piątek, 15 kwietnia 2011

Droga Krzyżowa na kanwie Spe salvi


          Było już o Miłości…, jest i o nadziei. Poniżej rozważania, których głównym komponentem są wybrane przeze mnie fragmenty encykliki Benedykta XVI, Spe salvi - W nadziei już jesteśmy zbawieni (2007) z czasów zaraz po powstaniu encykliki, kiedy to jeszcze w niektórych duszpasterstwach akademickich podobne dokumenty słusznie być zwykły lekturą obowiązkową.

Wstęp
Pierwszym istotnym miejscem uczenia się nadziei jest modlitwa. Jeśli nikt mnie już więcej nie słucha, Bóg mnie jeszcze słucha. Jeśli już nie mogę z nikim rozmawiać, nikogo wzywać, zawsze mogę mówić do Boga. Jeśli nie ma już nikogo, kto mógłby mi pomóc – tam, gdzie chodzi o potrzebę albo oczekiwanie, które przerastają ludzkie możliwości trwania w nadziei – On może mi pomóc.

Stacja I – sąd nad Jezusem
Teraz [sędzia] ma przed sobą być może duszę króla [...] czy panującego, i nie widzi w niej nic zdrowego. Widzi ją wychłostaną, pełną blizn pochodzących z ludzkich krzywd i niesprawiedliwości […].
Nie jest jednak przekonany do tego, czego nie widzi. Nie jest w stanie ujrzeć w wychłostanym i zakrwawionym człowieku prawdziwego Króla. Sędzia nie akceptuje Jezusa, ani samego siebie, bo nie ma żadnego celu, nie ma w nim wiary. Nie potrafi znieść otaczającej go teraźniejszości. Czy ja potrafię znosić teraźniejszość, nawet uciążliwą? Można ją przeżywać i akceptować tylko jeśli ma jakiś cel i jeśli tego celu możemy być pewni, jeśli jest to cel tak wielki, że usprawiedliwia trud drogi.

Stacja II – Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona
Tylko wtedy, gdy przyszłość jest pewna jako rzeczywistość pozytywna, można żyć w teraźniejszości.
Jezu, Ty wziąłeś krzyż na Swoje ramiona, ponieważ nie wątpiłeś w pozytywną rzeczywistość, wieczną rzeczywistość. Twój krzyż nie tylko «informuje», ale również «sprawia». Oznacza to: Twoja droga nie jest jedynie przekazem treści, które mogą być poznane, ale jest przesłaniem, które tworzy fakty i zmienia życie. Mroczne wrota czasu, przyszłości, zostały otwarte na oścież. Kto ma nadzieję, żyje inaczej; zostało mu dane nowe życie, …bo Ty jesteś nie tylko drogą, ale i życiem.

Stacja III – I upadek Pana Jezusa
Potrzebujemy małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze. Jednak bez wielkiej nadziei, która musi przewyższać pozostałe, są one niewystarczające. Tą wielką nadzieją może być jedynie Bóg, który ogarnia wszechświat, i który może nam zaproponować i dać to, czego sami nie możemy osiągnąć.
Upadając, Jezu, i Ty po ludzku miałeś małe i większe nadzieje: małą, że za chwilę powstaniesz i tę większą, która Ciebie podniosła – nadzieję na zbawienie ludzkości.

Stacja IV – Jezus spotyka swoją Matkę
Maryjo, poznałaś narastającą siłę wrogości i odrzucenia, która stopniowo narastała wokół Jezusa, aż do godziny krzyża, gdy musiałaś patrzeć na Zbawiciela świata, potomka Dawida, Syna Bożego umierającego jako «przegrany», wyszydzony, pomiędzy łotrami. (…) Miecz boleści przeniknął Twoje serce. Czy umarła nadzieja? Czy świat ostatecznie pozostał bez światła, życie bez celu? W tamtej godzinie prawdopodobnie na nowo usłyszałaś w swoim wnętrzu słowa anioła, w których odpowiadał na Twój lęk w chwili zwiastowania: «Nie bój się, Maryjo!» (Łk 1, 30). (…) W godzinie Nazaretu anioł powiedział Ci też: «Jego panowaniu nie będzie końca» (Łk 1, 33). Czy może skończyło się, zanim się zaczęło? Nie, pod krzyżem, na mocy samego słowa Jezusa, Ty stałaś się Matką wierzących. (…) Święta Maryjo, Matko Boga, Matko nasza, naucz nas wierzyć, żywić nadzieję, kochać wraz z Tobą.

Stacja V – Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi
Wiara nie jest tylko skłanianiem się osoby ku rzeczom, jakie mają nadejść, ale wciąż są całkowicie nieobecne. Ona coś nam daje. Już teraz daje nam coś z samej oczekiwanej rzeczywistości, a obecna rzeczywistość stanowi dla nas «dowód» rzeczy, których jeszcze nie widzimy. Włącza przyszłość w obecny czas do tego stopnia, że nie jest ona już czystym «jeszcze nie». Fakt, że ta przyszłość istnieje, zmienia teraźniejszość; teraźniejszość styka się z przyszłą rzeczywistością, i tak rzeczy przyszłe wpływają na obecne i obecne na przyszłe.
Zejściem teraźniejszości z przyszłą rzeczywistością - tego, co już jest z tym, co jeszcze nie - okazało się spotkanie Szymona z Jezusem. …i już wtedy dało ono Cyrenejczykowi coś z samej oczekiwanej rzeczywistości.

Stacja VI – św. Weronika ociera twarz Jezusowi
Z nadziei (…) osób, dotkniętych przez Chrystusa, zrodziła się nadzieja dla innych, którzy żyli w ciemnościach i bez nadziei. Tu okazało się, że to nowe życie prawdziwie ma «substancję» i że jest to «substancja», która budzi życie u innych. Dla nas, którzy patrzymy na (…) postaci takie jak Weronika, ich sposób działania i życia jest faktycznie «dowodem», że rzeczy przyszłe, obietnica Chrystusa to nie tylko oczekiwana rzeczywistość, ale prawdziwa obecność: On prawdziwie jest «nauczycielem» i «pasterzem», który wskazuje nam, czym jest i gdzie jest życie.
Czy pragnę dotknąć Chrystusa, drugiego człowieka, tak, by zrodziła się we mnie siła i nadzieja taka jak u Weroniki?

Stacja VII – II upadek Pana Jezusa
Wytrwałość - umiejętność oczekiwania połączonego z cierpliwym znoszeniem prób jest dla wierzącego niezbędna, aby mógł «dostąpić spełnienia obietnicy». W religijności starożytnego judaizmu słowo to było stosowane umyślnie dla opisania charakterystycznego dla Izraela oczekiwania Boga: trwania w wierności Bogu, na fundamencie pewności Przymierza, w świecie, który sprzeciwia się Bogu. Tak więc słowo to oznacza nadzieję, którą się żyje, życie oparte na pewności nadziei.
Czy w moich upadkach towarzyszy mi Jezusowa wytrwałość? Czy rzeczywiście czekam na spełnienie Jego obietnicy, opierając swe życie na pewności Bożej nadziei?

Stacja VIII – Jezus pociesza płaczące niewiasty
Ludzie, którzy zgodnie ze swoim statusem społecznym dzielą się na panów i niewolników, jako członkowie jednego Kościoła stają się dla siebie braćmi i siostrami – tak wzajemnie nazywali siebie chrześcijanie. Jezus, pochylając się nad niewiastami, zapewne pochylał się i nad paniami i nad niewolnicami. Ale nad każdą tak samo czule, z taką samą miłością. Dzięki temu stały się wspólnotą kobiet, które razem mają zastanowić się nad własnym życiem. Ta wizja «szczęśliwego życia» ukierunkowanego na wspólnotę ma na celu coś spoza obecnego świata, ale właśnie dlatego wnosi też wkład w budowanie świata (…) tu i teraz.
Jaki jest mój wkład w budowlę wspólnoty, którą pragnę współtworzyć?

Stacja IX – III upadek Pana Jezusa
Ci, którzy współcierpieli z Jezusem, z radością przyjęli rabunek ich mienia, wiedząc, że z Nim, Jezusem, posiadają rzeczy lepsze i trwałe - (…) dobra, które w ziemskim życiu stanowią utrzymanie, czyli bazę - «substancję» - dla życia, na którą można liczyć. Ta «substancja», normalne zabezpieczenie życia, została odebrana chrześcijanom podczas prześladowania. Znieśli to, ponieważ uważali tę materialną «substancję» za mało znaczącą. Mogli ją porzucić, gdyż znaleźli lepszą «podstawę» istnienia - bazę, która pozostaje i której nikt i nic, żaden upadek, nie może odebrać.
Czy i ja wierzę, że tylko z Jezusem jestem najbogatszy?

Stacja X – Jezus z szat obnażony
Jezus mówi nam kim w rzeczywistości jest człowiek i co powinien czynić, aby prawdziwie być człowiekiem. Wskazuje nam drogę, a tą drogą jest prawda. On sam jest jedną i drugą, a zatem jest także życiem, którego wszyscy poszukujemy. Jezus mówi nam, że w tym życiu nie możemy zapominać o tym kim jesteśmy, o swoim człowieczeństwie. Pozwalając się obnażyć, Sam ukazuje pełnię Swojego człowieczeństwa. Ten, który na drodze całkowitej samotności, na której nikt nie może mi towarzyszyć, idzie za mną i prowadzi mnie, abym ją pokonał, pokonał jak człowiek. Jest ze mną przede wszystkim w tych najbardziej wstydliwych i hańbiących moją osobę momentach – gdy inni próbują obedrzeć mnie z godności.

Stacja XI – przybicie Pana Jezusa do krzyża
Człowiek nie może akceptować cierpienia drugiego, jeśli on sam nie potrafi odnaleźć w cierpieniu sensu, drogi oczyszczenia i dojrzewania, drogi nadziei. Zaakceptować drugiego, który cierpi, oznacza bowiem przyjąć na siebie w jakiś sposób jego cierpienie, tak że staje się ono również moim. Właśnie dlatego jednak, że staje się ono teraz cierpieniem podzielanym, że jest w nim obecny ktoś inny, oznacza to, że światło miłości przenika moje cierpienie. Łacińskie słowo consolatio, pocieszenie, wyraża to w piękny sposób, sugerując «bycie razem» w samotności, która już nie jest samotnością. Ale także zdolność akceptacji cierpienia z miłości do dobra, prawdy i sprawiedliwości stanowi o mierze człowieczeństwa (…). (…) również «tak» wypowiedziane miłości jest źródłem cierpienia, bo miłość wciąż na nowo wymaga samowyrzeczenia, w którym pozwalam się przycinać i ranić.

Stacja XII – śmierć Pana Jezusa
Z jednej strony nie chcemy umierać; zwłaszcza ci, którzy nas kochają nie chcą naszej śmierci. Z drugiej jednak, nie pragniemy też istnieć w nieskończoność, a także ziemia nie została stworzona z taką perspektywą. Czego więc tak naprawdę chcemy? Ta paradoksalność naszej własnej postawy rodzi głębsze pytanie: czym w rzeczywistości jest «życie»? Co w rzeczywistości oznacza «wieczność»? Są chwile, w których niespodziewanie zaczynamy rozumieć: tak, to właśnie jest to – prawdziwe «życie» – takie powinno być. Przeciwnie, to co na co dzień nazywamy «życiem» w rzeczywistości nim nie jest. (…) Nie znamy Bożej rzeczywistości; także w tych momentach, w których myślimy, że jej dotykamy, nie osiągamy jej naprawdę. (…) Nie wiemy, czego prawdziwie pragnęlibyśmy; nie znamy tego «prawdziwego życia»; niemniej wiemy, że musi istnieć coś, czego nie znamy, a do czego dążymy.

Stacja XIII – zdjęcie z krzyża
To, co przyniósł Jezus, który umarł na krzyżu, było czymś całkowicie odmiennym: spotkaniem z Panem panów, spotkaniem z żyjącym Bogiem, a zatem spotkaniem z nadzieją mocniejszą niż cierpienia niewoli, przemieniającą od wewnątrz życie i świat.
Zdjęty z krzyża, Chryste, byłeś blady, połamany, posiniaczony, …a już wtedy przemieniałeś od wewnątrz moje życie i świat.

Stacja XIV – złożenie do grobu
Świadomość, że istnieje Ten, kto również w śmierci mi towarzyszy i którego «kij i laska dodają mi pociechy», tak że «zła się nie ulęknę» (por. Ps 23, 4), stała się nową «nadzieją» wschodzącą w życiu wierzących  - życiem wiecznym. Określenie «wieczne» budzi w nas bowiem ideę czegoś nie kończącego się, i tego się lękamy; kojarzy nam się ze znanym nam życiem, które kochamy i którego nie chcemy utracić, ale jednak równocześnie przynosi ono więcej trudu niż zaspokojenia, a zatem podczas gdy z jednej strony pragniemy go, z drugiej go nie chcemy. Możemy jedynie starać się myślą wybiec poza doczesność, w której jesteśmy uwięzieni i w jakiś sposób przeczuwać, że wieczność nie jest ciągiem następujących po sobie dni kalendarzowych, ale czymś, co przypomina moment ostatecznego zaspokojenia, w którym pełnia obejmuje nas, a my obejmujemy pełnię. Byłby to moment zanurzenia się w oceanie nieskończonej miłości, w którym czas – przed i potem – już nie istnieje. Możemy jedynie starać się myśleć, że ten moment jest życiem w pełnym znaczeniu, wciąż nowym zanurzaniem się w głębie istnienia, podczas gdy po prostu ogarnia nas radość. Tak to wyraża Jezus w Ewangelii według św. Jana: «Znowu [...] jednak was zobaczę i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać» (16, 22). Taki kierunek musimy nadać naszej myśli, jeśli chcemy zrozumieć, ku czemu dąży chrześcijańska nadzieja, czego oczekujemy od wiary, od naszego bycia z Chrystusem.

---
Wykorzystane fotografie przedstawiają rzeźby w metalu o ukrzyżowaniu Pana Jezusa, znajdujące się w Amarillo, w Texasie (teren je obejmujący uroczyście został ofiarowany Bogu).

Marta Czech

sobota, 9 kwietnia 2011

Proroczy Bułhakow…


          …czyli rosyjską prozą o ksenotransplantach (o których było już wcześniej: http://martaczech.blogspot.com/2010/12/zeby-czowiek-by-czowiekiem-folwark.html), eugenice i eliksirach młodości – słowem: vademecum eksperymentowania.
Cóż to zatem takiego – ,,eksperyment”?
Robert Penn Warren pisał o nim jako swoistej ramie postępowania usprawiedliwiającej i legitymizującej ludzkie niepowodzenia – bowiem ,,gdy tylko coś się nie udaje, mówi się, że był to eksperyment.” Einsteinowi jawił się on weryfikatorem i drogą do prawdy (która próbę każdego eksperymentu gotowa jest przetrzymać), a jednocześnie uczył swego rodzaju pokory wobec praw tego świata w myśl, iż ,,żadna liczba eksperymentów nie może dowieść, że mam rację: jeden eksperyment może pokazać, że jej nie mam.” Wszystko to zaś można by zamknąć w treściwych równoważnikach Hipokratesa: ,,Życie krótkie, nauka sztuki długa, eksperyment mylny, diagnozowanie trudne.”

…a skoro już o diagnozowaniu mowa, niech będzie ono stosownym pasażem do Bułhakowa i, jeżących włos na głowie, poczynań powieściowych medyków-eksperymentalistów, którzy, jak się wkrótce od napisania tekstu okazało, z celulozowych kart nasiąkniętych drukarskim atramentem, bez trudu zdołali przedostać się do centrum ludzkiej egzystencji.

Z pamiętnika doktora Bormentala
Cienki zeszyt formatu papieru listowego. Zapisany pismem doktora Bormentala. Na pierwszych dwóch stronach jest ono bardzo staranne, wyraźne, zwarte, a na dalszych zamaszyste, niespokojne, z mnóstwem kleksów.
22 grudnia 1924. Poniedziałek.
Historia choroby
Pies laboratoryjny mniej więcej dwuletni. Samiec.  Rasa - kundel. Imię - Szarik.  Sierść rzadka, w kępkach, maść - bura podpalana. Na prawym boku blizny po całkowicie zagojonym oparzeniu. Odżywianie przed przybyciem do profesora - złe; po tygodniowym pobycie - wyjątkowo utuczony. Waga – 87 kg (wykrzyknik). Serce, żołądek, płuca, temperatura...
23 grudnia. O godz. 8:30 wieczorem przeprowadzona została pierwsza w Europie operacja według metodyki prof.
Preobrażeńskiego: pod narkozą (chloroform) usunięto Szarikowi jądra, a na ich miejsce zostały przeszczepione jądra wraz z nasieniowodami i przydatkami pobrane od dwudziestoośmioletniego mężczyzny, który zmarł 4 godziny i 4 minuty przed operacją, przechowane w sterylnym płynie fizjologicznym według metodyki prof. Preobrażeńskiego. Bezpośrednio po tym została usunięta przysadka (po trepanacji czaszki) i zastąpiona ludzką, pobraną od w/w  mężczyzny.
Zastosowano 87cm chloroformu, 1 iniekcję kamfory, dwie iniekcje adrenaliny dosercowo.
Cel operacji: eksperyment prof. Preobrażeńskiego polegający na jednoczesnym przeszczepieniu przysadki i jąder w celu wyjaśnienia problemu przyrastania przysadki oraz jej wpływu na odmładzanie ludzkiego organizmu.
Operował prof. Filip Filipowicz Preobrażeński.
Asystował dr Iwan Arnoldowicz Bormental.
Noc po operacji: powtarzające się niebezpieczne zanikanie tętna. Oczekiwanie na zejście.  Olbrzymie dawki kamfory wg metodyki Preobrażeńskiego.
24 grudnia, rano. Poprawa.
Oddech dwukrotnie przyspieszony.  Tętno ledwie wyczuwalne, temperatura 42 stopnie. Kamfora, kofeina podskórnie.
25 grudnia. Ponownie pogorszenie. Tętno ledwie wyczuwalne, kończyny zimne, źrenice nie reagują. Adrenalina dosercowo, kamfora wg Preobrażeńskiego, dożylnie płyn fizjologiczny.
26 grudnia. Nieznaczna poprawa. Tętno 180, oddech 92, temperatura 41. Kamfora, odżywcze lewatywy.
27 grudnia. Puls 152, oddech 50, temperatura 39,8, źrenice reagują, kamfora podskórnie.
28 grudnia. Znaczna poprawa. W południe znienacka zlewne poty, temperatura 37. Rany pooperacyjne bez zmian.  Opatrunek. Pojawia się apetyt. Odżywianie płynne.
29 grudnia. Stwierdzone nagłe wypadanie sierści na czole i bokach tułowia. Wezwani na konsylium - profesor katedry chorób skórnych Wasilij Wasilewicz Bundariow i dyrektor moskiewskiego wzorcowego instytutu weterynaryjnego.  Uznali, że przypadek nie jest opisany w literaturze. Diagnoza pozostała nieustalona.  Temperatura normalna.
Notatka ołówkiem:
Wieczorem pojawiło się pierwsze szczeknięcie (godz.  8:15). Zwraca uwagę gwałtowna zmiana tembru i obniżenie tonacji. Szczekanie zamiast wyrazów „hau - hau” brzmi „a - o”, swoją barwą bardzo niewyraźnie przypomina jęk.
30 grudnia. Wypadanie sierści przybrało charakter ogólnego wyłysienia. Ważenie dało nieoczekiwany rezultat: waga 307 kg na skutek wzrostu (wydłużenia) kości. Pies nadal leży.
31 grudnia. Apetyt kolosalny.
Kleks. Za kleksem pospiesznie zanotowano:
O godz. 12 min. 12 po południu pies wyraźnie wyszczekał A – B - yr.
Przerwa w notatkach, dalej zaś najwidoczniej przez pomyłkę w pośpiechu napisano:
1 grudnia (przekreślone, poprawione) 1 stycznia 1925.  Rano sfotografowaliśmy go. Ze szczęścia szczeka „Abyr”, powtarzając to słowo głośno i jakby radośnie. O 3:00 po południu (dużymi literami) roześmiał się, wywołując omdlenie pokojówki Ziny.  Wieczorem powtórzył osiem razy z rzędu: „Abyrtnec”.
Ukośnymi literami ołówkiem - profesor rozszyfrował słowo „Abyrtnec”, znaczy ono „Centryba”... Coś potwor...
Do zeszytu włożono kartkę.
Nauka rosyjska omal nie poniosła ciężkiej straty.
Historia choroby profesora Filipa Preobrażeńskiego.
O godz. 1:13 - głębokie omdlenie. Prof. Preobrażeński padając uderzył głową o poprzeczkę krzesła. Tinctura Valeriana.
W obecności mojej i Ziny pies (o ile oczywiście można go nazwać psem) zwymyślał profesora Preobrażeńskiego najgorszymi słowami.
Przerwa w notatkach.
6 stycznia (Na zmianę ołówkiem i fioletowym atramentem).
Dzisiaj, po tym, kiedy odpadł mu ogon, powiedział najzupełniej wyraźnie słowo „knajpa”. Pracuje fonograf. Diabli wiedzą, co to takiego.
Nie wiem, co o tym myśleć.
Profesor przestał przyjmować pacjentów. Od godziny 5:00 z laboratorium, w którym spaceruje to stworzenie, wyraźnie słychać wulgarne przekleństwa i słowa „jeszcze raz podwójne”.
7 stycznia. Wymawia bardzo wiele słów: „drynda”, „miejsc brak”, „gazeta wieczorna”, „najlepszy prezent dla dziecka” i wszystkie przekleństwa, jakie w ogóle istnieją w rosyjskim leksykonie.
Wygląda dziwnie. Sierść została mu tylko na głowie, podbródku i piersiach. W pozostałych miejscach jest łysy i obciągnięty zwiotczałą skórą.  Organy płciowe stają się męskie.
Głowa znacznie powiększona.  Czoło niskie, ustawione pod kątem.
Jak Boga kocham, chyba zwariuję.
(…) 8 stycznia. Późnym wieczorem postawiliśmy diagnozę. Filip Filipowicz, jako prawdziwy uczony, przyznał się do omyłki - zmiana przysadki powoduje nie odmłodzenie, a całkowite uczłowieczenie organizmu (podkreślone trzy razy). Ale nie pomniejsza to jednak znaczenia jego niebywałego, wstrząsającego odkrycia.
(…) Nie mogę się powstrzymać od paru hipotez, niech chwilowo diabli wezmą odmładzanie. Co innego jest nieporównywalnie ważniejsze – niebywały eksperyment profesora Preobrażeńskiego odsłonił jedną z tajemnic ludzkiego mózgu. Od tej chwili zagadkowa funkcja przysadki - gruczołu dokrewnego umieszczonego w mózgu - została wyjaśniona. Przysadka określa ludzką osobowość. Jej hormony można uznać za najważniejsze w organizmie - to hormony osobowości. Nowa dziedzina nauki - bez retorty Fausta stworzono homunkulusa. Skalpel chirurga powołał do życia nową jednostkę ludzką. Profesor Preobrażeński jest kreatorem.
(…) Słowem, przysadka to zamknięta komora określająca osobowość konkretnego człowieka.
Konkretnego! „Od Sewilli do Grenady...” - okrutnie przewracając oczami krzyczał Filip Filipowicz - a nie ogólnoludzką. Przysadka to cały mózg w miniaturze, który mnie w ogóle nie interesuje i w ogóle pies z nim tańcował. Myślałem o czymś zupełnie innym, o eugenice, o poprawieniu ludzkiego gatunku. I właśnie na odmładzaniu się naciąłem. Czy pan naprawdę myśli, że ja to robię dla pieniędzy? Pomimo wszystko jestem przecież uczonym.
- Jest pan wielkim uczonym, ot co! - oznajmił Bormental łykając koniak. Oczy nabiegły mu krwią.
- Chciałem tylko przeprowadzić małe doświadczenie po tym, jak dwa lata temu otrzymałem z przysadki wyciąg hormonów płciowych. A co wyszło zamiast tego? O mój Boże! A tych hormonów w przysadce, o Chryste... Doktorze, przede mną kompletna beznadziejność, przysięgam, zagubiłem się.
(Michaił Bułhakow, ,,Psie serce” - fragmenty)

Oczywiście namawiam do zapoznania się z całością tekstu o psim homunkulusie.
Marta Czech

piątek, 8 kwietnia 2011

Dylematy estetyki



          Zapraszając na wtorkowy wykład prof. Stróżewskiego o estetycznych dylematach, rekomenduję przy sposobności fragmenty dzieł egzystencjalnego specjalisty od ekspektoracji w zakresie dialektyki estetyczno-etycznej (moralność w Kierkegaardiańskiej trychotomii człowieka zostawiam na inny raz).

          (…) byłoby potężną głupotą zaprzeczać, że zarówno pogańskie narody ,,en masse”, jak i poszczególni poganie dokonali zadziwiających czynów, które były i są natchnieniem poetów, zaprzeczać, że pogaństwo daje nam przykłady, do których podziwiania nie wystarczy sama estetyka. Byłoby również głupotą zaprzeczać, że w pogaństwie prowadzono - a dzisiejszy dzikus może prowadzić - życie bogate w najwyższe przeżycia estetyczne, korzystając ze wszystkich najwykwintniejszych darów, jakie ono przynosi, że pogaństwo może sprawić, aby korzystanie z życia i nauki uwznioślić, upiększyć, uszlachetnić przy pomocy sztuki.
Nie, estetyczne określenie bezduszności nie wyjaśnia nam, co jest rozpaczą, a co nią nie jest, trzeba tu użyć określenia etyczno-religijnego: duch lub negatywny brak ducha, bezduszność.
Każda ludzka egzystencja, która nie uświadamia siebie jako ducha, nie uświadamia siebie osobowo, jako ducha wobec Boga, każda ludzka egzystencja, która w ten sposób przejrzyście nie wspiera się na Bogu, ale trwa w Nim po ciemku i przemienia się w jakąś abstrakcyjną ogólność (Państwo, Naród itp.) albo, nie wyjaśniając sobie swego ja, zużywa swoje siły jako napęd, bez głębszego wejrzenia i zrozumienia, skąd te siły pochodzą, traktuje swoje ja jak niepojęte coś, podczas gdy powinno być ono zrozumiane od wewnątrz - każda taka egzystencja, cokolwiek by tworzyła, nawet najbardziej zadziwiające rzeczy, cokolwiek by głosiła, gdyby to dotyczyło nawet całości bytu, jakkolwiek by używała życia w najbardziej estetyczny sposób - każda taka egzystencja jest tylko rozpaczą.
O tym właśnie myśleli starożytni Ojcowie Kościoła, kiedy mówili, że cnoty pogan są wspaniałymi grzechami; sądzili oni, że wnętrze pogan jest rozpaczą, bo poganie nie uświadamiają sobie, że są duchem wobec Boga.
(S. Kierkegaard, ,,Bojaźń i drżenie”)

          Powróćmy obecnie do estetyki. Niechże stanie się naszą nicią przewodnią w labiryncie, gdzie tak łatwo ryzykujemy zagubienie drogi. Estetyczny punkt widzenia utrzymuje, że to, co zewnętrzne, odpowiada temu, co wewnętrzne, że jest zmysłowym odpowiednikiem tego ostatniego. Bez tego przekonania sztuka jest niemożliwa, a piękno staje się tylko wmówieniem. Wiele jest twarzy natury. Dlatego i rośliny, i zwierzęta mogą przybierać najdziwniejsze kształty. Inteligencja jest przecież jedna - stąd istoty inteligentne znają tylko jedną postać - inteligentny ideał piękna, najlepiej przedstawiony w malarstwie i rzeźbie.
Gdyby na innych planetach żyli ludzie o sześciu nogach, przypominający insekty, lub byli tacy, jak to zostało opisane w ,,Niebie Klimie”, czy po prostu tacy, jakich może sobie przedstawić najdziwniejsza wyobraźnia - wówczas ideał piękna zostałby unicestwiony. Sztuki piękne i nauka przestałyby istnieć. Lecz przecież sztuka, nauka i religia nie mogą być iluzją! Nie, tego nie możemy przyjąć! Już raczej zgódźmy się, że z wyjątkiem Ziemi kosmos jest niezamieszkany. Takie przypuszczenie jest bardziej ludzkie niż poprzednie. Nie potrzebujemy przecież żadnego z tych domniemań, gdy bronimy idei jedności ludzkiego losu. Musimy ją podkreślić, i to nie tylko w sensie abstrakcyjnym, ale i w najmniejszym szczególe - o ile szczegół nie kłóci się z ideałem. Każde odstępstwo prowadzi do deformacji, nawet nieznacznych, na przykład do wyobrażenia sobie ludzi posiadających cztery lub sześć palców u rąk. Podobnie jest z wymyślaniem nowych i nieznanych organów zmysłowych. Zdrowe rozumowanie powinno trzymać się od tego z dala. Jeżeli ktoś pragnie wyobrazić sobie istotę mającą szlachetniejsze i bardziej wysublimowane od nas zmysły, powinien zacząć od wzmocnienia znanych, już istniejących organów, od wysublimowania ich struktury wewnętrznej. W żadnym wypadku nie należy wyobrażać sobie nowych organów, gdyż zniszczyłoby to nasz ideał piękna.
Inaczej dzieje się z anatomią człowieka. W tej ciemnej, pozbawionej piękna strukturze znaleźć można niezliczone deformacje, spowodowane warunkami życia. Tutaj natura pracuje w swoim tajnym, pozbawionym inteligencji królestwie, podporządkowanym teleologii skończoności. Nie znajdziemy tu żadnego ideału. Ale nawet tutaj mamy do czynienia z jednością, ponieważ kształty zewnętrzne harmonijnie odpowiadają wewnętrznym, niewidocznym organom. Choćby nie wiem jak różne były warunki życia na planetach, muszą one, niezależnie od różnic anatomicznych, mieć jakiś wspólny mianownik. Wszędzie głowa musi zawierać mózg, piersi - narządy układu oddechowego, a brzuch - trawiennego.
Ktoś zapyta: czy na innych planetach nie mieszkają ludzie obdarzeni skrzydłami? Odpowiedź brzmi: nic nie stoi temu na przeszkodzie. Skrzydła są przecież zgodne z ludzkim ideałem piękna. Sztuka wiąże je z postaciami aniołów i geniuszy.
Skoro ideał ludzkiego piękna jest wszędzie taki sam, dotyczyć to musi także innych wyobrażeń idealnych. Dlatego jest czczą mrzonką przypuszczenie, że na innych planetach istnieje wiedza większa i głębsza od ziemskiej. Jeżeli sztuka, religia i filozofia są prawdziwe, to światło prawdy jest takie samo na naszej i na innych planetach. Przecież Bóg nie ukrywa się przed mieszkańcami Ziemi po to, by objawić się w innych miejscach kosmosu. Kiedy chwalimy Boga, uznajemy to, co najwyższe.
(S. Kierkegaard, ,,Powtórzenie”)

Marta Czech

sobota, 2 kwietnia 2011

STOP ABORCJI - wrocławska akcja zbierania podpisów


Miarą cywilizacji, miarą uniwersalną, ponadczasową, obejmującą wszystkie kultury, jest jej stosunek do życia. Cywilizacja, która odrzuca bezbronnych, zasługuje na miano barbarzyńskiej. Dzisiaj świat stał się areną bitwy o życie. Trwa walka między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci. (Jan Paweł II)

Serdecznie zapraszamy do włączenia się we wrocławską akcję ,,Salezjanie za życiem”.
Za aprobatą księdza inspektora oraz za zgodą księży proboszczów, w najbliższą niedzielę - 10 kwietnia 2011, we wszystkich parafiach salezjańskich w mieście, w ramach ogólnopolskiej kampanii ,,Wybierz życie!” (http://www.stopaborcji.pl/ustawa/), zbierane są podpisy pod projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji na terenie Rzeczpospolitej Polskiej (tekst projektu ustawy: http://www.stopaborcji.pl/ustawa/?p=15).
Szczegóły przedsięwzięcia na załączonym plakacie.
Zachęcając do udziału w tym szlachetnym dziele obrony życia ludzkiego, uprzejmie prosimy również o przekazywanie powyższej informacji dalej.

Potrzeba nie tylko sygnatariuszy, ale i wolontariuszy zbierających podpisy (im nas więcej, tym lepiej). 
Chętnych prosimy o kontakt:
- Marta Czech - kom. 505 410 082, mail: checzatram@onet.eu;
- Monika Ziober – kom. 505 012 178, mail: monika.ziober@gmail.com.
 
Wcześniejsze akcje:

http://www.stopaborcji.pl/ustawa/

Aktualizacja
Rezultat – pół miliona podpisów:

Marta Czech

środa, 30 marca 2011

Z ,,Miłością i odpowiedzialnością” przez mękę Chrystusa


          Chcemy obudzić sumienia Polaków. Młodych i dojrzałych. Stań do walki z samym sobą!  Ze wstydem i obojętnością. Opowiedz się za Jezusem i nakłoń innych do wyznania wiary. Daj świadectwo.
Choć powyższe - to słowa będące zachętą do słynnej już akcji ,,Nie wstydzę się Jezusa” (http://www.mt1033.pl/), wydały mi się idealnie pasujące do osobnej, choć w rzeczywistości realizującej te same ideały, inicjatywy.
Droga Krzyżowa ulicami Wrocławia - 15 kwietnia, godz. 19:30, rozpoczęcie w kościele św. Elżbiety.
Ciekawskim zdradzam, że tym razem nabożeństwo będzie inspirowane tekstem Jana Pawła II (zarządzenie odgórne). Przyznam, że przypadł mi zaszczyt wyboru dzieła i fragmentów, które mają posłużyć jako inspiracja do rozważań pisanych przez studentów. Nie mam pojęcia, co im z tego wyjdzie i ile z tych inspiracji zostanie. Umieszczam je poniżej jako zachętę do udziału w owym publicznym dawaniu świadectwa… (Wszystek tekst przy stacjach, wyłączając każdorazowo ostatnie zdanie, to dosłowne fragmenty z ,,Miłości i odpowiedzialności" Karola Wojtyły.)

Stacja I – Sąd nad Jezusem
Sprawiedliwość
W pewnym sensie można więc powiedzieć, że miłość jest wymaganiem sprawiedliwości, tak jak używanie osoby w roli środka byłoby tej sprawiedliwości przeciwne. Istotnie porządek sprawiedliwości jest bardziej podstawowy niż porządek miłości - i w pewnej mierze nawet go zawiera - o tyle, o ile miłość może być wymaganiem sprawiedliwości. Na pewno przecież kochać człowieka lub Boga, miłować osobę, jest czymś sprawiedliwym. Równocześnie jednak miłość - o ile wziąć pod uwagę samą jej istotę - jest czymś poza sprawiedliwością i ponad nią; inna jest po prostu istota miłości, a inna sprawiedliwości. Sprawiedliwość dotyczy rzeczy (dóbr materialnych czy też moralnych, np. dobrego imienia) ze względu na osoby, osób więc dotyczy raczej pośrednio, miłość natomiast dotyczy osób wprost i bezpośrednio; zawiera się w jej istocie afirmacja wartości osoby jako takiej. I jeśli słusznie możemy powiedzieć, że ten, kto miłuje osobę, jest przez to względem niej sprawiedliwy, to już nie będzie prawdą stwierdzenie, że miłość osoby polega na tym, aby być względem niej tylko sprawiedliwym.
Jezu na śmierć skazany, naucz mnie miłości sprawiedliwej.

Stacja II – Jezus bierze krzyż na ramiona
Rezygnacja z przyjemności
Istotny błąd leży w uznaniu samej przyjemności za jedyne lub największe dobro, któremu wszystko inne w działaniu człowieka i społeczeństwa ludzkiego winno być podporządkowane. Tymczasem przyjemność sama nie jest dobrem jedynym, nie jest też właściwym celem działania człowieka (…). Przyjemność z istoty swojej jest czymś ubocznym, przypadłościowym, czymś, co może pojawić się przy sposobności działania. Z natury rzeczy więc organizowanie tegoż działania pod kątem samej przyjemności jako wyłącznego lub najwyższego celu kłóci się z właściwą budową ludzkich czynów. Mogę chcieć lub też czynić coś takiego, z czym łączy się przyjemność, mogę też nie chcieć lub nie czynić czegoś takiego, z czym związana jest przykrość. Mogę nawet tego chcieć lub nie chcieć, czynić lub nie czynić ze względu na tę przyjemność czy też przykrość. To wszystko prawda. Ale nie wolno mi tej przyjemności traktować (przez kontrast do przykrości) jako jedynej normy działania, tym bardziej jako zasady, na podstawie której orzekam i wyrokuję, co w czynach moich lub też jakiejś innej osoby jest moralnie dobre, a co złe. Wiadomo przecież, że niejednokrotnie to, co jest prawdziwie dobre, to, co mi nakazuje moralność i sumienie, łączy się właśnie z pewną przykrością, a domaga się rezygnacji z jakiejś przyjemności.
Jezu krzyż dźwigający, daj mi siłę do rezygnacji z przyjemności.

Stacja III – I upadek Pana Jezusa
Egoizm
Do czasu tylko można ukryć egoizm - egoizm zmysłów czy też egoizm uczuć – w zakamarkach fikcyjnej struktury, którą z całą pozornie dobrą wiarą nazywa się „miłością". Z czasem jednak musi się okazać cała nierzetelność tej budowy. Jest to zaś jedno z największych cierpień, gdy miłość okazuje się nie tym, za co się ją uważało, ale czymś wręcz przeciwnym.
(…) Egoizm wyklucza miłość, ale dopuszcza pewną kalkulację i kompromis: tam gdzie nie ma miłości, może jednak być dwustronny układ między egoizmami.
Jezu pod krzyżem boleśnie padający, podnieś mnie z mojego egoizmu.

Stacja IV – Jezus spotyka swoją Matkę
Czułość
(…) łacińskie słowo matrimonium, które jest odpowiednikiem naszego „małżeństwo", w szczególny sposób akcentuje „stan matki", jakby chciało zasugerować szczególną odpowiedzialność za macierzyństwo (…) kobiety (…).
(…) Czułość to zdolność odczuwania całego człowieka, całej osoby, we wszystkich najbardziej ukrytych nawet drgnieniach jej duszy, a zawsze z myślą o prawdziwym dobru tej osoby.
 (...) Czułość (…) jest zawsze czymś osobistym, wewnętrznym, własnym w pewnej przynajmniej mierze ucieka przed wzrokiem innych, jest wstydliwa. Może się swobodnie objawić tylko wobec tych, którzy ją właściwie rozumieją i odczuwają.
(…) Nie wyraża się w niej pożądanie, ale raczej życzliwość i oddanie drugiemu człowiekowi.
(…) czułość wywołuje to przeświadczenie, że nie jest się samemu, że to wszystko, czym żyję, jest również treścią życia drugiej, najbliższej osoby. Przeświadczenie takie ogromnie pomaga i podtrzymuje świadomość zjednoczenia.
Maryjo przy Jezusie czule trwająca, dopomóż mi zjednoczyć się z Twoim Synem.

Stacja V – Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi
 Środek i cel
Osoba bowiem nie powinna być dla drugiej osoby li tylko środkiem do celu. Jest to wykluczone z uwagi na samą naturę osoby, z uwagi na to, czym każda osoba po prostu jest. Jest ona przecież podmiotem myślącym i zdolnym do samostanowienia - te dwie przede wszystkim właściwości odnajdujemy we wnętrzu osoby. Wobec tego zaś każda osoba z natury swej jest zdolna do tego, aby sama określała swe cele. Gdy ktoś inny traktuje ją wyłącznie jako środek do celu, wówczas osoba zostaje pogwałcona w tym, co należy do samej jej istoty, a równocześnie stanowi jej naturalne uprawnienie. Rzecz jasna, że trzeba wymagać od osoby jako od jednostki myślącej, ażeby te cele były prawdziwie dobre, dążenie bowiem do celów złych jest przeciwne rozumnej naturze osoby. Tym się tłumaczy również sens wychowania, zarówno wychowywania dzieci, jak też w ogóle wzajemnego wychowywania się ludzi; chodzi właśnie o szukanie celów prawdziwych, czyli prawdziwych dóbr jako celów działania, oraz o znajdowanie i pokazywanie dróg do ich realizacji.
Jezu przenikający wnętrze człowieka, nie dopuść, bym postrzegał bliźnich jako środek do celu.

Stacja VI – Weronika ociera twarz Jezusowi
Wzajemność
Miłość obustronna stwarza najbliższą podstawę do tego, aby z dwóch „ja" powstało jedno „my". W tym tkwi jej naturalna dynamika. Aby zaistniało „my", nie wystarczy sama tylko miłość obustronna, bo są w niej mimo wszystko jeszcze dwa „ja", chociaż w pełni już predysponowane do tego, aby stać się jednym „my".
O zaistnieniu tego „my" w miłości decyduje właśnie wzajemność. Wzajemność ujawnia, że miłość dojrzała, że stała się czymś „pomiędzy" osobami, że utworzyła jakąś wspólnotę, a w tym realizuje się jej pełna natura.
(…) miłość z natury swojej nie jest czymś jednostronnym, ale czymś obustronnym, czymś „pomiędzy"' osobami, czymś społecznym. Jej pełny byt jest właśnie międzyosobowy, a nie jednostkowy. Jest ona ściśle związana z siłą łączenia i jednoczenia, a przeciwna z natury jest dzieleniu i izolowaniu.
(…) Nie może powstać prawdziwa wzajemność z dwóch egoizmów, może z nich powstać tylko chwilowy lub, co najwyżej okresowy pozór wzajemności.
Utrudzony kalwaryjską drogą Jezu, wzbudź we mnie wzajemność Weroniki.

Stacja VII – II upadek Pana Jezusa
Pożądanie
Ku upadkowi zmierza pożądanie zmysłowe, a wraz z nim „miłość cielesna". Szuka ona zaspokojenia w „ciele i płci" przez używanie. Z chwilą, kiedy je osiąga, kończy się cały stosunek do przedmiotu, znika zainteresowanie nim aż do momentu, kiedy pożądanie zbudzi się ponownie. Zmysłowość „wyżywa się" w pożądaniu. Słowo to jest tutaj na swoim miejscu. Pożądliwość ciała idzie w kierunku „wyżycia się", po którym cały stosunek do przedmiotu pożądania urywa się.
(…) „Miłość cielesna", która wyrasta z samej pożądliwości ciała, nie zawiera w sobie tej wartości, jaką powinna zawierać miłość osoby. Pożądliwość ciała zmienia bowiem przedmiot miłości; którym jest osoba, na inny, mianowicie na „ciało i płeć" związane z jakąś osobą. (…) Siłą faktu więc, w polu widzenia pożądania płynącego z pożądliwości ciała, osoba drugiej płci staje nie jako osoba, ale jako „ciało i płeć". Na miejsce istotnej dla miłości wartości osobowej wysuwa się sama wartość seksualna (…).
(…) Pożądliwość ciała to stała skłonność do widzenia osoby drugiej płci poprzez same wartości sexus jako „przedmiotu możliwego użycia". Pożądliwość ciała oznacza więc drzemiącą w człowieku gotowość do przewrócenia obiektywnego porządku wartości.
Jezu pod krzyżem dotkliwie padający, podźwignij mnie z moich pożądliwości.

Stacja VIII – Jezus spotyka płaczące niewiasty
Życzliwość
Nie wystarcza tylko pragnąć osoby jako dobra dla siebie, trzeba ponadto przede wszystkim - pragnąć również jej dobra. Ten na wskroś altruistyczny zwrot woli i uczuć zwie się w języku św. Tomasza amor benevoleniae lub krótko benevolentia, czemu w naszym języku, nie dość dokładnie zresztą, odpowiada pojęcie życzliwości. Miłość osoby do osoby musi być życzliwa, inaczej nie będzie prawdziwa. Więcej - nie będzie w ogóle miłością, będzie tylko egoizmem.
(…) Życzliwość odrywa się od wszelkiej interesowności, której pierwiastki w miłości pożądania wydatnie jeszcze tkwią. Życzliwość to tyle, co bezinteresowność w miłości: „Nie pragnę ciebie jako dobra", ale: „Pragnę twego dobra", „Pragnę tego, co jest dobrem dla ciebie" - osoba życzliwa pragnie tego bez żadnej myśli o sobie, bez żadnego względu na siebie. Dlatego miłość życzliwa, amor benevolentiae, jest miłością w znaczeniu bardziej bezwzględnym niż miłość pożądania. Jest miłością jak najbardziej czystą. Przez życzliwość przybliżamy się najbardziej do tego, co stanowi „czystą istotę" miłości. Taka też miłość najbardziej doskonali swój podmiot, najpełniej rozwija zarówno jego istnienie, jak i istnienie tej osoby, do której się zwraca.
Jezu pocieszający płaczące niewiasty, wskaż mi miłość bezinteresowną i życzliwą.

Stacja IX – III upadek Pana Jezusa
Nieczystość
Czy cnota czystości straciła dobre imię? Czy nie jest uznawana przez ludzi za cnotę?
(…) Bardzo często pojmuje się czystość jako „ślepe" poniekąd hamowanie zmysłowości i poruszeń ciała, przy którym wartości ciała i wartości sexus zostają zepchnięte do podświadomości, tam czekają na sposobność do tego, aby wybuchnąć. Jest to oczywiście błędne rozumienie cnoty czystości, która, jeśli jest w ten sposób praktykowana, istotnie stwarza niebezpieczeństwo takich „wybuchów". Z powodu takiego błędnego poglądu na istotę czystości, wiąże się z nią sugestie o czysto negatywnym charakterze tej cnoty: czystość to tylko „nie". Tymczasem czystość to przede wszystkim „tak", z którego dopiero wypływa „nie".
(…) Słowo „czystość" mówi o uwolnieniu od tego wszystkiego, co „brudzi". Miłość musi być niejako przeźroczysta (…). Skoro zaś z podłoża zmysłów oraz związanych z nimi uczuć wyrastają takie przeżycia i uczynki, które odbierają miłości tę przeźroczystość, potrzeba osobnej cnoty, aby od tej strony zabezpieczała jej prawdziwy charakter i obiektywny profil.
Jezu oblepiony krwią i pyłem Golgoty, wznieć we mnie cnotę prawdziwej czystości.

Stacja X – Obnażenie z szat
Wstyd
(…) wstyd ciała jest potrzebny, dlatego, że istnieje możliwość bezwstydu przeżyć (…). I vice versa - wstyd przeżyć potrzebny jest dlatego, że istnieje możliwość bezwstydu ciała.
(…) reakcja wstydu okazuje się tym silniejsza, im bardziej autentyczna jest wstrzemięźliwość, a wraz z nią
kultura osoby i „kultura miłowania".
Wstyd nie ukazuje wartości osoby w jakiś abstrakcyjny sposób, jako teoretycznej wielkości dostępnej tylko dla rozumu, ukazuje ją natomiast w sposób żywy i konkretny, tak jak ona jest zespolona z wartościami sexus, a jednak w stosunku do nich nadrzędna. Stąd owo przeżycie nietykalności („Nie wolno ci mnie tknąć nawet samym wewnętrznym pożądaniem."; „Nie wolno mi jej tknąć nawet samą wewnętrzną wolą użycia, ona nie może być przedmiotem użycia."). Ów znamienny dla prawdziwie kochających się osób „lęk przed zetknięciem" jest pośrednim wyrazem afirmacji wartości samej osoby, a wiadomo, że to moment konstytutywny miłości we właściwym, czyli etycznym, znaczeniu tego słowa.
(…) Prawdziwy wstyd może zostać wchłonięty, zaabsorbowany tylko przez prawdziwą miłość, która afirmując wartość osoby ze wszystkich sił szuka jej najpełniejszego dobra. Taki też wstyd jest rzetelną siłą moralną osoby.
Jezu z szat obnażony, uwolnij mnie z mego bezwstydu.

Stacja XI – Przybicie do krzyża
Wolność
Miłość polega na zaangażowaniu wolności, jest ona wszak oddaniem siebie, a oddać siebie to właśnie znaczy: ograniczyć swoją wolność ze względu na drugiego. Ograniczenie wolności własnej byłoby czymś negatywnym i przykrym - miłość sprawia, że jest ono czymś pozytywnym, radosnym i twórczym. Wolność jest dla miłości.
(…) To, co nie płynie z wolności, co nie nosi znamion wolnego zaangażowania, ale ma piętno determinacji i
przymusu, nie może być uznane za miłość, nie ma w sobie jej istoty.
Jezu na krzyżu uwięziony, naucz mnie ograniczać swoją wolność dla innych.

Stacja XII – Śmierć na krzyżu
Oddanie
Miłość oblubieńcza jest czymś innym jeszcze niż wszystkie pozostałe aspekty czy formy miłości. Polega ona na oddaniu swojej własnej osoby. Istotą miłości oblubieńczej jest oddanie siebie, swojego „ja". Stanowi to coś innego i zarazem coś więcej niż upodobanie (…), a nawet niż życzliwość. Te wszystkie formy wychodzenia w kierunku drugiej osoby pod kątem dobra nie sięgają tak daleko jak miłość oblubieńcza. Czymś więcej jest „dać siebie" aniżeli tylko „chcieć dobra", choćby nawet przez to drugie „ja" stawało się jakby moim własnym, jak w przyjaźni. Miłość oblubieńcza jest czymś innym i czymś więcej niż wszystkie pozostałe formy miłości zarówno od strony indywidualnego podmiotu, od strony osoby, która kocha, jak i od strony łączności, międzyosobowej, którą miłość wytwarza. Kiedy miłość oblubieńcza wejdzie w tę relację międzyosobową, wówczas powstaje coś innego niż przyjaźń, mianowicie wzajemne oddanie się osób.
(…) Miłość oblubieńcza polega z jednej strony na oddaniu osoby, z drugiej zaś na przyjęciu tego oddania. W to wplata się „tajemnica" wzajemności: przyjęcie musi być równocześnie oddaniem, oddanie zaś równocześnie przyjęciem.
Jezu na krzyżu konający, uczyń mnie oddanym w miłości.

Stacja XIII – Zdjęcie z krzyża
Powściągliwość
Nie może być prawdziwej czułości bez dojrzałej powściągliwości, która ma swe źródło w woli gotowej zawsze miłować i konsekwentnie przezwyciężającej postawę użycia narzucaną przez zmysłowość i pożądliwość ciała. Bez takiej powściągliwości naturalne energie zmysłowości oraz wciągnięte w ich orbitę energie uczuciowości staną się tylko „tworzywem" egoizmu zmysłów, ewentualnie egoizmu uczucia.
Jezu z krzyża z zdejmowany, wlej we mnie dojrzałą powściągliwość.

Stacja XIV – Złożenie do grobu
Odpowiedzialność
Istnieje w miłości odpowiedzialność - jest to odpowiedzialność za osobę, tę, którą się wciąga w najściślejszą wspólnotę bycia i działania, którą się czyni poniekąd swoją własnością, korzystając z jej oddania. I dlatego istnieje też odpowiedzialność za własną miłość: czy jest ona taka, tak dojrzała i tak gruntowna, że w jej granicach to ogromne zaufanie drugiej osoby, zrodzona z jej miłości nadzieja, że oddając siebie nie traci swej „duszy", ale wręcz przeciwnie, odnajduje tym większą pełnię jej istnienia - czy to wszystko nie dozna zawodu.
(…) miłość oderwana od poczucia odpowiedzialności za osobę jest zaprzeczeniem samej siebie, jest zawsze i z reguły egoizmem. Im więcej poczucia odpowiedzialności za osobę, tym więcej prawdziwej miłości.
Jezu składany do grobu, naucz mnie odpowiedzialności za własną miłość.
 Marta Czech

Wrocławska Wszechnica Filozoficzna


Marta Czech

poniedziałek, 28 marca 2011

Z troską o Polskę...

 
          Aby życie było mądre, najważniejsza jest dobrze pojęta troska, po części o naszą teraźniejszość, po części o naszą przyszłość, tak aby jedno nie było przeszkodą dla drugiego. (Arthur Schopenhauer)
W nawiązaniu do tematu konferencji polecam artykuł ks. Stanisława Małkowskiego ,,Kościół a państwo w Polsce po 10 kwietnia 2010": http://www.bibula.com/?p=35301.

Marta Czech