; natomiast zło [przychodzi] oddzielnie z poszczególnych braków. Nie będzie bowiem ciało piękne, jeżeli wszystkie członki nie będą stosownie ułożone; brzydotę zaś sprawia niestosowne ułożenie jakiegokolwiek członka. Tak więc brzydota pochodzi w różny sposób od różnych przyczyn, uroda zaś w jeden sposób od jednej przyczyny doskonałej. I tak jest we wszystkim, co dobre i złe, jakby Bóg o to się troszczył, żeby dobro pochodzące od jednej przyczyny było mocniejsze, zaś zło pochodzące z wielu przyczyn było słabsze. Lepiej więc, żeby rządy sprawiedliwe należały tylko do jednego: są wówczas mocniejsze. Jeśli zaś rządy odbiegają od sprawiedliwości, lepiej żeby sprawowali je liczni: są wówczas słabsze, a [rządzący| przeszkadzają sobie wzajemnie. Zatem wśród rządów niesprawiedliwych bardziej znośna jest demokracja, najgorsza zaś - tyrania.
Wynika to również z obserwacji zła, jakie czynią tyrani. Ponieważ tyran szuka dobra prywatnego z pogardą dla wspólnego, w rezultacie w różnoraki sposób uciska poddanych, gdyż sam podlega różnorodnym namiętnościom, które pchają go ku jakimś dobrom. Jeśli dał się uwięzić chciwości, rabuje dobra poddanych; jak mówi Salomon: "Król sprawiedliwy podnosi ziemię, chciwy ją niszczy". Jeśli dał się zwyciężyć gniewowi, z byle powodu rozlewa krew; jak powiada [Pan] przez Ezechiela: "Książęta jej rozlewają krew jak wilki porywające zdobycz" . Toteż Mędrzec upomina, żeby takiej władzy unikać: "Daleko bądź od człowieka, który ma władzę zabijania", gdyż nie używa jej sprawiedliwie, ale zabija według zachcianki. W ogóle nie można wówczas być bezpiecznym, lecz - wobec odejścia od prawa - wszystko jest niepewne. I nic nie może się wówczas utrwalić, gdyż zależy od czyjejś woli, żeby nie powiedzieć - zachcianki.
[Tyran] obciąża poddanych nie tylko [w zakresie dóbr] cielesnych, ale przeszkadza im w dobrach duchowych. Ponieważ bardziej pożąda władzy niż bycia pożytecznym, utrudnia wszelki postęp poddanych, podejrzewa bowiem, że jakakolwiek wyższość poddanych szkodzi jego niegodziwemu panowaniu. Bardziej podejrzani dla tyranów są dobrzy niż źli i zawsze straszliwie boją się cudzej cnoty. Zatem tyrani starają się nie dopuścić do tego, aby ich poddani stali się cnotliwi i nabrali ducha wielkoduszności, bo wówczas nie znieśliby ich niegodziwego panowania. Zabiegają również, o to aby pomiędzy poddanymi nie utrwalały się związki przyjaźni i aby nie radowali się oni wzajemnym zyskiem pokoju: kiedy bowiem jeden drugiemu nie ufa, nie mogą niczego podejmować przeciw ich panowaniu. Toteż sieją niezgody wśród poddanych, a istniejące podtrzymują, oraz zakazują tego, co łączy ludzi, na przykład małżeństw i zebrań oraz tym podobnych rzeczy, dzięki którym rodzi się wśród ludzi zażyłość i zaufanie. Wysilają się ponadto, aby poddani nie stali się silni ani bogaci - podejrzewają ich bowiem według przewrotności swego sumienia, a ponieważ sami używają potęgi i bogactw do szkodzenia, obawiają się, żeby siła i bogactwo poddanych im nie zaszkodziły. Toteż czytamy u Hioba na temat tyrana: "Ciągle słyszy zgiełk niebezpieczeństwa, i chociaż pokój jest" - to znaczy choć nic mu nie grozi - "on wszędzie podejrzewa zasadzki.
Stąd zdarza się, że pod rządami tyranów niewielu jest cnotliwych: skoro władcy, którzy powinni poddanych prowadzić do cnoty, niegodziwie im cnoty zazdroszczą i jak mogą stawiają jej przeszkody. Albowiem, jak powiedział Arystoteles, tam nie brak dzielnych mężów, gdzie czci się najdzielniejszych. Zaś Tuliusz powiada: "Leży w zastoju i mało się rozwija to, co nie znajduje poszanowania" . To zresztą naturalne, że ludzie żyjący w strachu, wyradzają się w służalców i stają się małoduszni w dziele [wymagającym] odwagi i wytrwałości. Widać to naocznie w krajach, które długo były pod rządami tyranów. Toteż Apostoł w Liście do Kolosan powiada: "Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych synów, aby nie stali się małoduszni".
Dostrzegając szkody tyranii, król Salomon powiada: "Upadek ludzi z królowania bezbożnych": bo przez niegodziwość tyranów poddani słabną w doskonałości cnót. A dalej mówi: "Kiedy bezbożnicy przejmą władzę, jęczy lud", bo został wzięty w niewolę. I jeszcze: "Gdy niegodziwcy wywyższeni, ludzie się ukrywają": aby uniknąć okrucieństwa tyranów. I nic w tym dziwnego, bo człowiek, który rządzi bez rozumu i według zachcianki, niczym się nie różni od dzikiego zwierza. Toteż powiada Salomon: "Lew ryczący i zgłodniały niedźwiedź - oto władca niegodziwy nad biednym ludem". Dlatego ludzie kryją się przed tyranami jak przed bestiami krwiożerczymi, a poddać się tyranowi to tak samo jakby padać na twarz przed szalejącą bestią.
(św. Tomasz z Akwinu, De regimine principium – fragmenty)

 Marta Czech

piątek, 18 marca 2011

Droga Krzyżowa inspirowana Hymnem o Miłości św. Pawła (1Kor 13, 1-13)

 
          …takie oto luźne, napisane przeze mnie w Roku św. Pawła na potrzeby duszpasterstwa salezjańskiego, rozważania Drogi Krzyżowej… Dziś ,,XV stacji” bym już nie uwzględniała, ale, w tym przypadku, jest w miarę spójnie, a odwołanie w niej do ostatnich słów Pawłowego hymnu, zamyka całość należytą klamrą.

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
4 Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
5 nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
6 nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
7 Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
8 Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
9 Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
10 Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
11 Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość. (1Kor 13, 1-13)

Stacja I – Sąd nad Jezusem
Pusty dźwięk
1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, 
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Brzęk srebrników, skazujący wrzask tłumu, pianie koguta… To wszystko puste dźwięki: ,,miedź brzęcząca”, ,,cymbał brzmiący”… Puste dźwięki, bo zabrakło Miłości. Opuszczony Jezus, bo zabrakło Miłości. Samotny Judasz, bezpański tłum, osierocony Piotr – bo zabrakło Miłości. Nic tak nie rozdziela ludzi jak braki w Miłości.
Ale Jezus wie, że każda ziemska miłość musi mieć swój ,,Wielki Piątek”. Jezus wie, że jeżeli ktoś nie kocha tak, jakbyśmy tego chcieli, nie oznacza to, że nie kocha on z całego swego serca i ponad własne siły. Jezus zna ograniczenia mego serca i siłę moich możliwości. Zna każdą moją słabość, każdy zgrzyt mojej osobowości, każdy chrzęst mojego moralnego kręgosłupa - każdy pusty dźwięk. On to wszystko wie.
I kocha.
...stałbym się jak miedź brzęcząca...

Stacja II – Jezus bierze krzyż na ramiona
Cierpliwość
4 Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Cierpliwość jest codzienną formą Miłości. Kochać – to mieć cierpliwość. Cierpliwość oczekiwania na właściwy moment i cierpliwość trwania w tym momencie. Choćby miał to być moment krzyża. To miłująca cierpliwość pozwala mi na rezygnację z panowania nad własnym życiem. Dzięki tej miłującej cierpliwości, jak Jezus, jestem zdolny pełnić wolę Ojca, nawet gdyby tą wolą był krzyż na moich ramionach. Cierpliwość wolę Ojca postrzega jako świątynię, gdzie Bóg chce być z człowiekiem sam na sam. Gdzie Bóg człowieka obdarowuje pełnią łask, by przygotować na najtrudniejsze.
…a najtrudniejsze w dźwiganiu krzyża to z Miłości zamknąć otwartą dłoń i jako darzący zachować milczenie.
Miłość cierpliwa jest...

Stacja III – I upadek Pana Jezusa
I szansa
11 Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko.
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły. Mówiłem jak dziecko… Mówiłem bezmyślnie, w zasadzie – powtarzałem za innymi. Powtarzałem, że Miłość jest ślepa. Nie ma niczego bardziej ,,widzącego”, niż prawdziwa Miłość. Niczego. Jest ona czymś najwyraźniej ,,widzącym” pod słońcem. Poświęcenie jest ślepe, przywiązanie jest ślepe, pożądanie jest ślepe - ale nie prawdziwa Miłość. Nie nazywajmy tych uczuć Miłością. A że nasza miłość się potyka – to nie dlatego, że jest ślepa, ale zbyt niedojrzała, słaba. Nasza miłość przewraca się jak dziecko. Boża Miłość ciężar potykających się słabości zauważa, podnosi i prowadzi ku sobie. Boża Miłość daje szansę, by iść dalej. Bez tej ,,zauważającej” Miłości każde życie jest jedynie udawaniem i mijaniem, ślepym zaułkiem, drogą w ciemnościach, nieporadnością dziecka, upadkiem bez powstania… Wstań i chodź! I kochaj! ,,Widząca” Miłość Cię poprowadzi!
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły...

Stacja IV – Jezus spotyka swoją Matkę
Heroizm
7 Miłość wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość niesie ze sobą nie tylko dar kochania, ale i dar cierpienia. Miłość ból ukochanej osoby pragnie przejąć na siebie. Miłość mogę odnaleźć w sobie, gdy czyjś ból boli mnie jako mój ból. Gdy czyjaś samotność jest moją samotnością. Miłość to czuwanie nad cudzą samotnością.
Maryja czuwa nad wszystkim, co związane z krzyżowaniem Jezusa. Wszystko znosi - o nic nie pyta, nie żąda wyjaśnień, nie czyni wyrzutów, nie chce za wszelką cenę zrozumieć. Jej Miłość przede wszystkim towarzyszy i czuwa. Miłość, która przenika tajemnice i samotność kochanej osoby, pozwalając jej zachować swoje sekrety i pozostawiając jej wewnętrzną wolność. Prawdziwa Miłość o nic nie pyta. Wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję.
Miłość wszystko przetrzyma...

Stacja V – Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi
Odpowiedź
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
Szymon z Cyreny być może i został zmuszony, by nieść Jezusowy krzyż, ale to nie Jezus domagał się pomocy. Miłość nie narzuca się, nie zaczepia, nie zachęca, gdyż pragnie dla swej prawości uczuć równie szczerej odpowiedzi. Miłość pragnie Miłości, daje więc pełną wolność wyboru osobie umiłowanej.
Jeżeli więc miłość moja pozostaje bez odzewu, powinienem zamilknąć… Nie należy mieszać Miłości z niewolnictwem serca. Miłość nie istniałaby, gdybyśmy byli do niej zmuszani.
Miłość nie prosi ani nie żąda. Jest siłą, która sama za sobą pociąga. Niczego nie narzuca, nie zaczepia, nie zachęca…, a pociąga, przenosi góry, przenosi krzyże…
Miłość nie narzuca się, nie zaczepia, nie zachęca…, a pociąga...

Stacja VI – Weronika ociera twarz Jezusowi
Wzajemność
3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
To Ty, Jezu, ukochałeś pierwszy. To Ty dotykałeś trędowatych, podnosiłeś upadłych, ocierałeś łzy, umywałeś nogi…  I z tego tłumu ocalonych, wybiega tylko Weronika. Tylko jedna osoba, jedna kobieta, jedna Weronika… Chciałoby się wykrzyczeć: ,,Gdzie są pozostali?!”. Ale Miłość, szukając wzajemności, jest nieśmiała i cicha. Miłość oczekuje z nadzieją, że zauważona zostanie. I chociaż czyni wszystko dla dobra ukochanej osoby, działa w tajemnicy, by wzajemności nie wymusić. Bo Miłość to bycie do dyspozycji, to gotowość do tego, by usłużyć, pomóc, przydać się, zaopiekować. To chęć, by być potrzebnym. Możesz oddać wszystkie swoje dobra, by pomóc innym, i wydać swoje ciało na spalenie, a nie mieć absolutnie Miłości. Zachowaj swoje dobra, a odrzuć swoje „ja”. Nie pal ciała; spal swoje ego. A Miłość, jak Weronika z tłumu, wypłynie sama.
Miłość oczekuje z nadzieją, że zauważona zostanie...

Stacja VII – II upadek Pana Jezusa
II szansa
11 Gdy byłem dzieckiem,
(…) czułem jak dziecko.
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły. Czułem jak dziecko… Przewracałem się jak dziecko i krzyczałem, że boli; że, skoro boli, Bóg mnie nie kocha! Ale Miłość nie zadaje bólu. Źródłem bólu jest lęk, który z Miłością nie ma nic wspólnego. Źródłem bólu jest chęć posiadania, która z Miłością nie ma nic wspólnego.
Jeśli w miłości przedkładam nade wszystko to, co ją zwiastuje – nigdy nie zaznam spełnienia. Więcej: każdy mój krok będzie upadkiem pod ciężarem tego wszystkiego, co chciałbym w Miłości posiąść. Jezu, podnieś mnie z mojej zachłannej, naiwnej, dziecinnej, cieszącej tylko zmysły, miłości!
Czułem jak dziecko...

Stacja VIII – Jezus spotyka płaczące niewiasty
Odnalezienie
Miłość nie szuka swego.
Miłość nie szuka swego, nie jest w siebie zapatrzona. Gdybym widział tylko siebie, swoje cierpienie, tylko swoje rany, swoje pragnienia – nie byłbym w stanie odnaleźć drugiego człowieka; dostrzec, jak Jezus, że obok mnie jest ktoś jeszcze. Że ja, mimo swoich słabości, mogę mu się na coś przydać. Że ja, mimo swego smutku, mogę go pocieszyć. Że ja, mimo swego ubóstwa, mogę go obdarować.
Bo Miłość prawdziwa obdarza, nasyca i sama siebie daje temu, którego kocha.
Miłość nie pragnie, aby jej dogadzano, ani nie stara się wcale o własną wygodę; lecz troszczy się o dobro innych i buduje Niebo pośród piekielnej rozpaczy.
Mimo swoich słabości, mogę się na coś przydać...

Stacja IX – III upadek Pana Jezusa
III szansa
11 Gdy byłem dzieckiem,
(…) myślałem jak dziecko.
W miłości nikt, prócz Boga, nie jest dorosły. Myślałem jak dziecko… Myślałem, że jak już kocham  - to wszystko mi się należy. Myślałem, że jak kocham – to już wystarczy. To ,,już wystarczy” – to mój kolejny upadek. Kolejne zasłuchanie się we wszystko i wszystkich, z pominięciem Jezusa. A Jezus nie krzyczy, nie mówi – On całym sobą pokazuje mi, że ten, kto prawdziwie kocha, nie troszczy się o nagrodę za swą Miłość, lecz tylko o to, by kochać coraz lepiej. Nie: ,,już wystarczy”, ale: ,,coraz lepiej”. Nie wystarczy Miłości odkryć, poczuć. Trzeba ją jeszcze umieć budować. Budować Miłość to nie – zostać w miejscu. To, jak Jezus, powstać i iść dalej. Budować Miłość – to kochać coraz lepiej.
Myślałem jak dziecko…

Stacja X – Obnażenie z szat
Czystość
5 Miłość nie dopuszcza się bezwstydu.
Kochać niekochających – to nie wstyd. Kochać bez wzajemności – to nie wstyd. Kochać, nie mając nic do zaoferowania, poza swoją Miłością – to nie wstyd. To czysta Miłość!
Czymże jest ,,posiadanie" w Miłości? Może posiada się bardziej wtedy, gdy się nie posiada…? Gdy jest się całkowicie ogołoconym, obnażonym, odartym z tego wszystkiego, co Miłością nie jest. Gdy nie ma się już kompletnie niczego, a nawet kompletnie nikogo, kto pozwoliłby się kochać. Kochać prawdziwie, kochać czysto – to kochać nie posiadając.
Miłość nie dopuszcza się bezwstydu.

Stacja XI – Przybicie do krzyża
Stać się
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Wyzbyłem się tego, co dziecięce: mówienia jak dziecko, czucia jak dziecko, myślenia jak dziecko… Prawdziwa miłość zawsze milczy: wyrazem prawdy są czyny, nie słowa, uczucia, czy myśli. Miłość, która nie jest niczym więcej, niż uczuciem, nie jest Miłością. Miłość, która nie przeistacza się w czyn, nie jest Miłością.
Im bardziej się kocha, tym więcej się czyni. Im bardziej się kocha, tym bardziej jest się gotowym cierpieć za osobę ukochaną. Kiedy się prawdziwie kocha, znosi się nawet rozdarte ciało i duszę, przebite ręce i stopy. I nie krzyczy się, jak dziecko, że boli. A boli. I jest się wdzięcznym za ten ból. Stać się podobnym do Jezusa – to pozwolić sobie na taki ból.
Wyzbyłem się tego, co dziecięce...

Stacja XII – Śmierć na krzyżu
Przebaczenie
Miłość nie pamięta złego.
Zanim powierzył swe ostatnie tchnienie Ojcu, zanim oddał w Jego ręce swego Ducha, dogorywając na krzyżu, kiedy, wydawałoby się, opuściły Go wszystkie siły – te najbardziej przekonywujące o Miłości okazały się niezniszczalne. Siła pragnienia i siła przebaczenia. Prawdziwa Miłość to nie tylko akt całkowitego oddania. Miłość w swojej istocie jest pragnieniem Miłości. … a samo przebaczenie to chyba najtrudniejsza Miłość.
A śmierć…? Śmierć to tylko minimum. Minimum wszystkiego. Podczas tych godzin, gdy jestem tak blisko drugiej osoby... Minimum... Miłość jest śmiercią: śmiercią odrębności, śmiercią dystansu, śmiercią czasu…
Jeśli wszystko jest stracone, oprócz Miłości - nic nie jest stracone. Miłość to jest to, co pozostaje, gdy zabrane zostało już wszystko. Nawet nadzieja.
Miłość nie pamięta złego.

Stacja XIII – Zdjęcie z krzyża
Cisza
Miłość nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą.
Kiedy przemawiałeś, Jezu, otaczały cię tłumy. Kiedy, zdejmowany z krzyża, milczysz – tylko nieliczni mają odwagę przy Tobie być. Tylko nieliczni mają odwagę posłuchać tego milczenia – tej najcenniejszej nauki. Nauki Miłości. Mieć odwagę kochać… Kiedy się kocha, nie trzeba nic mówić. Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości.
Miłość jest przede wszystkim zasłuchaniem w ciszy. Kochać to rozpamiętywać.
Miłość nie szuka poklasku...

Stacja XIV – Złożenie do grobu
Trwanie
8 Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Miłość nigdy nie ustaje. Czas, trwanie – to Miłość. Miłość to po prostu - obecność. Nie istnieje ,,brak czasu”. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieje nawał pracy. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieją palące obowiązki. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieje zmęczenie. Jest tylko brak Miłości. Nie istnieje śmierć. Nie istnieje grób. Jest tylko brak Miłości. Nie grzebmy Miłości tylko dlatego, że nie mamy czasu; tylko dlatego, że ściga nas nawał pracy i palące obowiązki; tylko dlatego, że czujemy się zmęczeni! Nie grzebmy Miłości, tylko dlatego, że wydaje nam się, iż Miłość Jezusa umarła wraz z Jego ciałem. Miłość nigdy nie ustaje… Miłość trwa.
Miłość nigdy nie ustaje...

Stacja XV – Zmartwychwstanie
Twarzą w twarz
12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Poznam tak, jak i zostałem poznany; tak, jak zostałem stworzony. Kochać - to znaczy narodzić się, zmartwychwstać. I wcale nie chodzi tu o zaprzeczenie prawom natury. Miłość nie zaprzecza rzeczywistości, tylko ją przekształca. Bóg włożył ją w moje ręce jak klucz do raju, jak drogę do gniazda, gdzie czeka na mnie oswojone szczęście. Szczęście oswojone to szczęście, które nie ucieka. To Miłość, która nie ucieka, nie przynagla, nie zawraca głowy, nie zaprząta myśli… To Miłość, która całą sobą JEST. Miłość twarzą w twarz.

Zakończenie
13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.
Dopóki Miłość pozostaje niemożliwa do opisania, dopóty jestem człowiekiem, a nie tylko mieszaniną kodu genetycznego, fizjologii czy skoków adrenaliny. Kocham, więc jestem. Kocham, więc będę.

Marta Czech